Mama moja miała dom na obrzeżach Warszawy, chociaż czasem zdawał się unosić nad Wisłą, jakby był zrobiony z mgły i odbić nieba. Co lato, z inicjatywy mamy, wracaliśmy tam, choć nigdy nie było pewne, czy droga prowadzi do ogrodu czy do wnętrza starej szafy pełnej dziwnych narzędzi. Tam naprawialiśmy, kopaliśmy ziemię, a ostatnio mój mąż postawił tam basen, który w nocy zamieniał się w małe jezioro. Nawet altanka była zawsze pachniała drewnem i malinami, ale czasem wydawało się, że rośnie sama, jakby była żywą rośliną.
Od dnia, kiedy mój brat się ożenił, jego noga nie postała w naszym zakątku. Żona jego, Ewelina jej imię szeleściło jak liście brzozy ustaliła zasady. Teraz najważniejsza jest rodzina, dom i nasze sprawy są na drugim planie. Jeśli mama czegoś potrzebuje, niech wynajmie ogrodnika za złote.
Mama nie miała żalu, próbowała zrozumieć. W tym roku pracowała tak ciężko, że latem nie jeździła już na działkę; nie dała rady, choć martwiła się o ogród nikt się nim nie zajmował, tylko w snach pojawiały się krzaki porzeczek i ogórki, które same rosły.
Mama podsunęła bratu: posadź coś, Ewelina odradziła i brat znowu nie chciał. Ja z mężem myślałam, że dobrze byłoby odetchnąć wiejskim powietrzem, przecież można pojechać na weekend, a mama będzie spokojniejsza.
Kupiliśmy sadzonki, rozsady, oczyściliśmy skrawek ziemi przed sadzeniem, odnowiliśmy rabaty kwiatowe, zadbaliśmy o szklarnię, która czasem zamieniała się w kolorowy tunel. Niedziele przeznaczaliśmy na odpoczynek, zawsze zgodnie z śmiesznymi instrukcjami mamy, która potrafiła mówić do sadzonek jak do kotów.
Ostatni weekend byliśmy u rodziców męża, więc działka została sama, choć wydawało się, że korzenie roślin szeleszczą z tęsknoty. Ale okazało się, że brat i Ewelina tam byli; sekretnie, jakby porzeczki ich zaprosiły.
W następny weekend wróciliśmy i poczuliśmy się nieswojo, bo ktoś zamieszkał w tym domku. Zapukaliśmy cisza, tylko pająk na drzwiach poruszył nogą. Ewelina wyjrzała przez okno, jej twarz rozciągnięta niczym chmura nad ogrodem:
Postanowiliśmy wynająć mieszkanie i zbierać złote na wakacje, a tu zamieszkać powiedziała jakby coś ssała przez słomkę. Więc idźcie, nikt was nie prosił, nie pasujecie do tej bajki.
Mama wie? zapytałam. Naturalnie, skąd myślisz, że mamy klucze? odparła, śmiejąc się cicho jak wietrzyk w lesie.
Zadzwoniłam do mamy. Tak, dałam klucze twojemu bratu, mówił, że przyjdzie pomóc. Mamo, oni tu mieszkają, nie pomagają. Ewelina nic nie robi, nawet nie wpuszcza nas do środka.
Jak to mieszkają? spytała mama, głos jej był trochę jak stłumiony dzwon. Tak, wynajęli mieszkanie, oszczędzają na wyjazd, zamieszkali tu sami. Odpowiedziałam, jakby mówiła to ktoś obcy.
Jeśli będą dbać o ogród, podlewać, pielić mogą zostać. Jeśli nie niech wrócą tam, skąd przyszli. Są przebiegli, wiedzą jak zebrać plony bez wysiłku! Przychodzą jesienią, wyciągają jabłka i ziemniaki, nawet nie ruszając palcem. Powiedz im, że teraz ich kolej na opiekę nad domkiem. Mama zdecydowała jej ton brzmiał jak uderzenie szpadla.
Zapukałam jeszcze raz. Czego chcecie? warknęła Ewelina przez żaluzje. Powiedziałam, co postanowiła mama. Ewelina wzruszyła ramionami: Nie zamierzam tu nic robić. Mam wizytę u kosmetyczki! I kim niby jestem służącą? Jeśli coś wyhodujemy, kto powiedział, że się podzielimy? Chcesz? Kup dla siebie. Tu wszystko będzie nasze!
Oczywiście, trzeba będzie ich wygonić. Nie słuchali, mama musiała sama z nimi rozmawiać. Powiedziała: Wyjazd. A brat krzyknął: Gdzie mamy iść? Przecież mieszkanie zajmuje ktoś inny!
Oddajcie złote zaproponowałam.
Nie da się. Wydałem wszystko na kolczyki dla Eweliny jęknął brat. Nie ma sensu iść do lombardu; nikt nie da nawet połowy wartości. I co teraz? W skrócie, nie mój problem. Powinnaś przynajmniej uprzedzić mamie o swoich planach. To bardzo niegrzeczne.
Ewelina z bratem pojechali do jej mamy, rzucając na mnie klątwy, jakby byli marionetkami w cyrku. Nigdy tu nie wrócimy! Zostawiamy was samych!
Ale coś we mnie mówi, że na jesień wrócą, z workami na jabłka i kartofle…



