Zostań z dzieckiem. Ja sama pojadę na wesele mojego brata.
Słuchaj, powiem Ci, mój mąż wrócił wczoraj z pracy i był taki jakiś dziwny, nie w sosie. Pytam go od razu, co z naszym wyjazdem na wesele, a on spuszcza wzrok i mówi, że pojedzie sam…
A ja? Zrobiłam wielkie oczy, trochę mnie to zaskoczyło.
Mąż wtedy odparł: Kochanie, dostałem bardzo marną wypłatę w styczniu. Chyba pojadę na to wesele sam, a Ty zostań z Julką. Przecież nic złego się nie stanie. Nie będzie mnie tylko trzy dni, muszę gdzieś przenocować w hotelu, coś zjeść. No i oczywiście trzeba kupić prezent dla młodej pary.
Byliśmy wtedy młodą rodziną. Mieszkaliśmy w kawalerce. Mieszkanie dali nam moi teściowie, za co im dziękowaliśmy. Byłam wtedy na urlopie macierzyńskim, Julka miała niespełna dwa lata. Nie spieszyło mi się z powrotem do pracy nie miałam z kim zostawić małej. Teściowie podarowali nam mieszkanie, więc jak to się mówi należy docenić.
Moja mama radziła sobie sama, dorabiała do emerytury. Od razu mi powiedziała, że jak będzie potrzeba, żebym musiała iść pilnie do pracy, to przyjedzie pomóc z wnuczką. Ale żeby zająć się dzieckiem, bo chcę tylko wyjść gdzieś i kupić sobie nową sukienkę czy ufarbować włosy nie ma szans, do tego się nie nadaje.
Znam mamę jak własną kieszeń. W ogóle co roku lata do Włoch albo gdzieś indziej, a każdy weekend spędza w salonach kosmetycznych i na masażach.
U nas w domu nie było nigdy jakichś dramatów. Jak mąż był w domu, to mogłam ogarnąć swoje sprawy. Ale nie powiem, był zawsze trochę niechętny, żebym gdzieś wychodziła pozwalał rzadko i na krótko.
No i nagle wpadło zaproszenie na wesele.
Młodszy brat mojego męża postanowił się żenić. Trzeba było jechać do Krakowa na trzy dni. Poszłam więc do mamy prosić, czy mogłaby zostać z Julką. W końcu wesele to ważna sprawa, tylko trzy dni, a Julka to spokojna dziewczynka – nie krzyczy, nie płacze.
Mama długo się wzbraniała, po czym z westchnieniem wzięła trzy dni wolnego w pracy. Byłam taka szczęśliwa, bo przez dwa lata nie miałam ani chwili oddechu od dziecka. Chociaż na weselu trochę bym odżyła…
Ale jak mąż wyskoczył z tym tekstem, że pojedzie sam, cały misterny plan runął.
Dla mnie to był ważny moment. Rok karmiłam dziecko piersią i praktycznie nie wychodziłam z domu. A kiedy chciałam choć na chwilę wyjść, nagle nikt nie miał czasu, żeby zostać z Julką. A mąż regularnie bywał na firmowych wyjazdach i delegacjach.
Szczerze mówiąc, jego brata za dobrze nie znałam, jego narzeczoną widziałam tylko na zdjęciu.
Byłam mega rozczarowana. A mąż w ogóle tego nie rozumiał. Dla niego wszystko było okej.
Ale kochanie, Twoja mama i tak nie ma ochoty zająć się Julką. Daj jej spokój, niech odpocznie, a Ty zostań w domu. Po co ją do czegoś zmuszać? Jeśli nie chce, niech nie zostaje. Ty prawie nie znasz mojej rodziny, więc po co jedziesz? Twoje miejsce jest w domu przy dziecku. Ja pojadę i zaraz wracam.
I tak, postanowiłam, że nikt z nas nigdzie nie jedzie. Dlaczego to mąż ma decydować, co ja mam robić?
I powiedz mi, kto tu ma rację?
Według mnie, zarówno matka dziewczyny, jak i jej mąż są nieco wygodni delikatnie mówiąc. Wiadomo, babcia nie ma obowiązku niańczyć wnuczki, ale mogłaby pomyśleć nie tylko o sobie, lecz także o córce.
A mąż? Kompletnie nie rozumie żony. Zresztą ona poświęciła tyle czasu i energii ich córeczce. Ona także potrzebuje chwili wytchnienia.
Jeśli naprawdę ją kocha powinien wykazać trochę empatii.
Dziewczyna w tej sytuacji jest bardzo smutna. Jest całkiem zależna od męża, nie ma nikogo do pomocy.
Ciekawa jestem, co Wy myślicie? Mam nadzieję, że ta dziewczyna w końcu znajdzie siłę, by postawić na swoim i jasno powiedzieć mężowi, co o tym myśli.
Dziewczyny, pamiętajcie żyjemy w wolnym kraju! Możecie śmiało mówić, co Wam leży na sercu, nic się nie stanie. To nie jest tak, że mąż od razu się obrazi i będzie się rozwodził, jeśli postawicie warunki. A jeśli faktycznie tak się zachowa, to chyba coś jest nie tak z tym związkiem. Trzeba się szanować i dawać sobie nawzajem trochę radości.



