*Dziennik, 30 lipca*
Stanisław był starym kawalerem. Żył sobie spokojnie, samotność mu nie ciążyła. Harował jak wół. Pracę lubił. Wszystko robił idealnie, żeby porządek był. Z kobietami się spotykał, ale idealnej nie znalazł. Tego roku pod koniec lipca wybrał się na urlop, na południe. Był zmęczony, chciał uciec od cywilizacji. Wszedł w internet, dał ogłoszenie.
Odezwała się kobieta z dwójką dzieci, mieszkanka małej wioski nad morzem. Do plaży było dwadzieścia minut piechotą, ale miejsce z dala od kurortów, osobny pokój, a w zamian za zakupy – domowe obiady. Stanisław się skusił. Dojechał bez problemów, nawigacja nie zawiodła. Dom był stary, ale czysty, pokój przytulny, a gospodyni uprzejma. Po podwórku biegał mały piesek, york. W sadzie dojrzewały owoce, a dwójka dzieci, chłopiec i dziewczynka, może dziesięciolatkowie, krzątała się przy gospodarstwie. Gospodyni nie narzucała się, pytała tylko, co ugotować, częstowała truskawkami i uśmiechała się ciepło. Stanisław całe dnie spędzał nad morzem – pływał, wspinał się po skałach, fotografował i pisał do starego kumpla na Messengerze. Czasem zastanawiał się, skąd u pięćdziesięciolatki tak małe dzieci. W końcu zapytał.
— Katarzyno, to państwo wnuki?
— Nie — odparła. — To moje dzieci, tylko późne. Małżeństwo mi nie wyszło, ale chciałam mieć dziecko. I wcale nie jestem taka stara, mam czterdzieści osiem.
Gdy tak rozmawiali, Stanisław przyjrzał się gospodyni. Miła, ciepła, uśmiechnięta. I imię mu się podobało — Katarzyna, Kaśka. Tak miała na imię jego matka. A Kasia pachniała truskawkami i masłem. Młode wino było smaczne, wieczory chłodnawe, a niebo usiane gwiazdami. Oboje nie bawili się w udawanie – dorośli przecież. W dzień zachowywali się normalnie, a nocą Stanisław cicho przechodził do jej sypialni, do Kaśki. Potem wracał do swojego pokoju. Dzieci nie można było budzić. Mały piesek nawet nie zaszczekał na Stanisława, tylko patrzył chytrze, jakby rozumiał. Dobra psina, oszczędna. Jadła dwie łyżki, ale pilnowała podwórka sumiennie. Miała na imię Mela. Zaczęła chodzić ze Stanisławem na plażę, nawet pływała, potem wyskakiwała, otrząsała się, suszyła na słońcu i biegła do domu przed nim. A on za nią.
Aż pewnego dnia Mela nie przyszła. Stanisław ruszył jej szukać, wołał, krzyczał, rozklejał ogłoszenia. Gdzie się podziała? Nikt nie wiedział. Starsza sąsiadka powiedziała, że może zabrali ją przyjezdni, którzy wynajmowali dom na końcu wsi. Stanisław poszedł tam. Powiedzieli mu, że właśnie wyjechali, z małym pieskiem, godzinę temu, w kierunku drogi. Stanisław wrócił, wsiadł do samochodu i pojechał. Dogonił ich po osiemdziesięciu kilometrach, zablokował drogę. Z jeepa wyszły dwie młode, bezczelne dziewczyny.
— Hej, odstaw auto! Nie umiesz jeździć? Zaraz wezwiemy policję!
— Wzywajcie — odparł Stanisław. — Tylko najpierw oddajcie psa.
— O, jaki śmiały! — zaśmiała się wyższa. — To bezpański pies, my go ratujemy!
— Nie jest bezpański — odpowiedział Stanisław. — Ma rodzinę. To nie wasz pies.
— Spadaj! — wrzasnęła druga. — Nie odjedziesz, rozbijemy ci szyby!
Stanisław obszedł je, zawołał: “Mela!”. Piesek zaszczekał i zaczął biegać po siedzeniach, próbując wcisnąć się przez uchylone okno. Dziewczyny łapały Stanisława za ręce, przeklinały, próbowały bić. Nie wiedział, co robić – nie mógł przecież uderzyć kobiety.
Pomógł nadjeżdżający drogówkarz, gruby, spocony, sapiący. Zakrywając uszy przed wrzaskami, sierżant wziął Melę na ręce.
— Cicho wszyscy! Pójdzie do tego, do kogo podbiegnie. Żadnych papierów na nią nie macie.
— Kruszynko, Słoneczko! — zawodziły dziewczyny, wyciągając kiełbasę. — Chodź do nas, do autka!
— Jedziemy, Mela — rzekł Stanisław.
Drogówkarz postawił psa na ziemię. Mela pognała do Stanisława, merdając ogonem i szczekając głośno.
— No to się wyjaśniło — westchnął policjant.
— To nasz pies! — wrzeszczały dziewczyny. — Nie macie prawa go zabierać! Poskarżymy się twojemu przełożonemu! My go uratowałyśmy, biegał sam!
Policjant poczerwieniał.
— Słuchajcie, wybawicielki. Alto spokojnie odjedziecie, albo sprawdzę wam OC, gaśnicę, trójkąt, apteczkę. I przeliczę tabletki. Auto brudne. A i sprawdzę, czy nie kradzione. A komputer tylko na komendzie…
Jeep zniknął szybko.
Stanisław podziękował policjantowi.
— Dziękuję, panie sierżancie.
— Nie ma sprawy. Sam mam takiego kundelka. Szczekacz, tchórz i cwaniak. Zimą chodzi w kubraczku, zmarzluch. Fajna rasa, wierna. I wygodny rozmiar. No to powodzenia. Jedźcie ostrożnie.
Stanisław wsiadł do auta, Mela położyła mu się na kolanach, malutka, cieplutka, sierść jak welur. Zrobiło mu się dobrze, dawno tak dobrze nie było. Droga równa, auto mruczy cicho, a Mela taka słodka. I w tym wszystkim nagle zrobiło mu się smutno — niedługo wyjazd. W pustym mieszkaniu nikt nie czeka. Przemknęła mu myśl: zawrócić, zabrać Melę. Tyle rzeczy miał? Parę koszulek, bielizna, dres. Pomysł błysnął. Zauważył go, westchnął i pojechał do Kasi.
Ostatni tydzień był deszczowy, ale Stanisław i tak chodził się kąpać. I Mela z nim. Nocą skradał się do sypialni Kaśki, a rano coraz częściej robiło mu się smutno. W dzień wyjazdu świeciło słońce. Stanisław spakował się wieczorem. Dał Kasi prezent, pożegnał się, zostawił numer i wsiadł za kierownicę. Powoli nabierał prędkości, myśląc, że urlop się skończył, romans też, czas wrócić do normalnego życia. Już zjechał z polnej drogi na asfalt,Już minął pierwszy zakręt, gdy w lusterku zobaczył, jak Mela biegnie za samochodem, a za nią Kasia macha ręką, krzycząc coś, czego i tak nie mógł usłyszeć.



