Żona nie wpuściła do domu

Stałem pod znanymi drzwiami, nie mogąc zmusić się do naciśnięcia dzwonka. W ręce ściskałem spory worek z rzeczami, w kieszeni kurtki dźwięczały klucze do mieszkania, których nie odważyłem się wyjąć.

Trzy dni temu wyszedłem stąd po kolejnej awanturze, trzasnąwszy drzwiami i krzycząc na żonę, że już nie wrócę. Tamara cisnęła za mną kapciem i wrzeszczała, bym wynosił się, dokąd oczy poniosą. Zwyczajna rodzinna sprzeczka, do jakich mieliśmy niezliczone przez trzydzieści lat małżeństwa. Tym razem coś jednak poszachrowało.

Nacisnąłem dzwonek. Za drzwiami rozległy się kroki, potem głos Tamary:
– Kto tam?
– To tylko ja, Tom. Otwórz.
Cisza. Długa, nieprzyjemna cisza.
– Tamo, słyszysz mnie? – powtórzyłem.
– Słyszę – odparła żona lodowato. – I czego chcesz?
– Jak to czego? Wróciłem do domu.
– To już nie twój dom.
Odmuliło mnie. W ciągu trzydziestu lat wspólnego życia Tamara nigdy nie posunęła się tak daleko, nawet w najgorszych kłótniach.
– Tamo, przestań głupować. Otwórz drzwi, pogadamy normalnie.
– Nie otworzę. I gadania nie będzie.
– Co z tobą? O co ten cały szum?
– Sam wiesz o co.
I naprawdę wiedziałem. Trzy dni temu Tamara znalazła w kieszeni mojej kurtki numer telefonu, zapisany żeńskim charakterem pisma. Banalna historia – koleżanka z pracy podała swój numer, prosząc o oddzwonienie w sprawie zebrania. Lecz wytłumaczenie tego rozwścieczonej małżonce okazało się niemożliwe.
– Tamara, przecież ci wyjaśniłem! To Bożena Nowak z księgowości. Pod kątem służbowym.
– Służbowo, oczywiście – dobiegł jej głos zza drzwi. – Tak po służbowemu dzwoni się po dziesiątej wieczorem?
– Jaka dziesiąta wieczorem? W ogóle do niej nie dzwoniłem!
– Kłamiesz. Widziałam w twoim telefonie.
Poczułem, jak ściska mnie w środku. Dzwoniłem do Bożeny Nowak, ale z zupełnie innej przyczyny. Córka koleżanki zdawała na uczelnię, gdzie pracował mój znajomy, a ja obiecałem wstawić słówko. Czysto życzliwy gest, bez podtekstów.
– Tamo, daj mi wejść i wszystko spokojnie wyłożę.
– Nie. Wyjaśniaj stąd.
Rozejrzałem się. Na klatce mogli pojawić się sąsiedzi, nie chciałem rodzinnych utarczek na widoku.
– Dobrze, słuchaj. Dzwoniłem do Bożeny Nowak, to prawda. Ale nie w tym kontekście, co myślisz. Jej córka zdaje na medycynę, a tam pracuje mój kumpel. Obiecałem z nim pogadać.
– I myślisz, że uwierzę w tę bajkę?
– To nie bajka, tylko prawda!
– Prawda? Więc dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Czemu ukrywałeś?
Zawahałem się. Faktycznie nie wtajemniczałem żony w prośbę koleżanki. Nie z jakichś złych pobudek, po prostu nie czułem potrzeby wtajemniczania jej w służbowe drobnostki.
– Nie ukrywałem. Po prostu nie przywiązywałem wagi.
– Aha, nie przywiązywałeś. A może jeszcze czegoś nie przywiązywałeś wagi? Opowiedz, po co z nią siedziałeś w tej kawiarni po robocie?
Serce zamarło mi na moment. Skąd Tamara mogła to wiedzieć?
– Skąd ty…
– Jadźka Wojciechowska was widziała. Mówi, że siedzieliście jak gołąbki, trzymając się za rączki.
– Nie trzymaliśmy się za ręce! – oburzyłem się. – Siedzieliśmy najwyżej pół godziny. Postawiła mi kawę w podzięce za pomoc z córką.
– Oczywiście, postawiła. Takie teraz wdzięczne chodzą.
Głos Tamary brzmiał z taką wściekłością, że pojąłem – po prostu nie wpuszcza.
– Tamo, kochanie, pomyśl sama. Po co mi inne kobiety? Mam ciebie, naszą rodzinę.
– Miałaś rodzinę. Teraz nie masz.
– Jak to nie? Co ty wygadujesz?
– To, co słyszysz. Mam dość życia z zdrajcą.
– Jakim zdrajcą? Przecież niczego takiego nie zrobiłem!
– Nie zrobiłeś? A co w takim razie robiłeś? Książki pisałeś?
Oparłem czoło o drzwi. Rozmowa biegła w ślepy zaułek.
– Tamara, spotkajmy się jutro, jak się uspokoisz. Pogadamy po ludzku.
– Nie uspokoję się. I spotykać się nie będę.
– Tamo…
– Idź do swojej Bożeny Nowak. Może ona cię do siebie wpuści.
– Co ty pleciesz? Jaka Bożena? Mam sześćdziesiąt lat, jestem dziadkiem, mam wnuki! Po co mi jakieś romanse?
– A po co chodzisz po kawiarniach z babami?
– Już tłumaczyłem! Raz tam poszedłem, z grzeczności.
– Raz… A może nie jeden?
Pojąłem, że wpadłem w pułapkę. Cokolwiek bym rzekł, Tamara i tak znajdzie powód do czepiania się.
– Dobra – powiedziałem zmęczony. – Pójdę. Ale jeszcze o tym pogadamy.
– Nie będziemy o niczym.
Wziąłem torbę i schodziłem na dół. Na ulicy czekał już syn Aleksy
Wyszedłem na klatkę schodową i w tej samej chwili drzwi się otworzyły, a na podłogę wypadły pośpiesznie wrzucone w karton moje garnitury, które Aleksy z bólem w głosie stwierdził zostały pogubione w błocie przed blokiem podczas gdy matka cisnęła je przez okno.

Rate article
Fajna Tajna
Żona nie wpuściła do domu