Zwykli Ludzie: Codzienność i Wyzwania w Polskim Życiu

Na dworze dzisiaj był gwar, jak wiosną zawsze, kiedy mieszkańcy w końcu poczuli ciepło słońca rozlewającego się po ulicach Warszawy, a szare, nieprzyjemne zaspy śniegu zmyły przejeżdżające wozy, zostawiając w ich miejscu szemrzące strumienie, które radośnie płynęły w dół wąwozu, wzdłuż ul. Zamoyskiego, aż po kościółek przy placu św. Anny. I w kościółku, co dziś tętnił życiem, z minibusu wyskoczyła grupa ludzi w sukienkach i chustach w odcieniach błękitu, zieleni i bieli, chusty okrywały twarze. Mężczyźni w eleganckich garniturach, przyozdobionych muszką i wypolerowanymi butami, patrzyli w stronę wejścia.

Z mniejszego auta wysiadła kobieta, zamyślona i ostrożna.

Zuzanno! No co ty, Zuzanno! Musisz poczekać, podam ci rękę! rzucił się za samochodem jej mąż, Sławek.

Nie krzycz, Aniu. Piotruś już śpi. Lepiej nie budzić. Boję się, Sławku szepnęła Zuzanna, zdezorientowana. Nigdy nie chrzciła dziecka! Po raz pierwszy została matką i obawiała się, że mały Piotruś się przestraszy i zacznie wyć, tak jak tydzień temu, kiedy kąpali go w wanience. Ten raz tak mocno podszarpał się, że Sławek wezwał lekarza. Przybyła spokojna, lekko flaszyczna pediatryczka, Maria Wiktoria, poczekała przy korytarzu, potem weszła do pokoju, w którym młoda matka trzymała w ramionach wesoło się wygłupującego malucha i zakasłała gardło.

Połóżcie go, poleciła Maria.

Co? Nie słyszę, co? krzyknęła rozproszona Zuzanna.

Dziecko położ, co go trzęsiecie jak grzechotkę? Czy nie pomyliliście kości w głowie? odparła lekarz, podnosząc się na wysokość uszu Zuzanny.

Boże! Zuzanna wystarczyła brwi w przerażeniu, patrząc na męża.

On uśmiechnął się szeroko.

Zuzanna wciąż była dziewczyną, a już urodziła pierwszego syna, pierwszego potomka Sławka. Nie mieli pojęcia, jak go wychowywać.

Połóż go już w końcu! wtrąciła położna. Ależ jaką piękną małpkę! dodała, patrząc na szczęśliwe maleństwo. A jak wygląda po ojcu!

Sławek dumnie wyprostował się. To był inny temat! A teściowa już plotkowała: Zuzannowa linia, Zuzanna, rodzina Romantyków!

Sławek zauważył, że ma mały nos. Noś, nosi! pomyślał.

Łobusek. Pewnie ma pełne półki myśli! kontynuowała Maria. Tato, co robisz? Zamknij okno, żeby nie przeziębił!

Sławek pospieszył się zamykać okno.

Doktorze, co z nim? Nigdy nie był aż tak rozbawiony, a tu Zuzanna niemal płacząc szepnęła.

Co ci mam dać? Gdybyś urodziła dziewczynkę, byłoby łatwiej! A tu chłopiec, i jeszcze łobusiak! Tato, co ty robisz? Zuzanna żartowała, jednocześnie przyglądając się maluchowi, kręcąc go i rozkładając przyklejone do brzucha nóżki.

Kolki, podsumowała w końcu Maria. Nie kręćcie już go tak, mamo! To się da naprawić. Dziecko zdrowe i silne. Dajcie mu smoczek! dodała, patrząc z troską.

Jesteśmy zdecydowanie przeciw smoczkom! wstał Sławek, podnosząc brodę. To niepotrzebne.

Przeciw? zapytała niewzruszona Maria. Zuzanno Aha, Semenowa, tak? Oddajcie dziecko ojcu i idźcie do kuchni. Zaplanujcie pieluchy, będzie lepiej.

Zuzanna pokręciła głową, po chwili pojąwszy, że jest wyczerpana, podała Piotrusia mężowi.

Dobrze, kochanie, chodźmy popijać. zachichotała Maria, herbata! Dzieci, naprawdę!

Chwyciła Zuzannę pod łokieć i odprowadziła na zewnątrz.

Sławek trzymając synka przy sercu stał przy oknie i zachęcał Piotrusia do spokoju.

W kuchni panował półmrok, chłód i zapach kawy.

Mamy czajnik, cukier, zaraz zaparzę i podam coś do przekąszenia mówiła Maria, rozglądając się po kuchni.

Zuzanna położyła na stole dwie filiżanki. Nie wiedziała, że położne w szpitalu mają własny język.

Co takie? dopytała Maria.

Młoda matka drgnęła się. Myślała na głos, a to chyba pierwszy sygnał alarmowy.

Nie krytykowaliśmy go za nic, nie uczylismy, po prostu po ludzku wzruszyła ramiona Zuzanna. Fajnie być lekarzem dziecięcym, wszystko leczyć, nie bać się.

Maria skinęła głową. Gdyby Zuzanna wiedziała, jaką była Maria na początku, mimo wykształcenia

Co cię uczyć? Książki, Bóg, internet, wszystko to samo. Twoje rzeczy są w porządku: termometr w wanny, czysty śpiosiowy, maluszek zadbany. Pij herbatę, póki czas! podała położna filiżankę z herbatą. Bo się przestraszyłaś, głos Piotrusia cię zaskoczył. Mogę też krzyknąć, jeśli trzeba. Krzyczeć? Żeby wszystko było tak, jak chciałaś? uśmiechnęła się Maria.

Nie, pisnęła Zuzanna, po czym zapłakała.

Co się stało? przestraszyła się Maria.

Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotruś dużo je, nie lubi mokrych pieluszek, a ja nie mam sił Dzień, miesiąc, rok, a nawet imię już nie pamiętam. Wszystko jest mgłą. Nie wytrzymam, rozumiesz? Muszę zaliczyć sesję, uczę się z Sławkiem, mam jeszcze trzy egzaminy, a nie dam rady łzami poplątała Zuzanna.

Maria zamyśliła się, kaszląc lekko.

Gdzie pomoc? Rodzina? spytała, stukając palcem w ekran tabletu, który warczał jak szum wiatru.

Jest, ale teściowie daleko, nie przyjadą. Nie możemy ich odwiedzić. Moi rodzice byli przeciw naszemu małżeństwu, przeciw Piotrowi No i w końcu… westchnęła Zuzanna, pijąc herbatę, zamykając oczy. Czy ja jestem winna? Dlaczego Bóg zesłał mi tego łobusiaka? Może waga to pięć kilogramów? Nie, cztery i pół!

No właśnie! Złapałaś prezent, dziewczyno, i się wstydzisz! zażartowała Maria, podnosząc palec. Jedz, chłopcze. Czy słyszysz? zasugerowała. Może nie potrzebujesz smoczka Połóż się i śpij. Twój synek tak się wyczerpał, że od razu zaśnie. A ja muszę iść. Oto lista: masaż, ćwiczenia położyła kartkę. Najważniejsze, nie panikuj. Wszystko się ułoży!

Maria pogłaskała Zuzannę po ramieniu i wyszła.

Zuzanna połykała köfte, piła herbatę z jabłkową konfiturą, którą Sławek kupił w lokalnym sklepie, po czym położyła się na kanapie kuchennej. Nie zdążyła sięgnąć po koc, bo sił już nie miał. Zasnęła.

To wydawało się wczoraj.

Teraz Zuzanna w kremowej sukni i niskich bucikach stała przy wejściu do małego domku przy kościele, trzymając Piotrusia w ramionach. Dziś miał być ochrzczony i Zuzanna bała się jak nigdy.

Zuzanko, czas! Daj go tutaj. Och, mój słodki synku! mruczał Sławek, idąc ku gościom.

Wkrótce weszli do domku, odbyło się sakrament chrztu, Piotruś kilka razy szlochnął, przytulił się, a potem otworzył niebieskie oczka i spojrzał na świętych namalowanych na suficie, jakby zdumiony. Goście się uśmiechali, matka chrzestna, przyjaciółka Zuzanny, jeszcze młoda, skinęła głową.

Piotruś to twardy orzech! szepnęła przyjaciółka. Dobra robota, kochani!

Maria Wiktoria weszła wolno przez żelazne wrota podwórka kościelnego, pomodliła się.

Ona, w przeciwieństwie do mężczyzny w kapeluszu i kurtce z kapturem, który patrzył sceptycznie na złoty krzyż, wiedziała, że czasem tylko Bóg albo jakaś wyższa siła może pomóc.

Proszę panie, zdejmij kapelusz, to miejsce wymaga szacunku! zwróciła się do niego Maria.

Mężczyzna niechętnie zdjęł czapkę, odsłaniając łysinę, i niezdarnie ułożył kosmyki włosów. Maria pokręciła głową, jakby nie wierzyła w tradycje.

Dziękuję, panie, mruknął, i razem patrzyli na chrzczone dziecko.

Piękna ceremonia, cudowna para i wspaniały maluch! przyznała położna. Nie podeszła do Zuzanny, chyba już jej nie pamiętała.

Chrztu nie ma sensu, to tylko cierpienie! odparł mężczyzna.

Nie rozumiesz, panie westchnęła kobieta.

Sławek podszedł i powiedział:

Musimy go ochrzcić. Czuję, że wtedy wszystko się ułoży, a Piotruś wyzdrowieje! Słyszysz? krzyczał, a jego głos drżał ze zmęczenia i strachu.

Maria i Sławek mieli syna, Szymona, radość i szczęście. Marco, ich przyjaciel, pił z nimi za zdrowie chłopca, marzył o wypadzie na ryby i o jeździe konnej. Pewnego dnia, w szczycie wesela, zadzwonił telefon z oddziału noworodkowego.

Stan krytyczny, szanse małe usłyszał Michał, ojciec Szymona, wpatrując się w uśmiechniętych przyjaciół. Nie mógł pojąć, jak jego własny lekarzpediatra mógł mieć taką sytuację, że noworodek złapał infekcję i mógł umrzeć przed pierwszym miesiącem życia.

W szpitalu były igły, leki, a Maria, zła i zdeterminowana, kłóciła się z personelem, z Igorem Andrzejem, przyjacielem rodziny. Kto jest winny?! krzyczał, uderzając pięścią w stół, a dźwięk odbijał się od szklanych drzwi.

Igor próbował tłumaczyć: Najpierw zadbajmy o jedzenie, mleko, a potem patrzył na zegarek.

Michał wybuchł: Co z tym synkiem? To nie czas na dyskusje! i wpadł w gniew, wyciągając drzwi tak mocno, że deska od spodu odpadła.

Od tego czasu Igor nie odwiedzał już ich domu, nie chodzili razem na wycieczki do Boru Sandomierskiego. Był obrażony na całe życie.

Maria i Szymon zostali wypisani. Michał odwieźć ich taksówką do mieszkania, gdzie panowała sterylna czystość, niczym sala operacyjna.

Michałku kochanie, kocham cię i Szymona! płakała Maria, całując go.

Dziecko zaczęło płakać, karmiły go, kąpano, kołysano. Po tygodniu znów gorączka i wysypka.

Osłabiony układ odpornościowy. Trzeba do szpitala stwierdziła przybyła lekarka. Maria poczuła się jakby dostała cios w twarz, a łzy spłynęły po policzkach. Nie mogła zebrać torby, by pojechać, i wszystko wydawało się beznadziejne.

Za dziesięć minut będziemy gotowi odpowiedziała chłodno. Michał, pomóż mi przygotować Szymona.

Pomogła jej sprzątająca, Weronika, pracująca w szpitalu, wyciągająca z mroku szarego budynku.

Weronika, podnosząc się po schodach, krzyknęła: Co za cud! Jego płacz przypominał operę, a ja słyszałam go jakby Pavarotti! rozbawiona, odszedła.

Po latach, kiedy Szymon miał już siedem lat, szedł ulicą do szkoły, a przed nim stanęła wielka czarna plama. To był pies, głodny i wycieńczony, którego ludzie wybili kijami. Szymon spanikował, ale wtedy na jego ramieniu pojawiła się silna, ciepła dłoń.

Stań spokojnie. On cię zrozumie i odejdzie usłyszał głos starszego mężczyzny.

Pies, patrząc smutnymi oczami, odszedł, zabierając jedynie kanapkę.

To był anioł, Szymonie. Twój anioł szepnęła Maria, patrząc na syna.

Michał kiwnął głową, nie wdając się w sprzeciw. Z wiekiem coraz bardziej wierzył w coś, co ratowało i pomagało pomimo przeciwności.

Teraz, stojąc w dziedzińcu przy kościele, Maria Wiktoria uśmiechała się, patrząc na Zuzannę i Sławka, niosących dziecko do chrztu. Wszystko będzie dobrze, pomyślała. Słońce odbijało się w strumieniach, a wszystko wokół lśniło czystością wTak więc w sercach wszystkich gości zakwitła spokojna nadzieja, że nowy początek przyniesie rodzinie wiele radości i zdrowia.

Rate article
Fajna Tajna
Zwykli Ludzie: Codzienność i Wyzwania w Polskim Życiu