Każdy ma problemy w swoim życiu. W rzeczywistości ludzkie życie to tor przeszkód złożony z problemów. Z rzadkimi wyspami odpoczynku. Ale oprócz moich obecnych problemów, mam jeszcze jeden – moją córkę.
Mam 48 lat, jestem rozwiedziona i mam dwójkę dzieci. Mój najstarszy syn jest całkowicie niezależny, od dawna mieszka osobno w innym mieście i nie potrzebuje mojej pomocy, wręcz przeciwnie, pomaga mi albo pieniędzmi, albo podczas swoich wizyt. Ale moja młodsza córka jest absolutnie bezradna i zawsze domaga się, abym pomagała jej z wnukami. Ale mam dom i gospodarstwo, którym muszę się opiekować, a także pracuję na pół etatu. Dla wszystkich jest jasne, że mam wystarczająco dużo na głowie. Ale nie moja córka.
Z jakiegoś powodu jest przekonana, że siędzę bezczynnie w domu i dlatego muszę biec do niej żeby jej pomoc. A jeśli jej odmówię, bo jestem zajęta, obraża się. Mieszka sporo kilometrów ode mnie, a każda podróż do niej zajmuje mi od pięciu do sześciu godzin. Często podnosi mi się ciśnienie, a dzieci są bardzo hałaśliwe i niegrzeczne, trudno mi sobie z nimi poradzić. A moja córka zostawia je ze mną i idzie na cały dzień do koleżanek.
Moja córka nie chce zaakceptować ani mojego oburzenia, ani mojej odmowy. Jeśli córka naprawdę potrzebuje mnie do opieki nad dziećmi, to niech przyjdzie do mnie, przejmie gospodarstwo i zajmie się domem, a ja pójdę do niej i zajmę się wnukami.
Córka mówi, że mam jej pomagać. Czy ona sama nie musi się mną opiekować? Pomagać w pracach domowych? Nie? Więc ja też nie muszę nic robić. Tak jej powiedziałam.
Przed tem dzwonienia do mnie codziennie i żądała, żebym przychodziła doniej do pomocy.
Teraz mój telefon milczy. Myślę, że nie na długo. W między czasie sama spokojnie zajmuję się domem i gospodarstwem, ale na starość muszę pomyśleć o sobie, o zdrowiu. Może powinnam wyjść za mąż? . Inaczej będę dalej musiała wychować dzieci, potem wnuki, a potem nie ma już czasu na moje życie.




