Kiedy byłam w szkole podstawowej , moja matka miała wylew. Planowałam dalej się uczyć, ale po wylewie mojej mamy zdecydowałam, że muszę szybko zdobyć zawód i jak najszybciej pójść do pracy. Oczywiście marzyłam o czymś większym i lepszym, ale udało mi się zdobyć dyplom kucharki. Moi koledzy z klasy to byli głównie chłopcy, którzy mieli problemy z nauką, więc byłam jedną z najlepszych uczennic, zawsze na szczycie listy do stypendium. Uczyłam się równocześnie zarabiając nie wielkie pieniędze w kuchni kawiarni.
Na drugim roku praktyk musiałam odbyć obowiązkowy staż i zostałam wysłana do szkolnej stołówki, przez co musiałam zrezygnować z pracy w kawiarni. Udało mi się jednak przez jakiś czas pracować w szkole, zarabiając grosze, ale zawsze to było coś.
Mojej matce to się nie podobało. Ledwo chodziła, była niepełnosprawna, a z jej rentą i moją pensją z kawiarni jeszcze jakoś dawałyśmy radę, ale z tą pracą w szkole było dużo gorzej. Wtedy zaczęła mnie namawiać, żebym przynosiła ze stołoki resztki jedzenie do domu.
– Nikt nie zauważy, jeśli pod koniec dnia przyniesiesz placki. I tak je wyrzucą – mówiła.
Poprosiła mnie też, żebym przynosiła kotlety, choć zwykle przeznaczaliśmy je dla bezdomnych zwierząt. Musiałam kłamać, że zabieram je dla kotów, a potem zanosiłam je do domu. Czułam się z tym bardzo źle, ale relacje z moją matką się poprawiły, gdy zobaczyła, że nie wydajemy pieniędzy na jedzenia a lodówka jest pełna.
Tak żyłyśmy przez lata. Brałam wszystko z kuchni, w której pracowałam, a nawet jeśli mnie na tym przyłapano, nikt mnie nie karcił, współczując mojej sytuacji. To było czasem bardziej przykre niż trudności ze znalezieniem normalnej pracy. Ale moja mama nie ustępowała i przekonywała mnie, żebym cały czas przynosiła wszystko do domu.
W końcu mogłam wziąć głęboki oddech i przestać – ponieważ mojej mamy już ze mną nie było. Dostałam po niej mieszkanie, moja pensja jest teraz tylko moja i w końcu mam chłopaka! Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę już przynosić resztek z kuchni. Wstyd mi przyznać się komukolwiek, że robiłam to przez lata, ale chyba czasem trzeba. I nie byłam jedyną, która próbowała przynosić coś z kuchni do domu, zwłaszcza gdy wiedziałam, że jedzenie zostanie wyrzucone. Trudne czasy wymagają czasem haniebnych czynów. Ale dobrze, że dla mnie to już koniec. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała żyć w ten sposób i że będę mogła wejść do kawiarni i kupić sobie wszystko, na co mam ochotę.




