Mieszkam z mężczyzną, który twierdzi, że pieniądze mają niską wibrację.
Jesteśmy razem prawie dwa lata i do niedawna wszystko było normalne. Pracował, dokładał się do życia, miał swoje obowiązki. Ale pewnego dnia wrócił do mieszkania na Mokotowie i oświadczył, że doznał duchowego przebudzenia i jego praca przestała zgadzać się z jego przeznaczeniem. Już w następnym tygodniu złożył wypowiedzenie.
Początkowo go wspierałam. Powiedział, że potrzebuje czasu, żeby połączyć się z sobą samym, że jest zmęczony systemem i chce żyć z poziomu świadomości. Ja dalej wstawałam bladym świtem, pędziłam do biura, wracałam zmęczona. On zostawał w domu medytował, oglądał filmiki o rozwoju duchowym, palił kadzidło i powtarzał, że się uzdrawia.
Minęły dwa tygodnie, a on dalej nie dołożył się ani do czynszu. Kiedy go zapytałam, powiedział, żebym się nie martwiła Wszechświat zawsze się zatroszczy. Tym wszechświatem byłam ja. Zaczęłam płacić za jedzenie, rachunki, bilety ZTM za wszystko. On jadł, korzystał z mieszkania, internetu, wody, prądu, powtarzając, że w rachunki nie wierzy, bo to życie w strachu.
Pewnego wieczoru wróciłam wypompowana z pracy, a on leżał i słuchał audiobooka o obfitości. Powiedziałam, że musimy porozmawiać o finansach. Odpowiedział, że jestem nastawiona na brak, że moje napięcie przyciąga złe energie i że powinnam odpuścić kontrolę. Wkurzyłam się. Powiedziałam, że to nie jest kontrola, tylko odpowiedzialność. Spojrzał na mnie ze współczuciem i oznajmił, że jeszcze się nie przebudziłam.
Obiecał, że zaraz zacznie zarabiać na swojej wiedzy. Że będzie dawał konsultacje, sesje, cokolwiek. Mijały dni, potem tygodnie, a nic się nie zmieniało. Zmieniło się jedno: zaczął poprawiać we mnie wszystko jak mówię, jak myślę, jak się złościłam. Gdy narzekałam na zmęczenie, mówił, że mam niskie wibracje. Gdy miałam gorszy dzień, stwierdzał, że jestem zablokowana emocjonalnie.
Był taki moment, który we mnie utkwił. Przyszłam z siatami z Biedronki, rzuciłam je na stół i poprosiłam, by mi pomógł. Odpowiedział, że jest w głębokiej medytacji i nie może przerwać swojego przepływu energii. Zamilkłam. Wycierając warzywa, pomyślałam, że nie mam partnera, tylko dorosłego, który odmówił odpowiedzialności za swoje życie.
Niedawno poprosiłam, żeby znalazł jakąkolwiek pracę. Odpowiedział, że nie wróci do świata podporządkowania, by płacić rachunki, bo to go wyniszcza. Że powinnam go wspierać jako świadoma partnerka. Powiedziałam, że wspierać to jedno, a utrzymywać nieroba to drugie. Obraził się. Odrzekł, że nie wierzę w jego potencjał.
Dziś dalej pracuję, płacę wszystko w złotówkach i zastanawiam się, w którym momencie z dziewczyny stałam się mecenasem duchowego rozwoju na osiedlu. Nie wiem, czy jestem partnerką, czy sponsorką jego medytacji. Wiem jedno: jestem zmęczona i cokolwiek bym nie zapaliła jodły, lawendę, kapustę kiszoną rachunki jakoś same się nie opłacą.
Co mam robić?



