Bardzo bałam się podzielić z mężem nowiną o tym, że jestem w ciąży. Był młodszy ode mnie, zawsze pracował i podróżował. Był bardzo zajęty i stale rozwijał swoją karierę, więc czasami myślałam, że nie ma czasu dla swojej rodziny, a nawet dla mnie. Nie rozmawialiśmy jeszcze o dzieciach, nie planowaliśmy tego, a wszystko wydarzyło się niespodziewanie.
Mieszkaliśmy wtedy z moją teściową i jej drugim mężem, a ona znalazła pozytywny test w koszu. Przyszła do mnie na poważną rozmową i ostrożnie zaczęła tłumaczyć, że jesteśmy za młodzi na dzieci, że jej Dawid nie jest jeszcze gotowy na zostanie ojcem, ma pracę i wielkie plany na przyszłość, a dziecko może wszystko zrujnować, w tym nasze małżeństwo. Ja też byłam młoda i głupia. Myślałam, naprawdę, po co mi dziecko w wieku dwudziestu czterech lat? Nie miałam jeszcze zamężnych przyjaciół, których życie rodzinne mogłabym podziwiać.
Posłuchałam teściowej, która nigdy wcześniej nie doradziła mi niczego złego. Poszła nawet ze mną do kliniki. Gdy dochodziłam do siebie i cierpiałam zarówno fizycznie, jak i psychicznie, Dawid nawet tego nie zauważył. Jego dystans i brak zainteresowania moją osobą mnie dobijały. To dlatego nasze małżeństwo się rozpadło, a nie z powodu nienarodzonego dziecka.
W wieku dwudziestu siedmiu lat wyszłam ponownie za mąż. Franek był wspaniałym mężem i marzył o rodzinie. Ja też byłam gotowa, tak mi się wydawało. Próbowaliśmy w różny sposób, a potem poszliśmy do lekarzy i powiedziano mi, że nie będę mogła mieć dzieci. Kilka lat temu źle przeprowadzono operację i teraz nie mogę zajść w ciążę.
Próbowałam przeboleć tę wiadomość sama, wylewając łzy i obwiniając się, że wcześniej dałam się namówić teściowej. Kiedy powiedziałam jej o diagnozie przez telefon, bo po rozwodzie z Dawidem nadal utrzymywałyśmy dobre relacje, powiedziała tylko: “Bądź silna”.
Nie czuje się z tego powodu winna, czuje się dobrze. Oczywiście, ona ma już syna, to moje życie jest bezowocne! Ale gdyby nie jej pranie mózgu, powiedziałabym Dawidowi i kto wie, może wszystko potoczyłoby się dla nas zupełnie inaczej. Może nie byłabym teraz żoną Franka, ale przynajmniej zaznałabym szczęścia macierzyństwa, a teraz tego nie mam.




