Żona i teść Karina tylko udawała, że pragnie poznać rodziców Wadka. A po co jej to było? Przecież nie z nimi miała zamiar mieszkać, a od jego ojca, ponoć majętnego, oprócz problemów i podejrzliwości niczego się nie zyska. Ale skoro już postanowiła wyjść za mąż, trzeba grać do końca. Karina wystroiła się, lecz raczej skromnie, by uchodzić za sympatyczną dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie pełne niewidocznych raf, a spotkanie z inteligentnymi rodzicami — prawdziwa próba charakteru. Wadek sądził, że trzeba ją uspokajać: – Nie przejmuj się, Karina, tylko się nie stresuj. Tata jest posępny, ale można z nim się dogadać. Nie powiedzą nic strasznego. Polubią cię. Tata jest trochę dziwny, ale mama to dusza towarzystwa – przekonywał ją przed rodzinnym domem. Karina tylko się uśmiechnęła, strzepując kosmyk włosów z ramienia. Czyli tata ponury, mama rozrywkowa. Niezłe połączenie. Zadrwiła w myślach. Dom nie zrobił na niej wrażenia. Bywała już w bogatszych. Przyjęło ich od progu starsze małżeństwo. Karina była spokojna. Po co się denerwować? Ludzie jak ludzie. Danuta, jak już słyszała od Wadziego, gospodyni i domatorka, czasem wyjeżdża z koleżankami na wycieczki. Ojciec, Henryk, choć, podobno, poważny i milczący, miał w sobie coś znajomego… I wtedy Karina znieruchomiała, nie przekraczając nawet progu. To koniec… Przyszłej teściowej nie znała, lecz teścia rozpoznała od razu. Spotkali się już trzy lata temu. Rzadko, lecz z obopólną korzyścią. W barach, hotelach, restauracjach. Oczywiście, żona Henryka ani jego syn nic nie wiedzieli o tym “znajomym”. Zaczęło się. Henryk również ją poznał. W jego oczach błysnęło coś, co mogło znaczyć zaskoczenie lub podstęp. Ale milczał. Wadek, niczego nieświadom, z entuzjazmem przedstawił Karinę rodzicom. – Mama, tata, poznajcie Karinę. Moja narzeczona. Mógłbym ją przyprowadzić wcześniej, ale jest bardzo nieśmiała. Oj… Henryk podał jej dłoń. Uścisk miał mocny, wręcz twardy. – Miło mi, Karino – powiedział, z ledwie wyczuwalną nutką… gniewu? Ostrzeżenia? Albo czegoś jeszcze. Karina wiedziała, że Henryk wie doskonale, kim ona była. – Mi również miło, panie Henryku – odparła na autopilocie, próbując nie zdradzić się już na starcie. Adrenalina szumiała jej w uszach. Co się wydarzy… Ale nic się nie stało. Henryk, ledwie wykrzesawszy z siebie uśmiech, odsunął jej krzesło przy stole. Pewnie szykuje kompromitację na później… Ale wieczór przebiegł bez sensacji. I wtedy Karina zrozumiała – on nie powie ani słowa. Jeżeli zdecyduje się ją zdradzić, zdradzi również siebie przed żoną. Gdy opadło napięcie, atmosfera stała się zaskakująco swobodna. Danusia opowiadała rodzinne anegdoty, Henryk pytał Karinę o pracę, rzucał delikatne żarty, których sens rozumieli tylko oni dwoje. Na przykład, kiedy patrząc na Karinę, zauważył: – Wie pani, Karino, przypomina mi pani starą znajomą… Też była bystra i dawała sobie radę z każdym. Karina nie dała się zbić z tropu: – Zdolności bywają różne, panie Henryku. Wadek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, był zapatrzony w Karinę, nie zauważając żadnych podtekstów. Był naprawdę zakochany. To było najsmutniejsze. Kiedy zeszło na podróże, Henryk rzucił jej wyzwanie: – Ja na przykład lubię odludzie. Żadnych rozmów. W ciszy najlepiej się czyta. A pani, Karino, jakie miejsca woli? Podchwycił temat. – Uwielbiam gwar i towarzystwo, wtedy jest wesoło – odpowiedziała Karina lekko, celowo – Choć czasem dodatkowe uszy bywają niebezpieczne. Przez chwilę wydawało się, że Danusia coś zauważyła. Karina spostrzegła jej mars na czole. Henryk wiedział, dlaczego Karina nie ceni ciszy. I znał powody. Pod wieczór, gdy trzeba było rozejść się do pokoi, Henryk objął Wadziego. – Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Brzmiało to jak komplement, ale i kpina. Karina zrozumiała. ** Gdy wszyscy zasnęli, Karina nie mogła zmrużyć oka. Po cichu wstała, narzuciła bluzę na koszulkę i zeszła na werandę, by, jak przypuszczała, spotkać Henryka. Nie zawiodła się. – Nie śpisz? – spytał zza jej pleców. – Sen nie przychodzi – odpowiedziała. Poczuła znajomy zapach jego perfum. Spojrzał na nią uważnie. – Po co mój syn, Karino? Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się w twoim życiu. Wiem, że chodziło ci o pieniądze. Tego nie udawałaś. Czego chcesz od Wadka? Skoro nie chce wspominać przeszłości, Karina też nie zamierzała być miła: – Kocham go, panie Henryku – zaśpiewała słodko. – Czemu nie mogę? Nie kupił tego. – Ty? Miłość? To śmieszne. I powiem Wackowi wszystko. Kim byłaś. Kim jesteś. Myślisz, że wtedy cię poślubi? Karina zbliżyła się, zostało między nimi kilka centymetrów. – Opowiadaj, panie Henryku – przeciągnęła, prowokując – Ale wtedy żonie też powiem o naszym sekrecie. – To… – Nie szantaż. Wzajemność. Powiesz wszystkim, jak się poznaliśmy, i już nie ukryjesz co robiliśmy. Dodam szczegóły. – To zupełnie inna sprawa… – Tak? Żonie też tak powiesz? Henryk zamilkł. Wyszedł na tym żałośnie. Obojgu groził upadek. Byli w tej samej łodzi. – Co powiesz żonie? – Nie tylko jej. Wszystkim. Wackowi też. Opowiem, jakim jesteś mężem i gdzie przesiadywałeś po pracy. Wszystko powiem, nic nie będzie do stracenia. Chcesz ratować syna? Ratuj. Trudny wybór. Odradzając synowi ślub, przypieczętowałby rozwód. – Nie zrobisz tego. – Ja nie? Ty możesz, ja nie? Nie zrobię tego, jeśli i ty będziesz milczał. Bo twój kompromitujący sekret może cię kosztować małżeństwo. Danusia ceni sobie wierność… Pamiętała, jak pijany Henryk wyznawał jej, że żona nie wybaczyłaby mu zdrady. Miała rację. – Dobrze – wycedził. – Nic nie powiem. Ty też będziesz milczeć. Zapominamy. Karina się już nie martwiła. On straciłby więcej. – Jak pan każe, panie Henryku. Rankiem pożegnali się z domem rodziców Wadka. Pod czujnym, nienawistnym spojrzeniem przyszłego teścia Karina ściskała Danusię na pożegnanie „córko”. Henrykowi aż nerw w oku zatańczył. Zdarzało się jeszcze, że Karina i Wadek zostawali u rodziców na dłużej. Urlop w pełni. Henryk unikał spotkań z Kariną, zasłaniając się obowiązkami. Aż pewnego dnia, pod nieobecność domowników, ciekawość zwyciężyła – przeszukał jej torebkę w poszukiwaniu haka. Zajrzał do kosmetyczki, notatnika, i znalazł test ciążowy. Dwie kreski. – Myślałem, że katastrofa to ślub mojego syna… Ale to jest katastrofa! – z powagą odłożył test. Karina przyłapała go. – Niezbyt elegancko grzebać w cudzych rzeczach – rzuciła ironicznie. Henryk nie zaprzeczał. – Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina powoli podeszła, zabrała torebkę i powiedziała: – Chyba właśnie popsuł pan niespodziankę, panie Henryku. Był wściekły. Teraz naprawdę musiał milczeć – miał za dużo do stracenia, a jego syn wchodził w pułapkę. ** Minęło dziewięć miesięcy… i kolejne pół roku. Wadek i Karina wychowywali córeczkę Alicję. Henryk nie bywał u nich. Alicji nie uznawał za swoją wnuczkę. Kariny się bał. Przerażały go jej chłód do Wadziego i mroczna przeszłość. I znów. Danusia wybierała się do syna i synowej. – Heniek, jedziesz ze mną? – Nie, boli mnie głowa. – Znowu? Chyba coś poważnego. – Zmęczony jestem. Jedź sama. Jak zawsze wymówek miał pod dostatkiem. Połknął nawet pigułkę na wzmocnienie wiarygodności. Nie mógł znieść Kariny, ale też nie mógł nikomu nic opowiedzieć. Leżał. Czytał. Danusia długo nie wracała. Jedenasta, cisza w domu, telefon milczy. Wreszcie dzwoni do Wadziego. – U was wszystko dobrze? Danusia już wyjechała? Nadal jej nie ma. – Tata, jesteś ostatnią osobą, z którą chce mi się teraz gadać. I się rozłączył. Henryk już miał jechać do syna, gdy pod domem stanęło auto Kariny. Widok jej o mało nie zwalił go z nóg. – Co ty tu robisz?? Co się stało? Karina wydawała się wyjątkowo spokojna. Nalewając sobie wina, usiadła wygodnie. – Katastrofa. – Jaka? – Nasza wspólna. Wadek znalazł na stronie jednej knajpy nasze zdjęcia sprzed lat. Z imprezy w „Oazisie”, pamiętasz? Chciał tam zamówić stolik na rocznicę. I trafił na nas. Fotograf wrzucił wszystko do galerii! Teraz Wadek jest wściekły, a twoja Danusia szykuje papiery rozwodowe. A ja, zgodnie z pańskim życzeniem, chyba też rozwiodę się z pańskim synem. Henryk oniemiał. Przed oczami przemknęło mu tamto feralne „spotkanie”. Miał rację — tak to się miało skończyć! Załamał się przy niej na podłodze. – Po co ty tu? – Chciałam się na chwilę ulotnić – uśmiechnęła się Karina. – Dom to teraz jeden wielki bałagan. Alicja z nianią. Wina? Poczęstowała go jego własnym winem. Siedzieli na werandzie. Tylko cykady przerywały ciszę. – To twoja wina – powiedział Henryk. Karina skinęła głową nad kieliszkiem. – Tak. – Nie da się z tobą wytrzymać. – Bywa. – Ani trochę ci nie żal Wadziego. – Żal. Ale siebie bardziej. – Kochasz tylko siebie. – Nie zaprzeczę. Nagle wziął ją za podbródek. – Wiesz, że nigdy cię nie kochałem – wyszeptał. – Wierzę na słowo. ** Rano, gdy Danusia w końcu wróciła, by ratować małżeństwo, od progu zastała Karinę i Henryka razem. Jeszcze śpiących. – Kto tam? – spytała Karina. – Ja – odpowiedziała Danusia, obserwując, jak wszystko wokół się rozpada. Karina tylko spokojnie się uśmiechnęła. Henryk obudził się później, ale za żoną nie pobiegł.

Żona i ojciec

Jagoda tylko udawała, że zależy jej na poznaniu rodziców Pawła. Po co jej to w ogóle było? Przecież nie z nimi miała mieszkać, a od jego ojca, który uchodził za dobrze sytuowanego, mogła dostać najwyżej kłopoty zamiast korzyści.

Ale grać trzeba do końca, skoro już zdecydowała się na ślub.

Ubierając się na spotkanie, postawiła na prostotę niech widzą w niej uroczą dziewczynę.

Poznanie rodziców narzeczonego zawsze było wydarzeniem pełnym pułapek, a przy mądrych rodzicach to już prawdziwy sprawdzian z życia.

Paweł myślał, że Jagoda potrzebuje wsparcia:

Spokojnie, Jagódko, tylko się nie denerwuj. Tata bywa ponury, ale da się dogadać, nie powiedzą ci niczego strasznego. Na pewno cię polubią. Mama to dusza towarzystwa, a tata trochę oryginalny przekonywał ją pod domem rodziców.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, poprawiając włosy. Ponury ojciec i żywiołowa mama dobre połączenie, pomyślała ironicznie.

Dom nie zrobił na niej wrażenia; bywała w bogatszych.

Przywitali ich od razu.

Jagoda specjalnie się nie stresowała. Po co się spinać? Ludzie jak ludzie. Z opowiadań Pawła już wiedziała, że Irena, jego mama, od lat prowadzi dom, czasem jeździ z koleżankami na wycieczki, ale nic nadzwyczajnego. Ojciec, Wiktor, był raczej milczącym człowiekiem. Imię wydało jej się znajome…

I wtedy go zobaczyła.

Jagoda zamarła przy progu. To koniec Matki nie znała, ale ojca Pawła rozpoznała w jednej chwili. Spotkali się już trzy lata temu. Może niezbyt często, ale zawsze z obustronną korzyścią. W barach, w hotelach, w restauracjach. Oczywiście nikt z rodziny o tym nie wiedział.

No to po herbacie.

Wiktor też ją rozpoznał. W jego oczach zamigotał błysk nie wiadomo, czy to było zdziwienie, rozdrażnienie czy coś bardziej mrocznego. Nie powiedział jednak nic.

Paweł szczęśliwy i niczego nieświadomy przedstawił ją rodzicom:

Mamo, tato, poznajcie Jagodę. Moją narzeczoną. Wybaczcie, że przyprowadzam ją dopiero teraz, ale jest bardzo nieśmiała.

Ups…

Wiktor podał jej rękę.

Jego uścisk był mocny, prawie szorstki.

Bardzo mi miło, Jagodo powiedział, a w tonie zabrzmiała nuta, którą dziewczyna odczytać mogła na tysiąc sposobów. Gniew, groźba, przesłanie Czekała, aż zaraz wyjawi, kim jest.

Mnie również bardzo miło, panie Wiktorze odpowiedziała, próbując ukryć rosnącą panikę. Myślała gorączkowo, co będzie dalej

Ale nic.

Wiktor, udając uprzejmość, przysunął jej krzesło do stołu.

Chce ją później ośmieszyć?

Ale nic się nie wydarzyło.

Nagle zrozumiała nie zdradzi jej. Przecież musiałby zdradzić i siebie przed żoną.

Odetchnęła trochę. Atmosfera przy stole była dość swobodna. Irena roztaczała ciepło, opowiadając o dzieciństwie Pawła, a Wiktor zadał kilka pytań o pracę Jagody. W rzeczywistości wiedział o niej o wiele więcej niż żona czy syn. Jego subtelna ironia już jej nie ruszała. Nawet kilka razy zażartował tak, że Jagoda sama się roześmiała. W aluzjach jednak wyczuwała ostrze dla siebie.

Na przykład, gdy spojrzał jej w oczy i zagadnął:

Wie pani, Jagodo, przypomina mi pani jedną dawną koleżankę. Też była bardzo bystra i potrafiła znaleźć wspólny język z każdym.

Jagoda nie speszyła się:

Talenty ludzi bywają różne, panie Wiktorze.

Paweł, zakochany po uszy, patrzył na nią jak na ideał, nie wyczuwając żadnych napięć. Kochał ją naprawdę. I to było chyba najbardziej bolesne dla niego.

Później rozmowa zeszła na podróże. Wiktor, patrząc znacząco na Jagodę, rzucił:

Ja to lubię odludzia. Ciszę i spokój, szczególnie z dobrą książką. A pani, Jagodo, jakie miejsca najbardziej sobie ceni?

Podchwytliwe pytanie.

Najlepiej czuję się tam, gdzie dużo ludzi odpowiedziała gładko. Choć czasem nadmiar świadków bywa kłopotliwy.

Na chwilę Irena zmarszczyła brwi, ale zaraz odgoniła nieprzyjemne myśli.

Wiktor wiedział, że Jagoda nie tęskni za ciszą. I dobrze wiedział dlaczego.

Kiedy wieczór dobiegł końca, a goście już mieli zbierać się do wyjścia, Wiktor objął Pawła:

Synu, uważaj na nią. Jest… wyjątkowa.

Brzmiało to i jak pochwała, i jak szyderstwo. Ale tylko Jagoda zrozumiała.

Poczuła naraz zimno w powietrzu. Wyjątkowa wybrał akurat to słowo.

***

W nocy Jagoda nie mogła zasnąć.

Leżała, rozważając całą nieoczekiwaną sytuację, myśląc, jak dalej wyplątać się z tego abra-kadabra. Przyszłość nie rysowała się różowo. Miała przeczucie, że Wiktor, podobnie jak ona, tej nocy oka nie zmruży. On przez przypadkowe spotkanie, ona przez konieczność rozmowy, przez wszystko, co się wydarzyło.

Cicho wstała, narzuciła na piżamę domowy polar i po cichu wyszła z pokoju. Schodząc po schodach, stukała lekko, by ktoś, kto nie śpi usłyszał. Wyszła na werandę. Tam spodziewała się spotkać Wiktora.

Nie musiała długo czekać.

Nie możesz spać? zapytał, stojąc już za jej plecami.

Coś nieprędko przychodzi sen odpowiedziała.

Poczuła znajomy zapach jego wody kolońskiej.

Oceniał ją uważnie.

Czego chcesz od mojego syna, Jagodo? w głosie nie było już uprzejmości. Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja było w twoim życiu. I wiem, że zawsze liczyły się dla ciebie pieniądze. Nigdy tego nie ukrywałaś. Zawsze od razu ustalałaś cenę. Po co ci Paweł?

Skoro nie chce wracać do wspomnień i ona nie zamierza być miła. Zadrwiła:

Kocham go, panie Wiktorze odparła przeciągle. Nie wolno?

Chyba go nie przekonała.

Ty i miłość? To śmieszne. Wiem, jaka jesteś. Zamierzam to Pawłowi powiedzieć. Wszystko o tym, kim naprawdę jesteś. Myślisz, że po czymś takim ożeni się z tobą?

Jagoda stanęła blisko, niemal dotykając go. Nachyliła się i spojrzała mu w oczy.

Opowiadaj, panie Wiktorze powiedziała powoli, przeciągając słowa. Ale wtedy twoja żona też pozna naszą tajemnicę.

To…

To nie szantaż. To zwykła wzajemność. Jak zechcesz opowiedzieć o mnie, będziesz musiał wyznać prawdę o sobie. Zresztą, chętnie dopełnię twoją relację.

To nie to samo

Tak sądzisz? Swojej żonie też tak powiesz?

Wiktor zamarł. Próbował ją zastraszyć, ale nieskutecznie. Wiedział już jest w pułapce. Dotarło do niego, że są na równi.

Co jej powiesz?

Wszystko. I Pawłowi też. Powiem, jakim jesteś ojcem rodziny, i dlaczego tak często zostawałeś dłużej w pracy. I nie będę skrupułów miała nic już nie ryzykuję. Chcesz uratować syna przede mną? To spróbuj.

Trudny wybór.

Odradzić synowi ślub to jak podpisać własne papiery rozwodowe.

Nie odważysz się.

Ja nie? roześmiała się. Czyli ty możesz, a ja już nie? Nie powiem, jeśli i ty nie piśniesz o mojej interesowności, zwłaszcza, że sam nie jesteś, delikatnie mówiąc, krystaliczny A Irena… ona ceni wierność.

Kiedyś, po pijaku, Wiktor płakał jej, że Irena jest święta, a on łajdak. Irena mu nigdy nie wybaczy. Naprawdę trzeba wybierać.

Wiedział, że Jagoda nie blefuje.

Dobrze wymamrotał z trudem. Nic nie powiem. Ale ty też milcz. Nikt nic nie mówi. Zapominamy o wszystkim.

Jagoda tylko skinęła głową. On miał więcej do stracenia.

Jak pan sobie życzy, panie Wiktorze.

Następnego dnia wyjechali z domu Pawła. Żegnając się z Ireną, która już wołała do niej córeczko, czuła na sobie nienawistny wzrok przyszłego teścia. Wiktor poczuł nerwowy tik.

Zżerała go świadomość, że nie może ostrzec syna przed podstępem przyszłej synowej, bo zdradzałby sam siebie. Utrata Ireny to nie tylko strata żony ale i sporej części majątku. A i syn raczej nie wybaczyłby mu…

Innym razem Jagoda i Paweł zostali u rodziców na dłużej, dwa tygodnie.

Prawdziwe rodzinne wakacje.

Wiktor unikał Jagody, zrzucając nawał spraw na głowie. Lecz pewnego dnia, podkusiło go, gdy został sam w domu, by zajrzeć do jej torebki może znajdzie coś, co da mu nad nią przewagę.

Grzebał: kosmetyczka, notes, portfel. I nagle jasnoniebieski pasek. Test ciążowy. Dwie grube kreski.

Myślałem, że katastrofą będzie ślub mojego syna To dopiero katastrofa! wyjąkał, w chwilę potem, przyłapany przez Jagodę.

Oj, nieładnie grzebać w cudzych rzeczach! skarciła go złośliwie, ale wyglądała raczej na rozbawioną niż zdenerwowaną.

Wiktor nie zaprzeczał.

Jesteś w ciąży z Pawłem?

Podeszła, odebrała mu torebkę i rzuciła lekko:

Wygląda na to, że popsuł pan niespodziankę, panie Wiktorze.

Wiktor ogarnął gniew. Teraz wiedział, że już nigdy nie uwolni się od Jagody przy synu a jeśli coś opowie, pogrąży siebie. Musiał więc milczeć. A tak trudno znieść milczenie, wiedząc, gdzie syn wpada w sidła.

***

Minęło dziewięć miesięcy i jeszcze sześć.

Paweł z Jagodą wychowywali córeczkę Amelię.

Wiktor niemal nie odwiedzał ich domu; nie chciał widzieć synowej i nie czuł więzi z wnuczką. Przerażała go obojętność Jagody wobec Pawła i jej przeszłość.

A życie biegło dalej.

Irena pewnego dnia zapowiedziała:

Wiktor, jedziesz ze mną do Pawła?

Nie, boli mnie głowa.

Znowu? To już chyba chroniczne.

Zmęczony jestem. Jedź sama.

Zawsze znajdował powód, by nie jechać. Dla pewności zażył nawet dwie tabletki. Nie chciał widoku Jagody, ale nie mógł też się wydać.

Leżał, czytał, ale nie odganiał natłoku myśli.

Robiło się późno, a Irena nie wracała. Jedenasta, a jej nie ma. Nie odbiera telefonu. Zadzwonił do Pawła.

Pawle, wszystko u was dobrze? Mama już pojechała? Nie ma jej w domu.

Tato, jesteś ostatnią osobą, z którą chcę rozmawiać.

Rozłączył się.

Wiktor już miał jechać po żonę, gdy zobaczył podjazd, a na nim samochód Jagody. Ujrzał ją w drzwiach i poczuł dreszcz niepokoju.

Co cię tu sprowadza? Co się stało? chwycił ją za ramiona.

Jagoda, jakby obojętna, nalała sobie wina, usiadła spokojnie.

Katastrofa.

Jaka katastrofa?

Wszystko się sypnęło. Paweł trafił w internecie na zdjęcia sprzed czterech lat z imprezy w Arenie, pamiętasz, ten wieczór? Szukał miejsca na rocznicę. A tu my, na zdjęciach, cała sala. Fotograf wszystko wrzucił! Paweł wściekły, twoja Irena chce rozwodu. Ja raczej także będę wolna, jak chciałeś.

Wiktor oniemiał. Cała jego przeszłość przeleciała mu przed oczami. Arena, tamta noc Przecież prosił, by nie robili zdjęć. Kto by przewidział, że właśnie tak wszystko się zawali.

Usiadł obok, zrezygnowany.

Po co tu przyjechałaś?

Uciec na chwilę od domowego rozgardiaszu uśmiechnęła się. Amelia z nianią. Chcesz wina?

Podała mu kieliszek.

Siedzieli na werandzie, a cykady wybijały swoją ciszę.

To wszystko twoja wina powiedział Wiktor.

Jagoda nie odrywała wzroku od kieliszka.

Wiem.

Jesteś nie do zniesienia.

Tak bywa.

Nie jest ci żal Pawła?

Trochę, ale siebie bardziej.

Kochasz tylko siebie.

Nie zaprzeczam.

Chwycił ją za brodę i spojrzał prosto w oczy:

Wiesz, że nigdy cię nie kochałem?

I dobrze.

***

Następnego ranka, kiedy Irena przyszła w końcu pogodzona choć za cenę reszty swoich nerwów zastała Jagodę i Wiktora razem. Jeszcze śpiących.

Kto tu jest? wstała Jagoda.

To ja Irena stała w drzwiach, patrząc, jak wali się jej świat.

Jagoda tylko uśmiechnęła się spokojnie. Wiktor obudził się później, ale nie pojechał za żoną.

Z tej historii pozostała gorzka lekcja: sekrety i kłamstwa zawsze prędzej czy później wychodzą na światło dzienne, a jedno kłamstwo rodzi następne. Warto zastanowić się, czy gra pozorów i wzajemne oszustwa nie są ceną zbyt wysoką. Bo tylko życie w prawdzie daje spokój choćby miało boleć.

Rate article
Fajna Tajna
Żona i teść Karina tylko udawała, że pragnie poznać rodziców Wadka. A po co jej to było? Przecież nie z nimi miała zamiar mieszkać, a od jego ojca, ponoć majętnego, oprócz problemów i podejrzliwości niczego się nie zyska. Ale skoro już postanowiła wyjść za mąż, trzeba grać do końca. Karina wystroiła się, lecz raczej skromnie, by uchodzić za sympatyczną dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego to zawsze wydarzenie pełne niewidocznych raf, a spotkanie z inteligentnymi rodzicami — prawdziwa próba charakteru. Wadek sądził, że trzeba ją uspokajać: – Nie przejmuj się, Karina, tylko się nie stresuj. Tata jest posępny, ale można z nim się dogadać. Nie powiedzą nic strasznego. Polubią cię. Tata jest trochę dziwny, ale mama to dusza towarzystwa – przekonywał ją przed rodzinnym domem. Karina tylko się uśmiechnęła, strzepując kosmyk włosów z ramienia. Czyli tata ponury, mama rozrywkowa. Niezłe połączenie. Zadrwiła w myślach. Dom nie zrobił na niej wrażenia. Bywała już w bogatszych. Przyjęło ich od progu starsze małżeństwo. Karina była spokojna. Po co się denerwować? Ludzie jak ludzie. Danuta, jak już słyszała od Wadziego, gospodyni i domatorka, czasem wyjeżdża z koleżankami na wycieczki. Ojciec, Henryk, choć, podobno, poważny i milczący, miał w sobie coś znajomego… I wtedy Karina znieruchomiała, nie przekraczając nawet progu. To koniec… Przyszłej teściowej nie znała, lecz teścia rozpoznała od razu. Spotkali się już trzy lata temu. Rzadko, lecz z obopólną korzyścią. W barach, hotelach, restauracjach. Oczywiście, żona Henryka ani jego syn nic nie wiedzieli o tym “znajomym”. Zaczęło się. Henryk również ją poznał. W jego oczach błysnęło coś, co mogło znaczyć zaskoczenie lub podstęp. Ale milczał. Wadek, niczego nieświadom, z entuzjazmem przedstawił Karinę rodzicom. – Mama, tata, poznajcie Karinę. Moja narzeczona. Mógłbym ją przyprowadzić wcześniej, ale jest bardzo nieśmiała. Oj… Henryk podał jej dłoń. Uścisk miał mocny, wręcz twardy. – Miło mi, Karino – powiedział, z ledwie wyczuwalną nutką… gniewu? Ostrzeżenia? Albo czegoś jeszcze. Karina wiedziała, że Henryk wie doskonale, kim ona była. – Mi również miło, panie Henryku – odparła na autopilocie, próbując nie zdradzić się już na starcie. Adrenalina szumiała jej w uszach. Co się wydarzy… Ale nic się nie stało. Henryk, ledwie wykrzesawszy z siebie uśmiech, odsunął jej krzesło przy stole. Pewnie szykuje kompromitację na później… Ale wieczór przebiegł bez sensacji. I wtedy Karina zrozumiała – on nie powie ani słowa. Jeżeli zdecyduje się ją zdradzić, zdradzi również siebie przed żoną. Gdy opadło napięcie, atmosfera stała się zaskakująco swobodna. Danusia opowiadała rodzinne anegdoty, Henryk pytał Karinę o pracę, rzucał delikatne żarty, których sens rozumieli tylko oni dwoje. Na przykład, kiedy patrząc na Karinę, zauważył: – Wie pani, Karino, przypomina mi pani starą znajomą… Też była bystra i dawała sobie radę z każdym. Karina nie dała się zbić z tropu: – Zdolności bywają różne, panie Henryku. Wadek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, był zapatrzony w Karinę, nie zauważając żadnych podtekstów. Był naprawdę zakochany. To było najsmutniejsze. Kiedy zeszło na podróże, Henryk rzucił jej wyzwanie: – Ja na przykład lubię odludzie. Żadnych rozmów. W ciszy najlepiej się czyta. A pani, Karino, jakie miejsca woli? Podchwycił temat. – Uwielbiam gwar i towarzystwo, wtedy jest wesoło – odpowiedziała Karina lekko, celowo – Choć czasem dodatkowe uszy bywają niebezpieczne. Przez chwilę wydawało się, że Danusia coś zauważyła. Karina spostrzegła jej mars na czole. Henryk wiedział, dlaczego Karina nie ceni ciszy. I znał powody. Pod wieczór, gdy trzeba było rozejść się do pokoi, Henryk objął Wadziego. – Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Brzmiało to jak komplement, ale i kpina. Karina zrozumiała. ** Gdy wszyscy zasnęli, Karina nie mogła zmrużyć oka. Po cichu wstała, narzuciła bluzę na koszulkę i zeszła na werandę, by, jak przypuszczała, spotkać Henryka. Nie zawiodła się. – Nie śpisz? – spytał zza jej pleców. – Sen nie przychodzi – odpowiedziała. Poczuła znajomy zapach jego perfum. Spojrzał na nią uważnie. – Po co mój syn, Karino? Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się w twoim życiu. Wiem, że chodziło ci o pieniądze. Tego nie udawałaś. Czego chcesz od Wadka? Skoro nie chce wspominać przeszłości, Karina też nie zamierzała być miła: – Kocham go, panie Henryku – zaśpiewała słodko. – Czemu nie mogę? Nie kupił tego. – Ty? Miłość? To śmieszne. I powiem Wackowi wszystko. Kim byłaś. Kim jesteś. Myślisz, że wtedy cię poślubi? Karina zbliżyła się, zostało między nimi kilka centymetrów. – Opowiadaj, panie Henryku – przeciągnęła, prowokując – Ale wtedy żonie też powiem o naszym sekrecie. – To… – Nie szantaż. Wzajemność. Powiesz wszystkim, jak się poznaliśmy, i już nie ukryjesz co robiliśmy. Dodam szczegóły. – To zupełnie inna sprawa… – Tak? Żonie też tak powiesz? Henryk zamilkł. Wyszedł na tym żałośnie. Obojgu groził upadek. Byli w tej samej łodzi. – Co powiesz żonie? – Nie tylko jej. Wszystkim. Wackowi też. Opowiem, jakim jesteś mężem i gdzie przesiadywałeś po pracy. Wszystko powiem, nic nie będzie do stracenia. Chcesz ratować syna? Ratuj. Trudny wybór. Odradzając synowi ślub, przypieczętowałby rozwód. – Nie zrobisz tego. – Ja nie? Ty możesz, ja nie? Nie zrobię tego, jeśli i ty będziesz milczał. Bo twój kompromitujący sekret może cię kosztować małżeństwo. Danusia ceni sobie wierność… Pamiętała, jak pijany Henryk wyznawał jej, że żona nie wybaczyłaby mu zdrady. Miała rację. – Dobrze – wycedził. – Nic nie powiem. Ty też będziesz milczeć. Zapominamy. Karina się już nie martwiła. On straciłby więcej. – Jak pan każe, panie Henryku. Rankiem pożegnali się z domem rodziców Wadka. Pod czujnym, nienawistnym spojrzeniem przyszłego teścia Karina ściskała Danusię na pożegnanie „córko”. Henrykowi aż nerw w oku zatańczył. Zdarzało się jeszcze, że Karina i Wadek zostawali u rodziców na dłużej. Urlop w pełni. Henryk unikał spotkań z Kariną, zasłaniając się obowiązkami. Aż pewnego dnia, pod nieobecność domowników, ciekawość zwyciężyła – przeszukał jej torebkę w poszukiwaniu haka. Zajrzał do kosmetyczki, notatnika, i znalazł test ciążowy. Dwie kreski. – Myślałem, że katastrofa to ślub mojego syna… Ale to jest katastrofa! – z powagą odłożył test. Karina przyłapała go. – Niezbyt elegancko grzebać w cudzych rzeczach – rzuciła ironicznie. Henryk nie zaprzeczał. – Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina powoli podeszła, zabrała torebkę i powiedziała: – Chyba właśnie popsuł pan niespodziankę, panie Henryku. Był wściekły. Teraz naprawdę musiał milczeć – miał za dużo do stracenia, a jego syn wchodził w pułapkę. ** Minęło dziewięć miesięcy… i kolejne pół roku. Wadek i Karina wychowywali córeczkę Alicję. Henryk nie bywał u nich. Alicji nie uznawał za swoją wnuczkę. Kariny się bał. Przerażały go jej chłód do Wadziego i mroczna przeszłość. I znów. Danusia wybierała się do syna i synowej. – Heniek, jedziesz ze mną? – Nie, boli mnie głowa. – Znowu? Chyba coś poważnego. – Zmęczony jestem. Jedź sama. Jak zawsze wymówek miał pod dostatkiem. Połknął nawet pigułkę na wzmocnienie wiarygodności. Nie mógł znieść Kariny, ale też nie mógł nikomu nic opowiedzieć. Leżał. Czytał. Danusia długo nie wracała. Jedenasta, cisza w domu, telefon milczy. Wreszcie dzwoni do Wadziego. – U was wszystko dobrze? Danusia już wyjechała? Nadal jej nie ma. – Tata, jesteś ostatnią osobą, z którą chce mi się teraz gadać. I się rozłączył. Henryk już miał jechać do syna, gdy pod domem stanęło auto Kariny. Widok jej o mało nie zwalił go z nóg. – Co ty tu robisz?? Co się stało? Karina wydawała się wyjątkowo spokojna. Nalewając sobie wina, usiadła wygodnie. – Katastrofa. – Jaka? – Nasza wspólna. Wadek znalazł na stronie jednej knajpy nasze zdjęcia sprzed lat. Z imprezy w „Oazisie”, pamiętasz? Chciał tam zamówić stolik na rocznicę. I trafił na nas. Fotograf wrzucił wszystko do galerii! Teraz Wadek jest wściekły, a twoja Danusia szykuje papiery rozwodowe. A ja, zgodnie z pańskim życzeniem, chyba też rozwiodę się z pańskim synem. Henryk oniemiał. Przed oczami przemknęło mu tamto feralne „spotkanie”. Miał rację — tak to się miało skończyć! Załamał się przy niej na podłodze. – Po co ty tu? – Chciałam się na chwilę ulotnić – uśmiechnęła się Karina. – Dom to teraz jeden wielki bałagan. Alicja z nianią. Wina? Poczęstowała go jego własnym winem. Siedzieli na werandzie. Tylko cykady przerywały ciszę. – To twoja wina – powiedział Henryk. Karina skinęła głową nad kieliszkiem. – Tak. – Nie da się z tobą wytrzymać. – Bywa. – Ani trochę ci nie żal Wadziego. – Żal. Ale siebie bardziej. – Kochasz tylko siebie. – Nie zaprzeczę. Nagle wziął ją za podbródek. – Wiesz, że nigdy cię nie kochałem – wyszeptał. – Wierzę na słowo. ** Rano, gdy Danusia w końcu wróciła, by ratować małżeństwo, od progu zastała Karinę i Henryka razem. Jeszcze śpiących. – Kto tam? – spytała Karina. – Ja – odpowiedziała Danusia, obserwując, jak wszystko wokół się rozpada. Karina tylko spokojnie się uśmiechnęła. Henryk obudził się później, ale za żoną nie pobiegł.