ŻYCIE UŁOŻONE
Magda, zakazuję ci utrzymywania kontaktów z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje sprawy, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Celiny? Żaliłaś się na mnie? Ostrzegałem cię. Jak się uprzesz, to nie miej do mnie pretensji Marcin ścisnął moje ramię tak mocno, że omal nie krzyknęłam.
W takich chwilach, jak zawsze, bez słowa szłam do kuchni. Łzy stawały mi w oczach. Nie, nigdy nie narzekałam siostrze na własne życie. My po prostu rozmawiałyśmy. Mamy przecież starszych rodziców, jest o czym pogadać, przedyskutować. Ale Marcina to doprowadzało do szału. Szczerze nie znosił mojej Celiny. U niej w domu wieczny spokój i dostatek, czego o nas powiedzieć się nie dało.
Gdy zostawałam żoną Marcina, świata poza nim nie widziałam. Zakręcił mi w głowie na dobre. Wzrost przyszłego męża wcale mi nie przeszkadzał był ode mnie o głowę niższy. Ignorowałam też fakt, że jego mama przyjechała na wesele ledwo trzymając się na nogach. Szybko wyszło na jaw, że teściowa to zaawansowana alkoholiczka.
Zakochana, nie widziałam rzeczywistości. Dopiero po roku małżeństwa dopadły mnie wątpliwości. Marcin uwielbiał zaglądać do kieliszka, nocami wracał ledwo stojąc na nogach. Z czasem zaczęły się jego romanse. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu, pensja wiadomo, żaden szał. Marcin z kolei preferował wieczne przesiadywanie z kolegami przy wódce.
Utrzymywać mnie nie zamierzał. Kiedyś marzyłam o dzieciach, ale teraz zadowalałam się opieką nad rasowym kotem burem, z rodowodem. Przestałam chcieć potomstwa z takim mężem-alkoholikiem. Mimo wszystko Marcina jeszcze kochałam.
Ty to masz łeb jak sklep, Magda! Widzisz tych wszystkich facetów wokół siebie? Każdy się kręci i oczka puszcza, a ty ślepo trwasz przy swoim krasnalu! Co ty w nim widzisz? Ciągle chodzisz posiniaczona, myślisz, że nie widać “pamiątek” pod tą warstwą podkładu? Daj spokój, zanim naprawdę zrobi ci krzywdę podpytywała mnie Sylwia, koleżanka z pracy.
Tak, Marcin nie raz dawał ujście swojej złości w najbardziej prymitywny sposób. Raz pobił mnie tak, że nie dałam rady pójść do szpitala. Zamknął mnie wtedy na klucz w mieszkaniu przejął kontrolę do tego stopnia, że zaczęłam się go panicznie bać. Serce waliło jak oszalałe, gdy tylko słyszałam przekręcany klucz w zamku. Byłam przekonana, że mści się na mnie za to, czego mu nie dałam, za bycie “złą żoną”, za wszystko.
Nie stawiałam oporu przy jego wybuchach, krzykach, przy wszelkim upokorzeniu. Czemu jeszcze go kochałam? Matka Marcina, wyglądająca trochę jak zła czarownica z bajki, powtarzała mi:
Madziu, słuchaj się męża, kochaj go bez reszty! O rodzinie i koleżankach zapomnij, bo nic dobrego z tego nie będzie.
I posłusznie zapominałam o przyjaźniach, nie widywałam się z rodziną, byłam całkowicie pod jego władzą.
Lubiłam za to chwile, gdy Marcin po kolejnej awanturze płakał, klękał i całował mnie po nogach. Godziliśmy się słodko, otuleni płatkami róż o upajającym zapachu które, jak wiedziałam, nie kupił, tylko zerwał w ogródku sąsiada-pijanicy. Żony tych typów hodowały kwiaty z miłością, a ich mężowie wymieniali róże na kolejne flaszki u swoich kompanów od kieliszka. Kobiety wybaczały swoim “rycerzom” po różanych prezentach.
Pewnie dalej tkwiłabym w takim patologicznym układzie, co i rusz odbudowując własny mikroskopijny raj, gdyby nie los. Oto pewnego dnia zjawiła się u mnie kobieta z tekstem prosto z mostu:
Oddaj Marcina, bo mam z nim syna. Ty jesteś bezpłodna, taka trochę jak taki jesienny liść, co tylko szeleszczy, a owoców nie daje.
Nie wierzę! Proszę wyjść, zanim zadzwonię po policję odprawiłam ją z miejsca.
Marcin i tak się wymądrzał i wszystkiego wypierał. Poprosiłam go o przysięgę, że to nie jego syn. Nie był w stanie zaprzeczyć. I wszystko stało się jasne
Madziu, ty chyba nigdy się nie uśmiechasz. Coś nie tak? zapytał nagle Adam Pawłowski, nasz ordynator, którego byłam przekonana, że jestem dla niego przezroczysta.
Wszystko w porządku wydukałam. W duchu wiedziałam, że to bzdura.
To dobrze, gdy człowiek ma wszystko w porządku, wtedy życie jest piękne powiedział z lekkością Adam.
Adam był już po rozwodzie, miał dorosłą córkę, z którą utrzymywał dobry kontakt. Miał czterdzieści dwa lata, nie rzucał się w oczy okulary, lekko łysiejący, filigranowy. Gdy podchodził blisko, czułam, jak unoszą się we mnie motyle. Używał jakiejś wody kolońskiej, od której nogi miękły.
Nie mogłam znieść tego wrażenia chaosu po jego prostych słowach o życiowym porządku. Dookoła bałagan, a lata lecą i nie da się wcisnąć “pauzy”, żeby się ogarnąć.
W końcu spakowałam się i wróciłam do rodziców. Mama aż usiadła z wrażenia:
Madziu, co się dzieje? Wyrzucił cię mąż?
Nie. Później wszystko ci opowiem, mamo nie miałam odwagi przyznać się do prawdy.
Potem dzwoniła teściowa, darła się, złorzeczyła mi przez telefon. Ale poczułam, że wreszcie mogę oddychać pełną piersią. Wreszcie dobrze mi się spało. Zawdzięczam to Adamowi Pawłowskiemu.
Marcin wywijał jeszcze dramaty, straszył mnie, śledził. Ale nie wiedział, że przestałam już bać się go, a on dawno stracił panowanie nad moim życiem.
Marcin, nie trać na mnie czasu. Zajmij się synem, on cię potrzebuje. Ja zamykam naszą historię powiedziałam najspokojniej w świecie.
Wróciłam też do siostry i rodziców. Odzyskałam siebie. Przestałam być marionetką.
Sylwia od razu zauważyła zmiany:
Madzia, nie poznaję cię! Cała promieniejesz. Jakbyś miała zostać panną młodą!
Adam Pawłowski niedługo potem oświadczył mi się:
Madziu, a może byśmy się pobrali? Obiecuję nie pożałujesz. Tylko nie mów mi “panie Adamie”, zostawmy to na szpital.
Ale ty mnie w ogóle kochasz? aż zdębiałam zaskoczona.
Och, wybacz, zapomniałem, że kobiety lubią słowa. Chyba cię kocham. Ale bardziej wierzę w czyny odpowiedział, całując mnie w rękę.
Zgadzam się, Adamie. Jestem pewna, że się w tobie zakocham cieszyłam się, jak nigdy dotąd.
…Minęło dziesięć lat.
Adam codziennie udowadniał mi swoją troskę i miłość. Nie klękał, nie składał pustych obietnic, jak mój ex. Był opiekunem i czułym partnerem, potrafił mnie zaskoczyć życzliwymi gestami. Wspólnego dziecka nie doczekaliśmy się chyba rzeczywiście okazałam się tym jesiennym liściem ale Adam nigdy nie miał mi tego za złe.
Madziu, może tak miało być mamy siebie, to wystarczy pocieszał mnie zawsze, gdy dopadał mnie smutek.
Jego córka dała nam wnuczkę, Hanię, która stała się naszym oczkiem w głowie.
Co się zaś tyczy Marcina stoczył się całkowicie i pożegnał z tym światem szybciej, niż butelka Żubrówki zlatuje ze sklepowej półki przed sylwestrem. Teściowa patrzy na mnie na rynku spode łba, ale jej złe spojrzenia rozpływają się w powietrzu. Trochę mi jej żal, ale tylko trochę.
A nam z Adamem jest po prostu dobrze. Życie jak dla mnie wreszcie ułożone.



