Skip to content
Search for:
Życie
Authors
Contact
Privacy Policy
Oops! That page can’t be found.
It looks like nothing was found at this location. Try one of the links below or use a search.
Search for:
You may also like
Co ukrywasz w lodówce? Historia o tym, jak pomyślałam o zamku na drzwiach, gdyż mąż zjadał wszystko po kolei
0
63
Kilka miesięcy temu zaczęłam tworzyć treści w mediach społecznościowych — nie po to, by być sławną czy szukać uwagi, po prostu sprawia mi to przyjemność. Lubię pokazywać przepisy, codzienne chwile z córką, zwyczajne momenty z naszego domu — wszystko bez reżyserii, bez profesjonalizmu, zwykłe nagrania z kuchni albo salonu. Od początku mój mąż czuł się z tym niekomfortowo: padały uwagi, pytania po co to robię i czy potrzebne mi są takie filmy w internecie. Powtarzałam, że to tylko moje hobby i sposób na oderwanie się od codzienności, ale on widzi w tym coś więcej. Pewnego dnia powiedział wprost, że robię to, by przyciągać uwagę innych mężczyzn. Twierdził, że nie liczy się liczba obserwujących, ale moje intencje. Przez to zaczęły się kłótnie; za każdym razem, gdy sięgałam po telefon, obserwował mnie podejrzliwie. Gdy zamieszczałam film, dopytywał, kto go oglądał, a nawet z emotikony potrafił wyczytać flirt. Kiedyś poprosił o dostęp do moich prywatnych wiadomości — uznał to za brak szacunku wobec niego jako męża. Doszło do tego, że już nie nagrywam swobodnie; zamiast przyjemności — pojawiło się napięcie. On twierdzi, że się zmieniłam i chcę się „pokazywać”, a mnie wydaje się, że wszystko jest interpretowane na opak. Nadal dodaję mniej, nie z braku chęci, ale z obawy przed kolejną kłótnią. Co powinnam zrobić: jak poradzić sobie z zazdrością męża o moje niewinne hobby w sieci?
0
9
W POSZUKIWANIU KOCHANKI — Wario, co ty robisz? — zdumiał się mąż widząc, jak żona podaje mu szorty i koszulkę. — Nic takiego. Jak będziesz tu dłużej spał, to wszystkie kochanki już będą zajęte! — odparła, zrywając z niego kołdrę i wystawiając Romka na atak gęsiej skórki. — O czym ty w ogóle mówisz? — Po tych twoich wczorajszych słowach, że niedługo znajdziesz sobie kochankę, podjęłam decyzję. Nadszedł ten czas. Jest wpół do szóstej: trzeba wstawać i ruszać na front zdrady. — Przecież żartowałem. Pokłóciliśmy się, zapomniałaś? Przepraszam, nie miałem racji. — Nie, nie, wszystko dobrze powiedziałeś. To ja byłam nie w porządku. Zaniedbałam nasz ogień namiętności. Całe paliwo zużyłam tylko dla siebie, a teraz to tylko popiół, w którym nawet ziemniaka nie upieczesz. Naprawiam się. Wstawaj. — Wyrzucasz mnie? — Zaganiam cię! Od dziś codziennie ćwiczysz, aż zrzucisz cały swój tłuszcz. Kochanka to nie żona, nie będzie obok siebie trzymać talizmanu Michelin. Wstawaj, komu mówię! Widząc, że żona nie odpuści, Romek zsunął się z łóżka i, by odkupić winy, z trudem założył szorty na rodzinne bokserki. — Przypomnij, żebyśmy ci kupili kąpielówki. W takich spadochronach to obawiam się, że z kochanką wiatr cię z łóżka zdmuchnie. Po dziesięciu minutach biegu wokół domu, pod czujnym okiem „trenerki”, półżywy Romek wrócił, padł i zaczął czołgać się do łóżka. — Gdzie idziesz? — zatrzymała go żona. — Chcę umrzeć we śnie na łóżku. — Umarcie nie wchodzi w grę, szukamy kochanki, nie patologa. Marsz pod prysznic. Od dziś minimum dwa razy dziennie. Jak mnie nie szanowałeś, to chociaż cudzej osoby nie truj swoimi zapachami. Zęby też dwa razy dziennie! — dobiegło zza drzwi. — Głowę dobrze umyj, dziś jedziemy do studia fotograficznego. — Po co? — Porządne zdjęcie na portal randkowy. Ja nie dam rady, bo widzę w tobie piwowara, miłośnika smażonych makaronów, a potrzebujemy prawdziwego samca alfa. — Waria, może już wystarczy? — Szkoda języka na twoje żarciki. Zostaw je na czule uszka dziewczyn. No, wybieramy kandydatkę! Romek nagle się ożywił — lubił bezkarnie przeglądać profile na portalach, a teraz mógł oficjalnie. Zaczął wskazywać palcem. — Może ta? — Żartujesz? — Co z nią nie tak? — Romek, na widok twojej kochanki mam się wstydzić siebie, a nie ciebie. Popatrz sam. Twój „maluch” przed sprzedażą lepiej wyglądał. — To może ta? — TO, chciałeś powiedzieć? Jezu, Romek, jak mam patrzeć znajomym w oczy, jeśli zdradzasz z byle kim? O, zobacz, idealna! — Zwariowałaś? Taka nigdy mi nie odpisze… — Matko… Co ja widziałam w takim niepewnym sobie Pinokiu? Czym mnie zdobyłeś, że wytrzymaliśmy razem piętnaście lat? — Humorem? — zgadł Romek. — Bądźmy szczerzy: gdyby śmiech wydłużał życie, to przy twoich żartach już w miesiąc po ślubie byłbyś wdowcem! Daj spokój i idziemy kupić ci garnitur, a kochankę złapiemy na żywca. — Wystarczy, Waria, już się pogódźmy. — A kto mówi, że się kłócimy? Kochanka to znak sukcesu faceta. A żona takiego – to też status. Jedną się nie ograniczymy. W domu handlowym Waria skierowała męża do najdroższego sklepu, gdzie rozebrali wszystkie manekiny. — Waria, te spodnie i marynarka kosztują jak komplet zimówek… — protestował Romek. — Trudno, gumy kupisz w aptece, jakie chcesz: letnie, zimowe, byle z podwójną ochroną. Bukietów od obcych mi nie trzeba. — Waria!!! — Bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie szukamy hulajnogi, tylko przeciwprostokątnej do naszego rozwodowego trójkąta. Szefowi już dzwoniłeś? — W jakim celu? — Finansowym, oczywiście. Musisz dostać awans. Jak zamierzasz dwie kobiety utrzymać za jedną pensję? Ja mogę jeść kapuśniak, ale kochanka – jak beton: jedna kolacja, trzy lampki wina, hotel na pięć gwiazdek — jak na czymś oszczędzisz, fundament szybko się popsuje. Ubrany Romek poprawił krawat. — Przystojniak — jak w dzień ślubu! — wzruszyła się żona. — Dobrze panu w tym — przytaknęła pani z sąsiedniej przymierzalni. — Chce pani wziąć? Szukamy dla niego kochanki. — Nie, dziękuję, mam już kochanka, nawet trzech! — odparła rozbrajająco. — Takiej, Romek, nie bierzemy — powiedziała stanowczo Waria. — Musi być wierna, jak karta do drugiego banku, by bezpiecznie przelać trochę środków. Idziemy po perfumy, psikniemy cię i można wypuszczać na łowy. Łazili po galerii jeszcze godzinę, aż żona zadowolona skinęła głową. — Gotowy, Romek. I bez zdjęcia. Idź i pamiętaj, czego nauczyłam — bądź wytrwały, uprzejmy i pewny siebie jak przy sprzedaży naszego malucha. Waria wróciła do domu gotować kapuśniak, a Romek poszedł szukać kochanki, do której przygotowywano go cały ten dzień. Po godzinie w mieszkaniu rozległ się dzwonek domofonu. — Dzień dobry, piękna pani. Mąż w domu? — odezwał się nieznajomy, aksamitny, pełen pasji głos, rozpalając Varze serce już pierwszym słowem. — Oj! — wyrwało się Warze, gdy łyżka wypadła jej z rąk z emocji. — Nie, jest u kochanki. — Może pani mnie wpuścić? Chcę coś zaproponować. Intonacja przyprawiła Warę o dreszcze, już miała sięgnąć po paracetamol, ale trzy razy nacisnęła przycisk domofonu. Romek przyszedł po trzech minutach ze wspaniałym, czerwonym bukietem. — Płakałaś? — spytał, widząc jej czerwone oczy. — Trochę. Uznałam, że narobiłam głupot, ale chyba były potrzebne, by coś się rozpaliło. — Jesteś może chętna spędzić wieczór z miłym rozmówcą? — w oczach Romka błyszczała namiętność i chyba 50 gramów odwagi z koniaku. — Zapraszam do restauracji, gdzie opowiem wyjątkową historię twojego uroku. To dokument, ale polubisz to. — Ch-ch-chcę — jąkając się, odparła Waria, włączając się do gry — tylko zdejmę kapuśniak z gazu i wytuszuję rzęsy. — A ja zamówię taksówkę. — Dokąd jedziemy? — uśmiech nie schodził jej z twarzy. — Do restauracji na pięć gwiazdek! — U nas nie ma takich, tylko pizzerie na pięć serów. — To tam właśnie. Dla mojej kochanki — tylko to, co najlepsze. — A żona nie będzie zazdrosna? — Postaramy się, żeby była — puścił oczko Romek.
0
25