Zrezygnowałem z ożenku Arkadiusz po nocach ślęczał w laboratorium, nieustannie przelewając tajemnicze ciecze z probówki do probówki i analizując tajemnicze proszki. Wierzył, że żmudna praca wreszcie przyniesie efekt i już niedługo pokaże wszystkim swój rewolucyjny „produkt” pozyskany z korzeni rzadkiej rośliny. Zapał naukowca, który właśnie dobił czterdziestki, sprawił, że Arkadiusz nie dostrzegał zachwyconych spojrzeń młodziutkiej sprzątaczki Zosi, która od niedawna pracowała w instytucie. Pochłonięty marzeniem o wielkim odkryciu, nie widział, jak Zosia, opierając się o mop, godzinami wpatruje się w jego plecy, zapominając o swoich obowiązkach. Pewnego wieczoru zebrała się na odwagę: — Panie Arkadiuszu, ciągle pan tu siedzi, nie przyszłoby panu ochoty na herbatę? Przyniosłam elektryczny czajnik i mam jeszcze domowe swojskie kiełbaski. Na dźwięk słowa „kiełbaski” naukowiec oderwał się od pracy. — Herbata z kiełbaskami? Skoro tak, to grzechem byłoby odmówić — odpowiedział. Zosia wyjęła z plecaka czajnik i pojemnik z jedzeniem wyprodukowanym przez jej mamę na wsi. Rozspecjalizowała się, że nawet boczek jest własnej roboty. Zanim woda się zagotowała, Arkadiusz zaczął dopytywać: — A jak długo ten pojemnik leżał dziś w plecaku? Zosia wzruszyła ramionami: — Od rana, ale było chłodno, ogrzewania przecież w szatni jeszcze nie dali. — Hm… czy wieczko było cały czas szczelne? — Tak… chyba tak. Myśli pan, że się zepsuło? — W takim razie, napijmy się herbaty, a kiełbasę weźmie pani do domu — oznajmił stanowczo. Zosia, rozczarowana, odebrała pojemnik. Arkadiusz widząc jej zawód, przekonywał sam siebie, że to dla bezpieczeństwa – nigdy nie wiadomo, jak przechowywane było jedzenie. Ale zapach domowych smakołyków kusił… W końcu, nie mogąc się oprzeć, poczęstował się kiełbaską i był zachwycony. Wieczór zakończył się długą rozmową przy herbacie — Zosia miała dopiero 23 lata, czyli była niemal w wieku jego córki… Arkadiusz coraz częściej myślał o niej i coraz mniej – o wzorach i probówkach, a pewnej nocy przyśnił mu się wstydliwy sen… *** Nadszedł czas spotkania z rodzicami. Arkadiusz, zestresowany, walczył z łysiną i przyklepał włosy na czubku głowy, ubrał garnitur, zawiązał krawat i polał się wodą kolońską. Zosia go pociesza: — Mama jest w porządku, a ojczym dobry jak chleb. Zapada zima, a mazowiecka wieś Arkadiuszy przypomina mu raczej kadr z PRL-owskiego filmu niż dom przyszłej narzeczonej – stary dom z pofałdowanym dachem z eternitu, na kominie stoi odwrócony garnek. W środku czeka na nich matka Zosi – chłodna i podejrzliwa, dziewczyna przedstawia Arkadiusza jako swojego narzeczonego. — Ile pan ma lat? — Czterdzieści. — Moja córka ma dwadzieścia trzy! Przecież jest pan starszy o całą przepaść! Napięcie rośnie, na scenę wkracza przystojny ojczym, matka wpada w furię, Zosia chce uciec z Arkadiuszem, dochodzi do awantury rodzinnej na całego… Arkadiusz próbuje wyjść z sytuacji z twarzą, postanawia nie rozbijać rodziny i po cichu wymyka się z chałupy. Nogi mu zgrabiały, wyziębiony błąka się po wsi w poszukiwaniu taksówki, narzeka na swój pochopny pomysł na ślub i tęskni za pracownią. W końcu mdleje od stresu i zimna, trafia pod opiekę wiejskiej pielęgniarki. Wszystko kończy się zgodą rodzin, ale jego entuzjazm gaśnie… „Jak tylko się stąd wydostanę, w nogi!” – obiecuje sobie w myślach. *** Wracając do pracy w laboratorium, Arkadiusz po staremu odrzuca zaproszenie na herbatę — od tej pory gotówkowo rozlicza się z Zosią za jedzenie. Z dnia na dzień dystansuje się coraz bardziej, aż w końcu po rodzinnych przygodach oznajmia: „Już nie trzeba przychodzić. Poradzę sobie sam.” Zrezygnowałem z ożenku.

Odwołał ślub

Arkadiusz przesiadywał do późna w laboratorium, nieustannie przelewając jakieś ciecze z probówki do probówki i analizując kolorowe proszki.

Był przekonany, że jego żmudna praca wreszcie przyniesie owoce już niedługo zamierzał z dumą zaprezentować społeczeństwu swój wynalazek, wyizolowany z korzeni jakiegoś rzadkiego chwastu.

Entuzjazm, z jakim czterdziestoletni naukowiec oddał się pracy, skutecznie odciągał jego uwagę od spojrzeń rzucanych przez nową sprzątaczkę, co niedawno pojawiła się w instytucie. Dziewczyna nazywała się Bogusława.

Arkadiusz, popędzany marzeniem o odkryciu, zupełnie nie zauważał, jak Bogusia, porzuciwszy mop i środki czystości, godzinami stoi nieruchomo w jego pracowni i wgapia się w jego plecy z wyrazem ostrej determinacji.

W końcu, któregoś wieczora, Bogusia zebrała się na odwagę:

Panie Arkadiuszu, pan od rana ani na chwilę nie oderwał się od biurka. Może napijemy się herbaty? Przywiozłam przypadkiem z domu czajnik elektryczny! I mam kiełbasę swojską od mamy.

Na dźwięk słowa kiełbasa Arkadiusz aż się podniósł zza biurka i przerwał eksperyment.

Herbata? Z kiełbasą? No nie grzech odmówić!

Bogusia, uradowana, wyciągnęła z plecaka najpierw czajnik, potem plastikowy pojemnik z apetycznym podejrzanym zawiniątkiem.

Wczoraj mama przywiozła mi z Lubelszczyzny świeży mięsiwko! To moje wyroby sama nadziałam, sama doprawiłam, własna pieczęć na smaku!

Dziewczyna postawiła pojemnik z jedzeniem na stole, a Arkadiusz ze zwyczajem naukowca wsunął na nos okulary, które przed chwilą zdjął.

Podczas, gdy woda zaczęła bulgotać, Arkadiusz sceptycznie postukał palcem w przezroczysty pojemnik:

Przepraszam, jak długo ten pojemnik dogorywał w twoim plecaku?

Bogusia zająknęła się i wzruszyła ramionami:

No, raczej od rana, czemu pytasz?

A pokrywka była zamknięta na szczelnie?

No… była, odpowiedziała niepewnie. Myśli pan, że już się skisło? Nie mogło w szatni chłodno, kaloryferów jeszcze nie podkręcili.

Arkadiusz dumał, walcząc z narastającym niepokojem:

Hm. Dobrze, napijmy się może samej herbaty. Kiełbasę zabierz… na wynos.

Bogusia, która pół wieczoru kręciła się po kuchni przy garnkach, oburzona chwyciła pojemnik.

Przeczytał jej myśli po grymasie brwi na czole.

Och, nie otwieraj! panikował już, zasłaniając się chusteczką i uciekając pod ścianę.

Bogusia otworzyła pudełko, pociągnęła nosem i skrzywiła się:

Przecież pachnie normalnie! Wy, mieszczuchy, to macie jakieś fanaberie. Nie chcesz, nie jedz, ja zjem.

Z hałasem postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę do kubków.

Arkadiusz zerkał nieśmiało, jak dziewczyna z entuzjazmem przeżuwa kiełbasę.

Wołowa? spytał.

Yup, kiwała głową, nie przerywając przeżuwania.

Wygląda nieźle. I pachnie porządnie.

Ślina napłynęła Arkadiuszowi do ust. Trudno wytłumaczyć organizmowi, że Sanepid nie zatwierdził.

Westchnął dramatycznie:

Temperatura w szatni, według przepisów, nie powinna przekraczać dwudziestu dwóch stopni, więc… teoretycznie, żadne bakterie…

Co? przerwała z pełną buzią.

Widział, jak kropla tłuszczu spływa jej po podbródku, a na nosie lśni kolejne masło.

W myślach szamotał się Arkadiusz:

Ale pachnie! Może nie powinienem był odstawiać tej paranoi?
Daj spokój, wiesz jak się kończy jedzenie z niepewnego źródła! Poza tym widać, że nie należy do studenckiego kółka epidemiologów.

Tłumacząc się w wyobraźni, sączył herbatę z pustym żołądkiem, który zaczynał już mruczeć.

I wtedy stało się coś niepojętego. Ręka Arkadiusza mimowolnie sięgnęła po kiełbasę. Cienka osłonka pękła pod naciskiem zębów.

Mmm, rewelacja. Kto to robił?

Przecież mówiłam ja, dziewczyna zarumieniła się aż po uszy.

Arkadiusz zajadał jak zachwycony, z zamkniętymi oczami prawie odpłynął w ekstazę smaków.

Brak mi słów.

Bogusia, uszczęśliwiona, wytarła usta i oczy rąbkiem fartucha.

No! A ty od razu: “zepsute”. Ja się znam od dziecka kucharzę!

***

W podzięce za sycącą kolację Arkadiusz zaoferował odprowadzić Bogusię na przystanek.

Zaczęli rozmawiać i okazało się, że dziewczyna dopiero co skończyła dwadzieścia trzy lata.

Oj, no, młoda strasznie. W sam raz na córkę.

Na przystanku stali dobrych dziesięć minut, bo autobus się nie zjawiał.

To co, jutro przyniosę ci ciasto, uśmiechnęła się nieśmiało. Sama piekę. Lubisz bardziej marchewkowe czy sernik?

Wszelkie kocham.

To wezmę dwa!

Niewiarygodne, a jednak następnego dnia Arkadiusz czekał na spotkanie bardziej niż na swoje obliczenia i wzory. W nocy przyśniła mu się nawet Bogusia zdejmująca z ramienia swoją cukrową koszulę.

Obudził się z wypiekami na twarzy.

No nie! Przeżyłem czterdzieści lat, nigdy mnie do kobiet nie ciągnęło, a tu takie rzeczy…

Część 2

Przed wizytą u przyszłej teściowej Arkadiusz pewnie się spiłował. Gdy taksówka podskakiwała po dziurach, Arkadiusz ściągnąwszy czapkę desperacko próbował przykryć łysiejący czubek pozostałym światem włosów.

Wczoraj Bogusia, gdy głowa Arkadiusza spoczywała na jej udzie, precyzyjnie wypleniła mu pęsetą wszystkie siwe włosy.

Ogolił się starannie, ubrał garnitur, zawiązał krawat, poperfumował się.

Bogusia przytuliła się policzkiem do jego policzka, zamruczała jak kot.

Spodobasz im się, uspokajała. Mama jest w porządku, a ojczym… on to zawsze przytakuje.

Ile mama ma lat?

Czterdzieści pięć.

O żesz, a ja już czterdziestka stuknęła. Myślisz, że się zgodzi?

Głuptasie, a co ma zrobić? Jak będzie marudzić, to powiem, że jestem w ciąży.

E tam, od tego zaczynać? przeraził się Arkadiusz.

Wreszcie dojechali. Arkadiusz rzucił się na czapkę, którą niemal porwał wiatr, grożąc wywianiem w niebyt.

Była zima. Takich zasp jak na wsi pod Lublinem jeszcze nie widział.

Arkadiusz się rozglądał, a Bogusia zgrabnie zapłaciła kierowcy, wzięła torby swoje i Arkadiusza i pomaszerowała ku domowi.

Takie domy znał tylko z obrazków: stara chałupa nakryta pochyłym eternitem, krzywa, z dymiącym kominem zwieńczonym popękanym żelaznym garnkiem.

Ciężkie drzwi skrzypnęły, deski podłogowe trzeszczały pod własnym ciężarem, ściany łaciate od warstw wapna wszystko wydawało się Arkadiuszowi nierealne.

Matko boska, jak tu można żyć?! zerknął przerażony.

Nie wierzył własnym oczom, że Bogusia prowadzi go NOMINALNIE do siebie, a nie do domku letniskowego czy rybaczówki.

A jednak. Poproszona, by zdjął buty, wpakowała go do jadalni.

Na środku stała kobieta w grubym bawełnianym szlafroku.

Dzień dobry, mamo. To jest Arkadiusz, mój narzeczony. Przecież opowiadałam Ci przez telefon!

Od kobiety powiało mrozem.

Dzień dobry… powiedziała lodowatym tonem, przepatrując go od stóp do głów.

Jej głos nie wróżył nic dobrego.

Ty żartujesz, Bogusia? Ile wy macie lat?!

Arkadiusz się zapowietrzył.

Po pierwsze, nazywam się Arkadiusz, razem z Bogusią pracujemy…

Ile lat?! trzasnęło głosem przez izbę.

Czterdzieści.

A mojej córeczce dwadzieścia trzy! Przecież pan mógłby być jej ojcem!

No, ale ja ją kocham, nie skrzywdzę, mam pracę, mieszkanie, działkę…

A samochód jest?

Nie bardzo, źle widzę, nie prowadzę. Ale kupić mogę. I nauczę Bogusię jeździć, skoro to takie ważne…

Jeszcze czego! wrzasnęła matka. Myśli pan, że z mojej córki zrobi służącą? Pańszczyzna się już skończyła!

Ależ skąd! jęknął Arkadiusz. Chciałbym się ożenić, nawet w kościele ślub, może dzieci…

Z za pieca wypełzł uśmiechnięty mężczyzna mniej więcej trzydziestki.

Dobry wieczór, słyszałem o panu, dzień dobry! rzucił z urokiem.

To był ojczym Bogusi. Szczupły, smagły, kędzierzawy, z dziewczęcą buzią i wyrazistymi ustami jednym słowem żrebak.

Andrzejek, nie podlizuj się! Nie oddam córki staremu wyjadaczowi!

Bogusia jęknęła:

Mamo, jak możesz?! Ja wychodzę z nim!

Nie wypuszczę!

Robiła się zadyma, sceniczną rodzinę już wiało w powietrzu.

Arkadiusz po cichu rozplótł związane przez Bogusię palce, delikatnie zsunął jej dłoń i wymknął się w kierunku wyjścia.

Przepraszam, Bogusiu Chyba się pożegnamy. Nie zniosę stawania w poprzek twojej mamie.

Ona lata z typem młodszym od siebie, a mnie traktuje jak śmiecia! Wyrzuca mnie z domu, żeby mogła się z nim mizdrzyć!

Nie pyskuj! wrzeszczał Andrzej.

Zamknij się! dolatywało od matki.

Zaczęła się klasyczna polska afera: krzyki, przekleństwa, przelatywały stołki.

Ratuj się kto może! pomyślał Arkadiusz, przemykając przez wioskę, wypatrując taksówki lub chociaż stacji PKS.

Stres dusił mu klatkę piersiową, zapewne ciśnienie sięgnęło wierzchołka Himalajów.

Na co mi ta cała żeniaczka?! Siedziałbym sobie w cieple laboratorium i pilnował kolb. Po co mi to było

Wyjął telefon oczywiście w krzakach pod Lublinem zasięg był lepszy tylko dla bocianów.

Opadając z sił, wrócił pod chałupę z żelaznym garem na kominie.

Przed domem było już cicho, nikt nie krzyczał.

Drzwi skrzypnęły, wyszła Bogusia z siatkami w rękach.

Arkadiuszku, jesteś? rozżalona. Bałam się, że uciekłeś!

Powietrza mi zabrakło. Musiałem wyjść… skłamał lekko.

Jak mama nie chce, trudno, odchodzę stąd, oznajmiła z dramatyzmem.

Arkadiusz milczał i tupał w miejscu cienkie półbuty do syberyjskich mrozów się nie nadają, palce przemieniały się w lody Calipso.

Powoli coraz mniej widział sens wiązania się z Bogusią. Zwłaszcza z taką rodziną…

***

Matka Bogusi wyszła na próg, założyła stary kożuch i walonki, stała dumna jak szlachcianka z portretu.

Nie chcesz mnie słuchać, to droga wolna. Teraz to on jest za ciebie odpowiedzialny!

Bogusia pokiwała głową:

Chyba wolałabym z nim niż z wami! Arkadiusz, zrób coś!

Arkadiusz, przemarznięty jak mrożonka, ledwo trzymał się na nogach:

Jak tu nie ma zasięgu, to chyba trzeba do sąsiadów po pomoc… Może ktoś taxi zadzwoni.

Po raz pierwszy skruszał kompletnie: kolana się ugięły, chciał tylko wrócić do miasta. Upadł, tchu mu zabrakło.

Rany boskie! krzyczała Bogusia podnosząc go, a Arkadiusz bąknął:

Coś się zakręciło… Umarłbym tu? Chyba czas wracać do siebie…

NIEEEE! jęczała Bogusia. Miał wrażenie, jakby trafił do piekła.

***

Arkadiusz już niewiele kumał, ale w końcu przyjechała wiejska felczerka, wbiła mu zastrzyk i powoli zaczął dochodzić do siebie.

Cudu nie było, spojrzał na nadgryziony sufit i znów na ściany upstrzone wapnem.

Leżeć! przerwała jego ruchy pielęgniarka. Jeszcze pół godziny i spokój.

Co mi jest? jęknął.

Mocny skok ciśnienia. Nerwów panu nie wolno.

Aaaa… Całe życie nie miałem nerwów… do dziś…

Przed oczami błysnęła mu twarz przyszłej teściowej:

I jeszcze chory! skrzywiła się w wyobraźni.

Mamo, odejdź! zamieszała się Bogusia.

Dziewczyna poiła go herbatą z łyżeczki.

Felczerka zbierała się do wyjścia. Arkadiusz chwycił ją za rękę:

Zabrałaby mnie pani ze sobą do miasta?

Ale gdzie? Ja tu pracuję, mieszkam też tutaj.

Bogusia zajrzała mu w oczy:

Co, chcesz już uciec? Już nie trzeba, mama się uspokoiła. Przebaczyła wszystko.

Arkadiusz, który już stracił resztki marzeń o małżeństwie, bał się spojrzeć jej w twarz.

Wy się tam dogadujcie, a ja swoje wiem doczołgam się do cywilizacji i już NIGDY nie dam się wmanewrować w kobiety, choćby piekło zamarzło!

***

Arkadiusz skończył pracę, wstał od stołu i odezwał się do laborantki:

Koniec na dziś, mówiłem już przed pół godziną. Zamykam laboratorium.

Laborantka, trzydziestodwuletnia, zaczerwieniła się i poprawiła okulary.

Przyniosłam ciasto. Może herbatka?

NIE! wrzasnął gwałtownie. Jaka herbata? Tu się pracuje, a nie ucztuje!

Przecież po godzinach już…

Proszę do domu, przerwał.

Zgasł uśmiech, spakowała rzeczy i wyszła.

Furiat! mruknęła pod nosem.

Arkadiusz zamknął laboratorium i pognał do domu.

Dokładnie o dwudziestej wpadł do mieszkania.

Bogusia pierwsza usłyszała klucz w zamku i otworzyła mu drzwi.

Dobry wieczór, panie Arkadiuszu.

Co na obiad? rzucił patrząc w sufit.

Gęsty rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.

Super. Zapisz, ile jestem winny za zakupy, doliczę do wypłaty na koniec miesiąca.

Rozebrał się, umył ręce i poszedł do kuchni.

Bogusia stała nad nim jak kwoka:

Nadal jesteś zły na moją mamę? Przecież już się przyznała po prostu się bała, że taki szanowany, bogaty naukowiec nie będzie chciał mnie na poważnie. Chciała podnieść mi wartość. No głupia… Ale przecież cię kocham.

Arkadiusz słuchał, mieszając zupę.

Albo może przestraszyły cię nasze awantury? Przynajmniej nie jest nudno! Tak bywa, potem jest zgoda… tłumaczyła.

Arkadiusz wstał, objął Bogusię mocno i wyprowadził do przedpokoju, a potem odprowadził do drzwi, wręczając jej wszystkie rzeczy.

Już późno. Idź do domu. Jutro nie przychodź zjem na kolację pierogi. Ale pojutrze czekam.

Zamknął drzwi przed zapłakaną dziewczyną, wrócił do kuchni i ze spokojem jadł.

Rate article
Fajna Tajna
Zrezygnowałem z ożenku Arkadiusz po nocach ślęczał w laboratorium, nieustannie przelewając tajemnicze ciecze z probówki do probówki i analizując tajemnicze proszki. Wierzył, że żmudna praca wreszcie przyniesie efekt i już niedługo pokaże wszystkim swój rewolucyjny „produkt” pozyskany z korzeni rzadkiej rośliny. Zapał naukowca, który właśnie dobił czterdziestki, sprawił, że Arkadiusz nie dostrzegał zachwyconych spojrzeń młodziutkiej sprzątaczki Zosi, która od niedawna pracowała w instytucie. Pochłonięty marzeniem o wielkim odkryciu, nie widział, jak Zosia, opierając się o mop, godzinami wpatruje się w jego plecy, zapominając o swoich obowiązkach. Pewnego wieczoru zebrała się na odwagę: — Panie Arkadiuszu, ciągle pan tu siedzi, nie przyszłoby panu ochoty na herbatę? Przyniosłam elektryczny czajnik i mam jeszcze domowe swojskie kiełbaski. Na dźwięk słowa „kiełbaski” naukowiec oderwał się od pracy. — Herbata z kiełbaskami? Skoro tak, to grzechem byłoby odmówić — odpowiedział. Zosia wyjęła z plecaka czajnik i pojemnik z jedzeniem wyprodukowanym przez jej mamę na wsi. Rozspecjalizowała się, że nawet boczek jest własnej roboty. Zanim woda się zagotowała, Arkadiusz zaczął dopytywać: — A jak długo ten pojemnik leżał dziś w plecaku? Zosia wzruszyła ramionami: — Od rana, ale było chłodno, ogrzewania przecież w szatni jeszcze nie dali. — Hm… czy wieczko było cały czas szczelne? — Tak… chyba tak. Myśli pan, że się zepsuło? — W takim razie, napijmy się herbaty, a kiełbasę weźmie pani do domu — oznajmił stanowczo. Zosia, rozczarowana, odebrała pojemnik. Arkadiusz widząc jej zawód, przekonywał sam siebie, że to dla bezpieczeństwa – nigdy nie wiadomo, jak przechowywane było jedzenie. Ale zapach domowych smakołyków kusił… W końcu, nie mogąc się oprzeć, poczęstował się kiełbaską i był zachwycony. Wieczór zakończył się długą rozmową przy herbacie — Zosia miała dopiero 23 lata, czyli była niemal w wieku jego córki… Arkadiusz coraz częściej myślał o niej i coraz mniej – o wzorach i probówkach, a pewnej nocy przyśnił mu się wstydliwy sen… *** Nadszedł czas spotkania z rodzicami. Arkadiusz, zestresowany, walczył z łysiną i przyklepał włosy na czubku głowy, ubrał garnitur, zawiązał krawat i polał się wodą kolońską. Zosia go pociesza: — Mama jest w porządku, a ojczym dobry jak chleb. Zapada zima, a mazowiecka wieś Arkadiuszy przypomina mu raczej kadr z PRL-owskiego filmu niż dom przyszłej narzeczonej – stary dom z pofałdowanym dachem z eternitu, na kominie stoi odwrócony garnek. W środku czeka na nich matka Zosi – chłodna i podejrzliwa, dziewczyna przedstawia Arkadiusza jako swojego narzeczonego. — Ile pan ma lat? — Czterdzieści. — Moja córka ma dwadzieścia trzy! Przecież jest pan starszy o całą przepaść! Napięcie rośnie, na scenę wkracza przystojny ojczym, matka wpada w furię, Zosia chce uciec z Arkadiuszem, dochodzi do awantury rodzinnej na całego… Arkadiusz próbuje wyjść z sytuacji z twarzą, postanawia nie rozbijać rodziny i po cichu wymyka się z chałupy. Nogi mu zgrabiały, wyziębiony błąka się po wsi w poszukiwaniu taksówki, narzeka na swój pochopny pomysł na ślub i tęskni za pracownią. W końcu mdleje od stresu i zimna, trafia pod opiekę wiejskiej pielęgniarki. Wszystko kończy się zgodą rodzin, ale jego entuzjazm gaśnie… „Jak tylko się stąd wydostanę, w nogi!” – obiecuje sobie w myślach. *** Wracając do pracy w laboratorium, Arkadiusz po staremu odrzuca zaproszenie na herbatę — od tej pory gotówkowo rozlicza się z Zosią za jedzenie. Z dnia na dzień dystansuje się coraz bardziej, aż w końcu po rodzinnych przygodach oznajmia: „Już nie trzeba przychodzić. Poradzę sobie sam.” Zrezygnowałem z ożenku.