Często w młodości brakowało mi wsparcia i komunikacji ze strony matki. Często przebywaliśmy razem z moim tatą, zabierał mnie do klubów, chodziliśmy z nim na ryby, a wszystko dlatego, że był bezrobotny znacznie częściej niż moja mama. To ona ciągnęła naszą rodzinę, podczas gdy mój tata wciąż próbował znaleźć swoje miejsce w życiu. I nie mam prawa się na nią obrażać, ale jako dziewczynka chciałam z nią porozmawiać o pewnych rzeczach.
Z powodu niekończącej się pracy nie byłyśmy ze sobą blisko, a nawet bałam się powiedzieć jej coś zbyt osobistego, więc poznałam więcej koleżanek, z którymi mogłam o wszystkim porozmawiać. Z biegiem lat przyzwyczaiłam się do tego, że moja matka była żywicielką rodziny, a nie kimś, kto mógłby słuchać i pomagać. Nie miała czasu doradzać mi, gdy wybierałam narzeczonego i nie pomogła mi w organizacji ślubu. Później nie chciała też siedzieć z wnukiem. Ale kiedy skończyła sześćdziesiąt trzy lata i przeszła na emeryturę, zaczęła odczuwać smutek.
Towarzystwo taty jej nie wystarcza, ciągle dzwoni do mnie albo do zięcia, namawia nas na wspólne wyjścia, na spacer mnie i wnuka. Coraz częściej zaprasza mnie na zakupy i chce wydać na mnie trochę pieniędzy, żeby tylko spędzić razem dzień. Ale teraz mam pracę i rzeczy do zrobienia. I nie wiem, czy będziemy umiały zbliżyć się do siebie po tych wszystkich latach.
Moja mama i ja mamy dobre relacje, nigdy się nie kłócimy, ale ja mam już swój własny krąg towarzyski i czasami myślę, że wolałabym pójść do salonu na manicure z moją koleżanką niż z mamą. O czym będziemy rozmawiać? O przeszłości? Niektóre rzeczy są krępujące do omówienia z nią, niektóre są po prostu niestosowne.
Może robię źle, ale nie chcę się z nią za często spotykać. Prawie zawsze mogę porozmawiać przez telefon, ale nie chcę włóczyć się po mieście w niezręcznej ciszy.




