Za oknem już mierzch zapadał, a mamy wciąż nie było. Jagoda, obracając kółka wózka, podsunęła się do stołu, sięgnęła po telefon i wybrała numer matki.
“Abonent nieosiągalny” – zabrzmiał obcy głos.
Dziewczynka bezradnie spojrzała na aparat, przypomniawszy sobie, że kończył się kredyt, wyłączyła go.
Mama poszła do sklepu i nie wracała. Nigdy tak nie robiła – zawsze mówiła dokąd idzie. Jagoda od urodzenia nie chodziła, poruszała się na wózku. Poza mamą nie miała nikogo.
Siedmioletnia Jagoda nie bała się sama zostać, lecz głód dokuczał: “Poszła do Biedronki za rogiem. Zawsze wracamy w godzinę”. Spojrzała na zegar: “Cztery godziny minęły”.
Podjechała do kuchni. Zagrzała czajnik, wyjęła z lodówki kotlet. Zjadła, popiła herbatą.
Mama nie wracała. Znów wzięła telefon: “Abonent nieosiągalny”.
Przeciągnęła się na łóżko, chowając telefon pod poduszkę. Światła nie zgasiła – bez mamy ciemność straszyła.
Leżała długo, aż zasnęła.
Obudziło ją słońce zaglądające przez firankę. Łóżko mamy było posłane.
– Mamo! – zawołała w stronę przedpokoju.
Cisza. Zadzwoniła – znów ten sam metaliczny głos.
Łzy spłynęły po policzkach. Strach ścisnął gardło.
Kostek wracał z piekarni. Codziennie rano kupowali tam świeże drożdżówki. Trzydziestolatek, chorowity od dzieciństwa, przywykł, że kobiety na niego nie patrzą. Diagnoza bezpłodności pogrzebała marzenia o rodzinie.
W trawie błysnęło uszkodzone Nokia. Kostek, programista i pasjonat elektroniki, z ciekawości podniósł je. Wyglądało, jakby przejechał je walec.
“Może coś się stało?” – pomyślał, wsuwając je do kieszeni.
Po śniadaniu wyjął kartę SIM i włożył do swojego telefonu. Pierwszy kontakt w książce miał zapis: “córka”.
Zadzwonił:
– Mamo! – rozległ się radosny głosik.
– Nie jestem mamą – odparł zmieszany.
– Gdzie mama?
– Nie wiem. Znalazłem twój telefon, zadzwoniłem.
– Mama wczoraj zniknęła – wybuchł płacz. – Poszła do sklepu.
– A tata? Babcia?
– Nie mam. Tylko mama.
– Jak się nazywasz? – spytał Kostek, zdecydowany pomóc.
– Jagoda.
– Jestem Kostek. Wyjdź do sąsiadów, powiedz, że sama jesteś.
– Nie wyjdę. Nóżki nie chodzą. Sąsiedzi się wyprowadzili.
– Jak to nie chodzą?
– Urodziłam się taka. Mama mówi, że zbieramy na operację.
– Adres znasz?
– Ulica Piłsudskiego 7, mieszkanie 18.
– Jadę teraz.
Odłożył słuchawkę.
Nina zajrzała do pokoju syna:
– Kostek, co się stało?
– Mama, znalazłem telefon. Dziewczynka sama w domu, na wózku. Bez rodziny. Jechałbym tam.
– Pojedziemy razem – skinęła emerytka.
Wzięli taksówkę.
Dzwonek w domofonie.
– Kto tam? – spytał smutny głosik.
– Kostek.
– Wchodźcie!
Drzwi
I chociaż droga była pełna cieni, słońce tej wrześniowej pobudki zapowiadało ciepło nowego początku dla rodziny, która znalazła się w ramionach losu niespodziewanie, ale mocno.



