Kwiecień, Warszawa. Dziś na ulicy było gwarno, tak jak zawsze wiosną, kiedy mieszkańcy w końcu poczuli pierwsze promienie niecodziennego słońca, które roztopiło szare, niechlubne zaspy śniegu. Z ulicy spływały już krystaliczne strumyki, błyszczące niczym srebrne nitki, które zjeżdżały wąską alejkę w kierunku kościoła przy ulicy Zamoyskiego. Tam, pośród kamienic, panował też nie lada zamęt. Z minibusu wyskoczyła grupka osób w pastelowych sukienkach i chustach niebieskich, zielonych, białych. Chusty, jakby zaskoczone, opadały na twarze. Mężczyźni w eleganckich garniturach, przyozdobionych krawatami i wypolerowanymi butami, patrzyli na otoczenie z powagą.
Z mniejszego samochodu wyszła kobieta spokojna, ostrożna.
Jadwiga! Co ty robisz sama? podbiegł do niej jej mąż, Sławomir, trąc się po kołach auta.
Nie krzycz, proszę, Piotrek już zasnął. Nie chcę, żeby się przestraszył, bo wczoraj, kiedy go kąpaliśmy, płakał tak głośno, że lekarz musiał przyjść. szepnęła zaniepokojona Jadwiga.
W środku kościoła czekała już pediatr, lekarka z wieloletnim doświadczeniem, dr Maria Wiktoria Kowalska. Po chwili podeszła do rodziców, którzy trzymali w ramionach płaczącego noworodka.
Połóżcie go, proszę poleciła.
Co? Nie słyszę! wzburzyła się Jadwiga, kręcąc głową.
Dziecko, przestańcie go potrząsać, jakby to była grzechotka! odparła lekarz, przyglądając się dziecku z surową troską.
Sławomir, z dziwną mieszanką dumy i niepokoju, uśmiechnął się do żony. Nasze maleństwo już wkrótce będzie pierwszym w rodzinie, pomyślał.
Dobrze, już go położę powiedział, ale wciąż drapiąc się po głowie. Lekarka westchnęła i dodała:
Dziecię ma dość mocne kości, ale trochę ma kolki. Będę mu podawała lek na uspokojenie. Nie ma potrzeby używać smoczka to nie jest konieczne.
Nie używamy smoczków! wtrącił się Sławomir, z podniesioną brew.
Czyżbyś chciał, żeby nasz mały chłopiec stał się słodkim cukierkiem? zażartowała Maria, choć w jej oczach widać było powagę.
Po krótkiej rozmowie lekarz podsunęła im 30 złotych na niezbędne lekarstwa i pożegnała się, żegnając się słowem do zobaczenia. Jadwiga, przytłoczona, oddała niemowlę Sławomirowi.
W kuchni pachniało kawą i zimnym powietrzem. Maria spojrzała na stół, ustawiając dwa kubki.
Jest herbata, cukier, możemy zrobić sobie małą przerwę powiedziała, patrząc na Jadwigę.
Jadwiga podniosła jedną filiżankę, a w jej głowie ścierało się wiele myśli.
Czasem myślę, że nie dam rady wyznała cicho. Praca na uczelni, trzy egzaminy, a jeszcze nasz mały Piotrek nie chce spać w czystej pieluszce. Czuję, że jestem już po prostu zmęczona.
Maria spojrzała na nią ze zrozumieniem i zapytała:
Gdzie jest pomoc? Czy macie bliskich, rodzinę?
Teściowie mieszkają daleko, nie przyjeżdżają. Moja matka nie przyjmuje nas, bo nie zgadza się z naszym małżeństwem. Czuję się winna, że nie mogę zrobić wszystkiego idealnie. Jadwiga przycisnęła łyżeczkę do ust, patrząc w dal.
Wina nie leży w Tobie, Jadwigo. Twoje serce jest pełne miłości, a to jest najważniejsze. Nie musisz być perfekcyjna, aby być dobrą mamą. powiedziała Maria, uśmiechając się i podając Jadwidze kawałek ciasta.
Po chwili Jadwiga położyła się na kanapie, wypiła całą herbatę z jabłkową konfiturą, którą Sławomir kupił w pobliskim targu, i zamknęła oczy.
Teraz, kiedy już minął tydzień, zbliża się chrzest naszego synka. Jadwiga w zielonej sukience i niskich obcasach stoi przy wejściu do domku przy kościele, trzymając Piotrka w ramionach.
Jadź, chodźmy! zachęca Sławomir, rozbawiony, głaszcząc chłopca po głowie.
Wszyscy goście już się zbierają, a mały Piotrek, niepewny, będzie płakał, a potem rozbłyśnie swoimi niebieskimi oczkami, spoglądając na obrazki świętych na sklepieniu.
Córka przyjaciółki Jadwigi, Ania, przygląda się i szepcze:
Ten chłopiec to prawdziwy orzech!
Maria Wiktoria wchodzi przez wrota kościoła, przykrzykując mężczyźnie w czapce z daszkiem, aby ją zdjął W miejscu świętym lepiej bez czapki. Mężczyzna niechętnie zdejmuje nakrycie głowy, nie radząc sobie z nową tradycją.
Dziękuję, proszę mruknie, patrząc na chrzczonego malucha.
Sędzia w białej sutannie, patrząc na parę i ich dziecko, mówi:
Niech Bóg czuwa nad tym małym człowiekiem.
Po ceremonii, w parku przy kościele, Maria patrzy na Jadwigę i Sławomira, trzymających swojego synka. Myśli, że i im przyjdzie szczęście, że ich chłopiec wyrośnie zdrowy i kochany.
Później, w małym pokoju, Maria rozmawia z Sławomirem o przyszłości swojego synka Szymona, który właśnie obchodził już siedem lat. Opowiada mu, że kiedy miał osiem lat, wpadł w kłopoty z psem, ale tajemnicza ręka podniosła go z ziemi i uratowała. To był anioł, mówi, a Sławomir patrzy z mieszanką sceptycyzmu i nadziei.
Zamykam dziennik, bo noc już zapada, a ja czuję, że pośród wszystkich zmartwień i radości, wciąż słyszę szum strumieni na Zamoyskiego, które przypomina mi, że wiosna zawsze wraca. Życie płynie, a my musimy iść razem, trzymając się za ręce, nawet gdy nie ma już smoczka, ale jest miłość i wiara, że wszystko będzie dobrze.



