Skip to content
Search for:
Życie
Authors
Contact
Privacy Policy
Oops! That page can’t be found.
It looks like nothing was found at this location. Try one of the links below or use a search.
Search for:
You may also like
Co za dziecko w wieku czterdziestu jeden lat! – krzyczał na Nastę mąż. – W twoim wieku już babciami zostają. Nastko, nie rób głupstw. Książki dla dzieci
0
1.4k.
Jeszcze mamy swoje sprawy w domu… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała do drzwi, długo szamotała się z zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego dawno nieogrzewanego domu i usiadła na stołku przy zimnej kuchni. W izbie pachniało opuszczeniem. Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już pajęczyny na suficie, stary stołek skrzypiący żałośnie, wiatr wył w kominie – dom przywitał ją gniewnie: gdzieś ty była, gospodyni, na kogo dom zostawiłaś?! Jak my teraz przetrwamy zimę?! – Zaraz, zaraz, mój drogi, tylko chwilkę odpocznę… Zaraz napalę, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna żwawo krzątała się po starym domu: to bielenie, to malowanie, to wodę przynieść. Jej drobna figura raz pochylała się w pokłonach do ikon, raz zarządzała kuchnią, raz latała po ogrodzie sadząc, pieląc, podlewając. I dom cieszył się razem z gospodynią: sprężysto skrzypiały podłogi pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna same się otwierały pod dotykiem jej spracowanych dłoni, kuchnia piekła pyszne drożdżowe placki. Dobrze im było razem: Walentynie i jej staremu domowi. Wcześnie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkie wykształciła, na ludzi wyprawiła. Jeden syn – kapitan marynarki dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko odwiedzają dom rodzinny. Tylko najmłodsza córka Tamara została na wsi, główny agronom – całe dnie w pracy, matkę odwiedzi w niedzielę, nacieszy się jej plackami – i znowu ich tydzień nie widzą. Pocieszeniem – wnuczka Swietłana. Ta, można rzec, u babci się wychowała. A wyrosła na prawdziwą piękność! Oczy szare, wielkie, włosy do pasa w kolorze dojrzałego owsa, kręcone, lśniące – aż promienie biją. Zrobi kucyk, pasma rozsypią się na ramiona – a chłopakom na wsi szczęki opadają. Figurka zgrabna, postawa królewska, uroda niezwykła jak na wiejską dziewczynę. Babcia Walentyna też była śliczna za młodu, ale gdyby porównać stare zdjęcie z Swietką – jak pasterka i królowa… Do tego mądra. Ukończyła akademię rolniczą w mieście, wróciła na wieś pracować jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, a dzięki programowi wsparcia młodych rodzin, dostali nowy dom. Co to był za dom! Solidny, murowany. Na owe czasy – prawdziwa willa. Tylko że u babci wkoło chaty – sad, wszystko rośnie, kwitnie. A przy nowym domu wnuczki jeszcze nic nie zdążyło wyrosnąć – ledwo trzy gałązki. Do ogrodu Swietka zresztą nie miała serca – choć ze wsi, to delikatna, przez babcię chroniona od przeciągów i ciężkiej pracy. A gdy urodził się synek, Wacek, to już całkiem nie było czasu na sad czy ogród. Zaczęła Swietka namawiać babcię: chodźcie do mnie, dom duży, wygodny, nie trzeba palić w piecu. Babcia zaczęła chorować, stuknęła jej osiemdziesiątka, nogi odmówiły posłuszeństwa. Uległa więc prośbom wnuczki – i przeniosła się do niej na kilka miesięcy. Ale wkrótce usłyszała: – Babciu, kochana, przecież wiesz, że cię kocham! Ale czemu nic nie robisz? Całe życie coś robisz, a u mnie tylko siedzisz… Ja przecież chciałam gospodarstwa, czekałam na twoją pomoc… – Ale ja już nie mogę, nóżki nie chodzą, stara jestem… – Hm… Jak przyszłaś do mnie – to dopiero stałaś się stara… I tak, po paru miesiącach, babcia wróciła do swojego domu, zawiedziona, że nie podołała, nie pomogła ukochanej wnuczce. Z żalu całkiem opadła z sił, nogi ociążałe szurały po podłodze – już nabiegały się przez życie. Przejście z łóżka do stołu stało się dla niej wyzwaniem, a dojście do kościoła – niemożliwością. Ksiądz Borys sam przyszedł do swojej stałej parafianki, niegdyś aktywnej pomocnicy w każdej potrzebie pobliskiego kościoła. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, zajęta ważną sprawą – pisała miesięczne listy do synów. W izbie było chłodno – piec słabo nagrzany. Podłoga lodowata, na babci ciepły, lecz sfatygowany sweter, wyblakła chustka – to u niej, pierwszej gospodyni i czyścioszce, na nogach zdarte filcowe kapcie. Ksiądz Borys westchnął: przydałaby się jej pomoc. Może Anna? Mieszka blisko, silna, dwadzieścia lat młodsza od babci. Wyjął chleb, pierniki i połowę jeszcze ciepłego pieroga z rybą (pozdrowienia od żony, Aleksandry). Zwinął rękawy sutanny i wybierał popiół z pieca, trzy razy nosił drewno na opał, układał je w kącie. Napalił w piecu. Przyniósł wody i postawił na kuchni duży, okopcony czajnik. – Synku kochany! Ojej, znaczy, księże, napisz mi adresy na kopertach. Bo jak ja napiszę swoją kurzą łapką – to list nie dojdzie! Ksiądz Borys usiadł, napisał adresy, rzucił okiem na zawartość listów – dużymi, drżącymi literami: „A ja żyję bardzo dobrze, kochany synku. Wszystko u mnie jest, chwała Bogu!” Tylko że listy o tym dobrym życiu były całe w rozmazanych kleksach, i niektóre z tych kleksów były chyba słone… Anna przyjęła babcię pod opiekę, ksiądz Borys starał się regularnie spowiadać ją i przyjmować do komunii, w święta mąż Anny, wujek Piotr, stary marynarz, dowoził ją motocyklem na mszę. Życie, choć powoli, wracało do normy. Wnuczka nie zaglądała, a potem po latach ciężko zachorowała – długo zwalała złe samopoczucie na żołądek, lecz okazało się, że to rak płuc. Swietłana zgasła w pół roku. Jej mąż zamieszkał na cmentarzu: kupował flaszkę, pił, zasypiał pod nagrobkiem, rano szedł po następną. Czteroletni syn, Wacek, został sam – brudny, zakatarzony, głodny. Zabrała go Tamara, lecz przy absorbującej pracy nie miała czasu zająć się wnukiem. Szybko zaczęto mówić o oddaniu Wacka do internatu w powiecie. Internat był podobno porządny: energiczny dyrektor, dobre jedzenie, na weekend można było dzieci zabierać do domu. To jednak nie dom, lecz Tamara musiała pracować do późna, a do emerytury daleko. I wtedy w wózku starego „Uralu” do córki przyjechała babcia Walentyna. Za kierownicą siedział gruby sąsiad wujek Piotr, w marynarskiej koszulce, z tatuażami kotwic i syren. Oboje wyglądali bojowo. Babcia Walentyna krótko oznajmiła: – Ja Wacka wezmę do siebie. – Mamo, ty już ledwo chodzisz! Jak ty sobie z dzieckiem poradzisz? Przecież mu trzeba prać, gotować… – Jak żyję, Wacka do internatu nie oddam – odcięła babcia. Zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej matki Tamara zamilkła, pomyślała i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotr odwiózł staruszkę i malca do chaty, a potem prawie na rękach wniósł ich do izby. Sąsiedzi krytykowali babcię: – Dobra ta staruszka, ale chyba już na stare lata rozum jej szwankuje: sama ledwo chodzi, a tu dziecko… Toż to nie szczeniak, dziecko opieki wymaga… Gdzie tam Tamara patrzy! Po niedzielnej mszy ksiądz Borys ruszył do babci Walentyny z niepokojem: czy nie trzeba będzie zabrać zaniedbanego Wacka od biednej, schorowanej staruszki? A w izbie było ciepło, piec napalony. Umyty, zadowolony Wacek słuchał na kanapie płyty z bajką o Czerwonym Kapturku, a babcia – zwiewnie jak dawniej – smarowała blaszkę piórkiem, zagniatała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Jej stare nogi tańczyły po kuchni – jakby zapomniała o chorobie. – Księże kochany! A ja tu… drożdżówki piekę… Zaczekaj trochę – księżnej Aleksandrze i Kaziowi podam po gorącej… Ksiądz Borys wrócił do domu wytrącony z równowagi i opowiedział żonie, co zobaczył. Aleksandra zadumała się, wyjęła z regału grubą niebieską teczkę, przeszukała, znalazła stronę i przeczytała: „Stara Egorowna dożyła długiego wieku. Wszystko minęło, przeleciało, marzenia i nadzieje – wszystko śpi pod białym, milczącym śniegiem. Już czas, już czas tam, gdzie nie ma bólu, smutku, westchnienia… Pewnej śnieżnej lutowej nocy długo modliła się przed ikonami, potem położyła się, powiedziała: „Zawołajcie księdza – będę umierać”. Twarz jej pobladła jak śniegi za oknem. Domownicy zawołali księdza, Egorowna wyspowiadała się, przyjęła komunię i już dzień leżała bez jedzenia i picia – żywa tylko ledwo wyczuwalnym oddechem. Nagle drzwi się otworzyły – powiew mroźnego powietrza i płacz dziecka. – Cicho, cicho, babcia umiera. – Niemowlakowi buzi nie zatka, dopiero co się urodziła i nie rozumie, że płakać nie wolno… Ze szpitala wróciła wnuczka Egorowny, Nastka, z maleństwem. Wszyscy poszli do pracy, zostawiając umierającą z młodą mamą. Nastka na razie nie miała mleka, sama bez sił, a dziecię krzyczało, przeszkadzając babci w umieraniu. Stara Egorowna podniosła głowę, oczy jej nabrały wyrazu, usiadła, spuściła bose stopy i zaczęła szukać kapci. Gdy domownicy wrócili wcześniej z pracy (wszak babcia umiera), zobaczyli Egorownę nie tylko żywą, ale i dziarską – chodziła po izbie, bujała zaspaną, spokojną wnuczkę. Decyzja była: nie umrę, jeszcze mam tu sprawy do załatwienia. Jeszcze dziesięć lat żyła wspierając młode pokolenie”. Aleksandra zamknęła zeszyt, uśmiechnęła się i dokończyła: – Moja prababcia, Wiera Egorowna, tak bardzo mnie pokochała, że nie mogła pozwolić sobie umrzeć. Mówiła właśnie tak: „A na śmierć mi jeszcze za wcześnie – jeszcze mamy swoje sprawy w domu!” I przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, wychowywać ukochaną prawnuczkę. Ksiądz Borys uśmiechnął się do żony.
0
35
Podstępna niespodzianka: Sekretny plan teściowej
0
31