Życie na potem
Mamo, mogę wziąć jednego cukierka z pudełka? No proszę, tylko jednego! Hania zakręcała się przy szafce niczym sprytna łasiczka, próbując dorwać się do słodyczy, które jej mama, Aldona, schowała z niemałym wysiłkiem.
Nie ma mowy! To jest na święta. Zjesz teraz, to na Sylwestra nic nie zostanie odpowiedziała spokojnie, układając coś na stole w kuchni w mieszkaniu na warszawskim Wrzecionie.
Hania nadęła wargi. No bo co za różnica, kiedy się zje cukierka? Przecież nie prosi o całą paczkę, tylko o tego jednego! Czemu mama zawsze tak robi? Jak coś smacznego to na potem, jak coś ładnego to na specjalne okazje. Aż chce się ubrać w tę nową sukienkę, którą tata przywiózł z podróży służbowej do Krakowa, zjeść cukierka i iść do koleżanki Kasi w nowe ciuszki. Na Kasię mama jej pozwalała zakładać nowe rzeczy nawet do przedszkola. Podobno dlatego, że jej mama sama szyje stroje, nie kupuje w sklepie. I co z tego? Kasia zawsze wygląda szałowo, a Hania chodzi w starych niebieskich groszkach, które już ją do szału doprowadzają.
Wtedy Hania nie wiedziała jeszcze, jak trudno przychodziło jej rodzicom załatwianie słodyczy czy sukienek. Mama Hani pracowała w bibliotece, a tata był inżynierem. Od dziecka słyszała magiczne słowo załatwić znaczyło, że będzie coś wyjątkowego, nie z pierwszej łapanki w sklepie. Tak zdobyła swoje śliczne lakierki, a mama wymarzone kozaczki. Pamięta do dziś, jak później przez miesiąc jadły prawie wyłącznie makaron i ziemniaki, ale mama przez tydzień nie rozstawała się z nową parą butów nawet nie zakładała, tylko się nimi zachwycała. Te kozaki Hania pamiętała na zawsze każdą ryskę, każdy starty flek.
Czasy się zmieniły. Sklepy dosłownie pękały w szwach. Problemem przestało być kupno nowych ubrań teraz problemem były złotówki w portfelu. Hania była wtedy w ósmej klasie, kiedy tata któregoś dnia wrócił z pracy i z radością w oczach zakomunikował:
Przyjęli mnie!
Nie bardzo wiedziała, co to oznacza, ale mina mamy mówiła więcej niż słowa. Okazało się, że tata dostał pracę we wspólnej, polsko-zagranicznej firmie, gdzie jego umiejętności w końcu na coś się zdały i to jak! Stał się zupełnie innym człowiekiem: mniej zamyślonym, mniej rozgoryczonym. Wreszcie go szanowali i awansował.
Żyło się lżej. Mama już nie siedziała pół wieczoru z notesem, licząc grosze na strój dla Hani i podwieczorek dla taty. Pierwsze własne dżinsy, modne adidasiki no i kasa na drobiazgi. Hania zrezygnowała z planów pójścia po szkole do zawodówki. Stwierdziła, że pójdzie na studia. Dwa lata kuła, o imprezach i koleżankach ledwo pamiętała, ale dostała się na uniwersytet z wyróżnieniem. Można by pomyśleć złapała Pana Boga za nogi! Teraz odpoczynek, relaks, życie dla siebie Ale Hania postanowiła odwrotnie: najpierw studia, praca marzeń, później cała reszta. Znowu jej się udało. Czerwony dyplom, świetna posada załatwiona przez tatę dzięki nowym znajomościom. Sukces gonił sukces. Rodzice chodzili dumni jak pawie. Własne mieszkanie, samochód, urlopy za granicą. Tylko zawsze sama.
Hanię to nie specjalnie ruszało. Nigdy nie była pilną dziewczynką i nie narzekała na brak adoratorów. Po prostu nie spieszyło jej się do poważnych związków. Przecież tyle jeszcze miała do zrobienia!
Pierwsza poważna relacja przyszła dopiero, kiedy miała trzydzieści pięć lat. Pracowała z Michałem w jednym biurze, przez lata mijali się w korytarzach. Nigdy nie wpadła na to, że może mu się podobać. Aż na jednej firmowej imprezie odważył się poprosić ją do tańca. Gdy po kilku piosenkach Hania trochę wstawiona oparła mu głowę na ramieniu, Michał zdecydował się w końcu na jawną deklarację:
Hania, wyjdź za mnie. Oboje jesteśmy w miejscu, kiedy rodzinę czas założyć. Od dawna mi się podobasz. W zasadzie kocham cię!
Hania zaśmiała się cicho:
Michał, co za głupoty? Jeszcze wszystko przed nami
Ale rano, budząc się, spojrzała mu prosto w oczy i ku własnemu zaskoczeniu, powiedziała:
Dobrze, zgoda.
Piękne wesele, łzy wzruszenia Aldony, która już pogodzona była z losem bez wnuków, i trzy lata później, gdy Hania zrozumiała, jak mało znaczą jej sukcesy wobec tego, co w końcu dostała, chociaż przez całe życie odwlekała to na potem.
Mamo, nie ma już przyszłości Nie będę miała dzieci Hania nie potrafiła nawet płakać, ściskając w ręku wyniki badań. Czemu byłam taka głupia?
Córeczko, spokojnie. To tylko jedna klinika. Medycyna idzie do przodu. Jeszcze wszystko może się zmienić.
Kiedy? Hania rozrzuciła papiery, które z szelestem rozleciały się po pokoju.
W domu rodziców niewiele się zmieniło od czasów jej dzieciństwa. Pieczołowicie odnawiana przez całą rodzinę tapczanowa loża, wiecznie za mała kuchnia i ta szafka z ukrytymi słodyczami. Rodzice upierali się, by nie brać złotówki na remont czy nową meblościankę, choć ojciec już nie pracował i mocno chorował, a mama nie miała serca wyjść bez niego z domu. Hania pomagała, jak mogła pełna lodówka, zeskrobanie parkietu, reparacja mebli, udawało jej się wymusić tylko tyle.
Mamo, przecież wiesz, że czasu to właśnie nie mam
Siedziały razem długo, nie widząc, jak z pokoju znika światło, ignorując dzwoniący telefon. Hania płakała, wygasła, potem nabierała sił, znów się rozklejała. W końcu, gdy już prawie nie widziała twarzy mamy w półmroku, wyszeptała:
Dziękuję, mamo
Za co?
Że mnie wysłuchałaś. Bo z tym, to już do nikogo innego nie pójdę. Ani komu ja teraz potrzebna?
Co ty wygadujesz?! Aldona objęła córkę. Potrzebna jesteś mi! Tacie! Michałowi!
Michałowi już nie
Dlaczego, Hania?
Bo to moja sprawa, nie jego. Jeszcze zdąży założyć rodzinę. A ja mój czas się skończył.
Hania szybko pożegnała mamę. Nie martw się, mamo. Nie zginę rzuciła i zamknęła za sobą drzwi. Aldona opadła bez sił na ustawiony w korytarzu taboret. No przecież czemu to akurat jej córce?
Nie chciało jej się wracać od razu do pustego mieszkania, skręciła na bulwar nad Wisłą. Pogoda pod psem, ludzi na lekarstwo kilka spacerujących z psami, emerytowani małżonkowie, mruczący coś pod nosem, osłaniający się kołnierzami od jesiennego wiatru.
Hania patrzyła za nimi, jakby w nich szukała dawnych wizji: razem do późnej starości, zrozumienie bez słów, nasze sprawy Ale tego już nie będzie. Zrozumiała do bólu, że naprawdę kochała Michała; tylko, jak zwykle w życiu, odłożyła to na później, zamiast od razu wziąć za gotowe. Tymczasem nie powinno się odkładać miłości. Bo jak się kogoś kocha, to się nie kalkuluje.
Patrząc na szarą, nieprzyjazną teraz rzekę, przypomniała sobie spacer z dzieciństwa: lody, chociaż zimno. I co za paradoks nie przeziębiła się ani razu, nawet jedząc w styczniu!
Teraz takich spacerów ze swoimi dziećmi nie doświadczy
Potrząsnęła głową, próbując przegnać rozpacz. Dosyć! Rozczulanie się to żadne rozwiązanie. Coś trzeba ze sobą zrobić. Skoro kariera i sukcesy nie są już cenne, trzeba znaleźć coś nowego.
I właśnie wtedy, gdy szła do auta, zobaczyła bandaż nastolatków kręcących się przy jej toyocie. Rozglądnęła się. Pusto, nikogo, kto by zareagował w razie awantury. Ale Hania nagle poczuła dziwną mieszaninę gniewu i obojętności: co jej zrobicie, co jej się stanie. Już bez znaczenia…
Wsadziła zmarznięte dłonie głębiej w kieszenie i podeszła pod samochód.
Co wy tu kombinujecie?
Gimbusy, na oko nie więcej niż szesnaście lat, odwrócili się.
To pani auto?
Moje.
Kot pod maską jest! Trzeba pomóc! Wyciągnąć! zaczęli trajkotać jeden przez drugiego.
Spokojnie! Jeden mówi. O co chodzi z tym kotem?
Wybrano najniższego, przywódcę, który wystąpił przed szereg:
Widzieliśmy, jak wlazł pod wasz samochód i potem gdzieś wyżej. Może siedzi przy kole albo jeszcze dalej. Jak pani odpali, to masakra.
Podniosła brwi.
Pewny jesteś?
Mówię pani, mróz jest, to włażą pod maskę do ciepła.
Hania odblokowała zamek na pilota, podniosła maskę i prawie sięgnęły ją dreszcze, gdy wyciągali rozszalałego, czarnego jak diabeł kociaka.
Rany boskie! Przerażona aż się wzdrygnęła, widząc, jak chłopcy próbują ujarzmić miniaturowego demona.
Gryzie! Ale zostawię go pani! zaśmiał się przywódca i wręczył kociaka Hani. Trzymacie!
Serio, ja? A co ja mam z nim zrobić? Nigdy nie miałam kota!
Jakoś sobie pani poradzi. Ważne, żeby go nakarmić.
Chłopaki się śmiali, pożegnali bez żalu, ale Hania, jakby sobie nagle coś przypomniała, wyjęła banknot i podała:
Nie wypada zwierzaka ot tak przekazywać, bez szczęścia. Moja mama tak mawiała.
Dzięki! Młodociani machnęli ręką i poszli.
Usiadła za kierownicą, z kociakiem na kolanach, jakby miała ogon z ciasteczka.
I co teraz z tobą pocznę?
Kociak, usadowiony zadowolony, deptał jej jasny płaszcz i mruczał w niebogłosy.
No pięknie Jeszcze kot na stare lata Odpaliła samochód, zapięła pasy. Jedziemy do domu!
Rozmowę z Michałem przełożyła na rano. Wieczorem harowała z kotem kąpiel (pcheł masa!), karmienie, oswajanie. Michał stał za drzwiami z ręcznikiem.
Dziwne
Co?
Zazwyczaj koty na myśl o wannie dostają szału, a ten się relaksuje. I jeszcze mruczy. Słyszysz?
Hania skręciła kota w ręcznik.
Dobra! Po robocie. Idziemy jeść.
Wieczór spędzili na patrzeniu jak kociak śpi przytulony do niej na kanapie.
W końcu Michał spytał:
Haniu. No i jak? Co mówią wyniki?
Hania westchnęła ciężko.
Będziemy musieli się rozstać, Michał.
Świetny żart. A czemu to?
Bo dzieci nie będziemy mieli. Przeze mnie. Ty jeszcze możesz ułożyć sobie życie, założyć rodzinę.
Patrzył na nią zdumiony, naprawdę, jakby pierwszy raz widział.
Czyli po prostu tak? Decydujesz za nas dwoje? Dla mnie ważne, byś TY była obok mnie, a nie jakaś tam wyidealizowana matka moich dzieci.
Michał podniósł śpiącego kota, rzucił: Dziś śpię w gabinecie.
Hania przytaknęła, poczekała aż wyjdzie i dopiero wtedy się rozpłakała. Racjonalizowała całą noc, miksując przeszłość z teraźniejszością, aż doszła do wniosku, że racja jednak po jej stronie ludzie potem żałują takich wielkodusznych decyzji.
Rano zastała pod kocem karteczkę: Wracam wieczorem. Porozmawiamy. Ani mi się waż odchodzić. Kocham!
Kot błysnął zielonymi oczami. Co, chcesz kawę? zażartowała i zaskoczona uśmiechnęła się do swojej nowej rzeczywistości.
Pierwszy raz od tygodni poczuła ulgę. Czy to sprawił list Michała, czy przysłowiowy czas leczy rany?
Zadzwoniła do pracy zaległy urlop. Zapisała się do fryzjera i na paznokcie. Deszcz lał jak z cebra, zapomniała parasolki, samochód tonął w kałużach. No trudno czas coś ze sobą zrobić.
U fryzjera sięgnęła po gazetę z reklamami a tu na rozkładówce zdjęcie małego chłopca o oczach zielonych jak rzęsa. Coś ją zakłuło w sercu. Przewróciła stronę i zapomniała o wszystkim.
Fryzjerka z niepokojem rozglądała się po zakładzie klientki brak. Cóż, znikł też czasopismo.
Hania wpadła jak burza do biura męża.
Michał, patrz! rzuciła mu na biurko gazetę.
O co chodzi, Haniu?
Nie wiem, jak to się dzieje Ale on jest do ciebie podobny!
Pociągnęła go pod szklaną ścianę dzielącą gabinety.
Popatrz sami: przecież to wykapany ty!
Michał aż zbaraniał.
To niebywałe zamruczał. Jesteś pewna?
Nie. Ale wiem jedno: nie będę nic więcej odkładać na potem!
Pół roku później adoptowali Stasia z domu dziecka. Dwa lata później, z podobnego magazynu, Hania wypatrzyła zdjęcie kilkunastomiesięcznej dziewczynki. Adopcję załatwili błyskawicznie. Marysia nie znała już innej matki. Hania była jej całą rodziną.
A pięć lat później, kiedy przypisała półroczny rozstrój żołądka do menopauzy, nieomal zapytała lekarza: Panowie się chyba pomylili! To niemożliwe!
Julka urodziła się w terminie, ku zaskoczeniu całej rozrośniętej już familii.
Aldona jeszcze zdążyła poznać wnuczkę. Odeszła rok później. Choroba stopniowo zabierała siły, ale do końca życia chciała być blisko wnucząt.
To wy jesteście moim szczęściem Moim życiem
Sprzątając po śmierci mamy mieszkanie rodziców i szykując ojca do przeprowadzki, Hania odnalazła na dnie szafy stare pudełko. Odgarnęła wiekowy papier i zobaczyła mamy kozaki! Trzymała je, tuląc się i płakała tak mocno, że dzieci omal nie zawołały pogotowia.
Mamo! Boisz się? Staś przybiegł zaniepokojony.
Hania tylko pokazała mu buty mamy.
Marysia przyklęknęła i objęła ją szyi, sama zaczęła łkać.
Julka zawtórowała.
Michał z kuchni, widząc rodzinę w rozpaczy, podsumował:
No już, koniec lamentów. Haniu, co się stało?
To jej Mamy buty! Wyobrażasz sobie? Przechowywała je całe życie
W szafie na półkach leżało wiano mamy pościel, koronki, ręczniki, siateczki z lawendą. Nawet kupione jeszcze dla siebie ekskluzywne poszwy nigdy ich nie użyła. Pożółkłe koronki, lekko sprana haftowana nitka.
Widzisz, Michał? Ludzie odchodzą, rzeczy zostają. Po co to wszystko na potem Może ten czas nigdy nie nadejdzie! To takie niesprawiedliwe
Mąż przytulił Hanę bez słowa.
Julka podpełzła, objęła mamę za nogę i popatrzyła na nią swoimi zielonymi oczami:
Mama!
Hania aż zamarła. Michał tylko kiwnął głową i Hania przyklękła:
Powtórz!
Mama! Julka wskoczyła jej na ręce.
Staś z Marysią zrobili przyklask.
Powiedziała mama! Ale bingo! Staś puścił oczko.
Czyli zabierze nas do zoo!
Ale kiedy? Marysia podskoczyła.
A po co w weekend? Hania przytuliła córkę. Po co odkładać na potem to, czego można doświadczyć dziś. Jedziemy!
Rzuciła okiem na rzeczy rozłożone na podłodze. To można odłożyć na później teraz już wiedziała to na pewno.
Prowadząc samochód, słuchała śmiechu dzieci na tylnym siedzeniu i myślała, że nikt na tym świecie nie zna recepty na szczęście dla swoich dzieci. Ale przynajmniej może nauczyć ich jednego: nie odkładać życia na potem, bo to potem bywa kapryśne.
A lody?
Teraz? Staś był zadziwiony. Mamo, przecież obiad jeszcze nie był!
Bez przesady. Zdążymy. To jak, lody?
Tak! dzieci aż biły brawo.
Będziesz nas rozpieszczać, mamuniu?
A można żyć bez rozpieszczania, tatusiu? Skoro nie teraz, to kiedy?



