ŻYCIE W PORZĄDKU – Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my s…

ŻYCIE W PORZĄDKU

Lidia, zabrania­m ci utrzymywać kontakt z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje sprawy, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Małgosi? Skarżyłaś się na mnie, co? Ostrzegałem cię. Nie miej do mnie żalu warknął Bartosz, ściskając mnie boleśnie za ramię.

W takich chwilach wycofywałam się cicho do kuchni. Łzy płynęły po policzkach. Nigdy nie użalałam się Małgosi na swój los. Po prostu rozmawiałyśmy mieliśmy starszych rodziców, było o czym pogadać, ustalić. A Bartosza to doprowadzało do szału. Nienawidził mojej siostry Małgosi, bo w jej rodzinie panował spokój i dostatek. U nas tego brakowało.

Gdy brałam ślub z Bartoszem, byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Bartosz oczarował mnie swoją namiętnością. Wcale nie przeszkadzało mi, że był ode mnie niższy. Nawet matka Bartosza, która w dniu ślubu ledwo stała na nogach, nie wzbudziła moich podejrzeń. Dopiero potem odkryłam, że teściowa od lat zmaga się z alkoholizmem.

Zaślepiona miłością, nie widziałam problemów. Po roku małżeństwa moje wyobrażenia o szczęściu prysły. Bartosz pił coraz więcej i wracał do domu pijany jak bela, a potem zaczęły się zdrady. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu zarobki miałam niewielkie. Bartosz wolał spędzać czas z kolegami od kieliszka.

Nie zamierzał mnie utrzymywać. Kiedyś marzyłam o dzieciach, dziś całą czułość przelewałam na mojego rasowego kota. Nie chciałam już potomstwa z mężem-alkoholikiem. Mimo wszystko, nadal kochałam Bartosza.

Głupia jesteś, Lidia! Wokół ciebie pełno facetów, patrzą maślanymi oczami, a ty jak zaczarowana tylko za swoim karzełkiem latasz! Co w nim widzisz? Wiecznie chodzisz posiniaczona od jego ciosów. Myślisz, że nikt nie widzi tych malin pod warstwą fluidu? Rzuć go, nim cię w gniewie zabije, durna radziła mi koleżanka z pracy.

Tak, Bartosz często dawał upust swojej agresji, podnosił na mnie rękę. Raz pobił mnie tak mocno, że nie mogłam pojawić się na dziennej zmianie w szpitalu. Zamknął mnie wtedy w mieszkaniu, zabierając klucz.

Od tego czasu panicznie się go bałam. Moja dusza kurczyła się, a serce waliło jak młot, słysząc przekręcany w zamku klucz. Miałam wrażenie, że Bartosz się na mnie mści za to, że nie mogłam mu dać dziecka, za bycie złą żoną, za chyba wszystko. Nie stawiałam oporu jego przemocy, zniewagom i upokorzeniom. Czemu wciąż go kochałam?

Pamiętam słowa jego matki:
Lidciu, słuchaj męża, kochaj go całym sercem, zapomnij o rodzinie i kumpelkach one do niczego dobrego cię nie doprowadzą.

Więc rezygnowałam z przyjaźni i kontaktów z rodziną, podporządkowałam się woli Bartosza. Byłam jego niewolnicą.

Jakoś lubiłam, jak później błagał mnie o wybaczenie, klękał, całował po stopach. Godzenie się smakowało słodko i magicznie. Bartosz sypał na nasze łóżko płatki róż o cudownym zapachu. Czułam się jak w niebie. Wiedziałam jednak, że te róże zrywał u kolegi-pijaka z podwórka. Żona owego pijaka pieczołowicie je pielęgnowała, a jej mąż potajemnie oddawał kwiaty kumplom za bezcen. Żony cieszyły się z róż i wybaczały winy mężom.

Najprawdopodobniej tkwiłabym przy Bartoszu przez całe życie, próbując na nowo sklejać swoje wyśnione szczęście. Los jednak zainterweniował.

Oddaj Bartosza, mam z nim syna. Ty przecież jesteś bezpłodna wyznała bez ogródek jakaś kobieta, domagając się żebym puściła męża dla szczęścia jej bękarta.

Nie wierzę! Wynoś się, póki jesteś cała! wykrzyczałam nieproszonemu gościowi.

Bartosz wypierał się dowodów jak mógł.

Przysięgnij, że to nie twój syn! wiedziałam, że prawdy nie ukryje.

Milczał wymownie. Wszystko stało się jasne

Lidia, nigdy nie widziałam cię uśmiechniętej. Co się dzieje? zapytał mnie dr Henryk Lewicki, nasz ordynator. Zawsze uważałam, że nawet mnie nie zauważa, a tu nagle takie zainteresowanie.

Wszystko w porządku zmieszałam się przed szefem.

To dobrze, jak człowiek ma w życiu porządek, to życie piękne powiedział tajemniczo pan doktor.

Krążyły plotki, że Henryk był żonaty, miał córkę, ale rozstał się z żoną przez jej zdradę. Teraz żył sam, miał czterdzieści dwa lata. Z wyglądu nieporadny, okularnik z zakolami, niezbyt wysoki. Ale gdy zbliżał się, ogarniała mnie fala kobiecego pragnienia. Pachniał delikatnie niespotykanym, zmysłowym lotionem.

Nie mogłam oprzeć się czarowi ordynatora. Szybko znikałam mu z oczu, unikając pokusy. Po jego słowach nie mogłam znaleźć sobie miejsca. To dobrze, jak ktoś ma porządek w życiu Tak proste słowa, a sięgnęły głęboko w duszę. U mnie przecież wszystko było w chaosie. Czas przeciekał mi przez palce, nie da się go zatrzymać, żeby wszystko uporządkować.

Przeniosłam się więc od Bartosza do rodziców. Mama była zaskoczona:

Lidka, co się stało? Wywalił cię mąż?

Nie, mamo. Wyjaśnię później było mi wstyd opowiadać o swoim małżeństwie.

Jeszcze kilka razy dzwoniła do mnie matka Bartosza. Krzyczała, obrzucała mnie wyzwiskami i przekleństwami. Ale czułam, że właśnie zaczynam żyć na nowo. Dzięki doktorowi Henrykowi…

Bartosz wściekał się, groził, wszędzie mnie szukał. Nie rozumiał, że nie mam już dla niego strachu.
Bartosz, nie trać na mnie czasu, zajmij się lepiej swoim synem. To jemu jesteś potrzebny. Ja zamknęłam już ten rozdział. Żegnaj powiedziałam spokojnie.

Powrót do rodziców i do Małgosi był jak powrót do siebie. Byłam znów sobą, a nie kukiełką w cudzych rękach.

Lidia, nie poznaję cię. Wypiękniałaś, odmłodniałaś, rozkwitłaś jak panna młoda! śmiała się koleżanka.

A Henryk poprosił mnie o rękę:

Lidka, wyjdź za mnie! Obiecuję, nie będziesz żałować. Mam tylko jedną prośbę mów mi po imieniu. Zostaw panowanie tylko w pracy.

Kochasz mnie, Henryk? zdziwiłam się.

Ach, przepraszam, zapomniałem, że kobiety chcą to usłyszeć. Chyba cię kocham. Ale wierzę bardziej w czyny powiedział, całując mnie w dłoń.

Zgadzam się, Henryk. Wierzę, że nauczę się cię kochać byłam szczęśliwa jak nigdy.

Minęło dziesięć lat.

Henryk codziennie udowadniał mi swoją miłość. Nie rzucał pustych słów, nie klękał, jak mój były mąż. On otaczał mnie troską i dobrocią. Zadziwiał męskimi, wielkodusznymi gestami. Nie było nam dane mieć własnych dzieci chyba rzeczywiście byłam niepłodna. Ale Henryk nie miał o to żadnych żali. Nigdy nie zranił mnie słowem.

Lidka, widocznie jest nam pisane być tylko we dwoje. To mi wystarcza pocieszał, gdy nachodził mnie smutek.

Córka Henryka obdarzyła nas wnuczką, Zosią. To ona stała się naszym ukochanym dzieckiem.

A Bartosz? Zupełnie się stoczył i zmarł przed pięćdziesiątką. Jego matka, mijając mnie czasem na targu, patrzy na mnie z nienawiścią. Ale jej złość nie dosięga mnie, rozpływa się w powietrzu. Jest mi jej żal, ale nic poza tym.

A my z Henrykiem mamy porządek w życiu. I wiem już, że prawdziwe szczęście rodzi się wtedy, gdy same nadamy sens naszym dniom, nawet jeśli los nie spełni wszystkich naszych marzeń. Czasem zamiast walczyć o coś na siłę, warto pozwolić sobie odejść i zacząć nowy rozdział wtedy życie naprawdę smakuje.

Rate article
Fajna Tajna
ŻYCIE W PORZĄDKU – Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my s…