Wyobraź sobie, że całe życie znałam swoich rodziców tylko z wyblakłych zdjęć w rodzinnym albumie. Mama zmarła, kiedy przyszłam na świat, a tata załamał się tak bardzo, że nie potrafił nawet na mnie patrzeć. Zrzekł się mnie bez słowa. Na szczęście mój dziadek, Stefan, zabrał mnie ze szpitala i to on stał się dla mnie całym światem.
Dziadek pracował jako tokarz w zakładach w Poznaniu, nie miał jak zrezygnować z pracy, więc od maleńkości pomagała nam pani Bronisława dobra dusza, która opiekowała się mną do jego powrotu. Później poszłam do przedszkola i tak powoli zaczęło się wszystko układać. Z dziadkiem zawsze byliśmy zgrani, nie pamiętam ani jednej awantury, a jak już się spieraliśmy, to zaraz szukaliśmy kompromisu. Nawet jak przechodziłam fazę buntu, rozumieliśmy się bez słów. Całe życie byłam wdzięczna, że mnie nie zostawił nie chcę nawet myśleć, gdzie bym dziś była, gdyby nie on.
Starałam się pomagać w domu, robiłam wszystko, żeby być dla niego powodem do dumy. Kibicował mi, wspierał mnie, gdy jeździłam na olimpiady i zawody lekkoatletyczne zawsze czekał z ciepłym kakao i kanapką, gdy wracałam.
To też on nakierował mnie zawodowo. Fascynowałam się biologią, choć długo nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, aż dziadek zapoznał mnie z doktorem Krzysztofem, swoim kumplem ze studiów, który był uznanym chirurgiem w Poznaniu. Po naszej rozmowie już wiedziałam chcę zostać lekarzem.
Studia upłynęły mi pod znakiem nauki, a praktyki odbywałam w jednym z najlepszych poznańskich szpitali. Było ciężko, czasem miałam chwile zwątpienia, ale dałam radę w końcu zrobiłam specjalizację z neurochirurgii!
Zaraz po dyplomie odezwał się do mnie dyrektor cenionej prywatnej kliniki w Warszawie i zaproponował współpracę. Takiej okazji nie mogłam przepuścić. Praca była wymagająca, operacja za operacją, ale dumna mogę powiedzieć, że nie miałam żadnej porażki na sali. Po roku zaczęłam też prowadzić wykłady, a nawet starzy wyjadacze chcieli mnie słuchać. Minęły kolejne trzy lata, a moje nazwisko rozeszło się po różnych środowiskach. Ze zdziwieniem, ale i radością, dostałam propozycję pracy z jednej z najlepszych klinik w Nowym Jorku rozważyłyśmy z dziadkiem za i przeciw, aż w końcu przyklepaliśmy przeprowadzkę.
W Ameryce dziadkowi nie było łatwo tęsknił za Polską, za swoim ogródkiem, wieczorami przy Jedynce i smakiem domowych schabowych. Po paru miesiącach wrócił do Poznania. Myślałam, że pojadę za nim, ale wtedy w moim życiu pojawił się Teodor kolega po fachu z innej kliniki. Na początku po prostu się zaprzyjaźniliśmy, potem randkowaliśmy, aż w końcu zamieszkaliśmy razem.
Gdy zdecydowaliśmy się na ślub, wiedziałam, że ceremonia tylko w Polsce ma sens i musi mnie poprowadzić do ołtarza właśnie dziadek. Prosiłam go, by wrócił, ale odmówił zdecydowanie mówił, że chce zostać w kraju do końca swoich dni.
Pewnego dnia siedzieliśmy z Teodorem i dziadkiem, rozgrywając wieczór z planszówkami, kiedy nagle zadzwonił mój ojciec. Usłyszałam kilka zdawkowych gratulacji z okazji ślubu, ale czułam, że nie to jest celem rozmowy. Spytałam wprost, po co dzwoni. Ojciec bez skrupułów rzucił:
Chciałbym trochę pieniędzy, córeczko. Żyjesz teraz jak księżniczka, masz bogatego faceta, więc chyba możesz wspomóc starszego ojca, prawda?
Nie zamierzałam tego słuchać. Rozłączyłam się i natychmiast zablokowałam jego numer.
Nie rozumiem, jak miał w ogóle czelność nazwać się rodziną po tylu latach człowiekiem, który zrzec się mnie po śmierci mamy. W moim sercu rodzinę stanowią dziadek i Teodor tylko dla nich zrobiłabym wszystko. Ojciec dla mnie nie istnieje, nie mam z nim nic wspólnego i już nigdy nie będę mieć.


