Żona i teść Karina tylko udawała, że chce poznać rodziców Wadka. Po co miałaby im się przypodobywać? Przecież nie zamierza z nimi zamieszkać, a ojciec Wadka, choć ponoć majętny, nie zwiastuje nic poza kłopotami i podejrzliwością. Ale jeśli już zaczęła grać tę rolę, trzeba było ciągnąć do końca, skoro planuje ślub. Karina ubrała się skromnie, by wyglądać na sympatyczną i niewyróżniającą się dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego – zawsze pełne niewidocznych pułapek, a z inteligentnymi rodzicami – to już prawdziwy test charakteru. Wadek próbował ją pocieszać: – Spokojnie, Karina, nie stresuj się. Tata jest raczej ponury, ale da się dogadać. Nie zrobią ci żadnej przykrości. Nawet cię polubią. Tata, wiadomo, dziwak, ale mama dusza towarzystwa – zapewniał, gdy stali już pod domem rodziców. Karina tylko się uśmiechnęła, odgarniając z ramienia pasmo włosów. No ładnie – tata ponury, mama dusza towarzystwa. Ciekawe połączenie. Dom nie zrobił na niej wrażenia. Bywała w znacznie bogatszych willach. Przywitali ich od razu. Karina nie denerwowała się szczególnie. Czego tu się bać? Ludzie jak ludzie. Nina – jak twierdził Wadek – od lat na emeryturze, nigdy porządnie nie pracowała, za to lubi podróże z przyjaciółkami. Ojciec – pan Walerian, nie jest specjalnie wylewny, ale przynajmniej nie jest gadułą. Imię wydało się jej znajome… I wtedy ich spotkała. Karina zamarła, nie przekraczając progu. To koniec… Przyszła teściowa była jej obca, ale teścia rozpoznała od razu. Już kiedyś się spotkali. Trzy lata temu. Rzadko, lecz bardzo konkretnie: w barach, hotelach, restauracjach. Oczywiście, ani żona Waleriana, ani jego syn nie mieli o tym pojęcia. No to pięknie. Walerian również ją poznał. W jego oczach pojawił się błysk – szok, zdumienie, a może coś bardziej złowieszczego. Milczał. Wadek, niczego nieświadomy, radośnie przedstawił ją rodzicom. – Mamo, tato, poznajcie Karinę. Moją narzeczoną. Gdyby nie była taka nieśmiała, przyprowadziłbym ją wcześniej. No to się zaczyna… Walerian wyciągnął rękę. Uścisk miał mocny, niemal szorstki. – Bardzo miło mi cię poznać, Karino – powiedział z ledwie wyczuwalną nutą… czegoś, czego Karina nie potrafiła określić. Gniewu? Ostrzeżenia? Karina próbowała odegrać swoją rolę, łapiąc powiew adrenaliny, spodziewała się, że Walerian zaraz ją zdemaskuje. – Mi również bardzo miło, panie Walerianie – podchwyciła spokojnie, nie chcąc zdradzić się od razu. Ale… nic się nie stało. Walerian wykrzesał z siebie coś na kształt uśmiechu i sam przysunął jej krzesło do stołu. Może poczeka z kompromitacją na później. Ale nic się nie wydarzyło. Karina zrozumiała – on nie powie. Bo gdyby ją zdemaskował, sam by się pogrążył przed żoną. Wtedy już była spokojniejsza. Nina opowiadała rodzinne anegdoty, a Walerian wsłuchiwał się w jej opowieści o pracy. Cóż, wiedział o niej znacznie więcej, niż cała reszta. Jego ironiczne uwagi nie robiły już na niej wrażenia. Nawet zdarzyło mu się zażartować, a Karina – zaskakująco – się zaśmiała. Jednak wyłapała subtelne aluzje, zrozumiałe tylko dla nich dwojga. Na przykład wtedy, kiedy powiedział patrząc jej w oczy: – Wie pani, Karino, przypomina mi pani pewną moją byłą… koleżankę. Była bardzo bystra. Umiała z każdym znaleźć wspólny język. Karina nie dała się zbić z tropu: – Ludzie mają różne talenty, panie Walerianie. Wadek, zakochany po uszy, nawet nie zauważył tych podtekstów. Kochał ją szczerze. I to było najważniejsze. A raczej – najbardziej bolesne. Dla niego. Później, gdy rozmowa zeszła na podróże, Walerian powiedział, patrząc znacząco na Karinę: – Lubię odosobnione miejsca, bez zgiełku. Tam można pomyśleć i poczytać książkę. A pani, Karino, jakie miejsca wybiera? Próba wyprowadzenia z równowagi. – Lubię, jak wokół jest gwarno i wesoło – odpowiedziała, nie dając się sprowokować. – Choć czasem zbyt wiele uszu może być groźne. Nina zdawała się coś wyczuć, choć próbowała odegnać złe myśli. Walerian wiedział, że Karina nie jest osobą szukającą samotności. I wiedział dlaczego. Pod wieczór, gdy wychodzili do swoich pokojów, Walerian objął Wadeka. – Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Brzmiało to i jak komplement, i jak ironia. Ale tylko Karina dostrzegła ten przekąs. Nagła cisza i chłód w pomieszczeniu. „Wyjątkowa.” Bardzo celne słowo. *** Karina nie spała tej nocy. Przewracała się, myśląc, jak żyć z odkrytym nagle sekretem. Przeczucie miała paskudne. Domyślała się, że Walerian również nie śpi. On przez przypadkowe spotkanie, ona przez nieuniknioną rozmowę. Wstała po cichu, narzuciła domową bluzę na koszulkę i szorty, i wyszła na werandę. Szła tak, by ci, którzy nie śpią, usłyszeli jej kroki. Nie czekała długo. – Nie możesz spać? – usłyszała, gdy Walerian podszedł zza pleców. – Jakoś sen nie przychodzi – odparła. Poczuła znajomy zapach jego perfum. Walerian uważnie ją obserwował. – Czego ty chcesz od mojego syna, Karino? – spoważniał. – Znam twoje możliwości. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się przez twoje życie. Wiem, że zawsze chodziło ci o pieniądze. Nawet nie udawałaś, że jest inaczej. Po co ci Wadek? Skoro nie chce wspominać przeszłości, ona nie zamierza być miła. Wyszczerzyła się ironicznie. – Kocham go, panie Walerianie – zanuciła słodko. – Czemu nie mogłabym? Nie przekonała go. – Kochać? Ty? To śmieszne. Znam cię na wylot. Powiem Wadkowi wszystko. O tym, kim jesteś naprawdę, czym się zajmowałaś. Myślisz, że po tym się z tobą ożeni? Karina podeszła bliżej, na odległość ramienia. Nachyliła głowę, patrząc mu w oczy. Jakby nie zdążyła się napatrzeć… – Opowiadaj, panie Walerianie – przeciągnęła słowa. – Ale wtedy żonie też opiszę nasz mały sekret. – To… – Żaden szantaż. Po prostu wzajemność. Jeśli chcesz wszystkim opowiedzieć, jak się poznaliśmy, nie uda ci się zataić, czym się wtedy zajmowaliśmy. Uwierz mi, dopowiem resztę. – To przecież co innego… – Naprawdę? Żonie też tak odpowiesz? Walerian oniemiał. Próbował ją nastraszyć, ale to on został zapędzony w kozi róg. Oboje znaleźli się w tej samej pułapce. – Co powiesz żonie? – Nie tylko jej. Opowiem wszystkim. I Wadkowi. Dowie się, jakim jesteś mężem i na jakiej „delegacji” bywałeś. Nie będę miała nic do stracenia. Chcesz ratować syna? Śmiało. Trudny wybór. Zniechęcić syna do ślubu – podpisać wyrok na własne małżeństwo. – Nie odważysz się. – Ja się nie odważę? – Karinie zrobiło się nawet zabawnie. – Nie odważę się, jeśli ty też nie odważysz się wyjawić moich „materialistycznych” motywów, gdy masz taki brud za paznokciami. A Nina tak ceni wierność… Kiedyś, pijany, wyznał Karinie, że nie jest wierny, a jego żona jest cudowna i oddana. Nina nie wybaczyłaby NIGDY. Musi wybierać. Wiedział, że Karina nie blefuje. – Dobrze – wycedził. – Nikomu nic nie powiem. Ty też milcz. Zapomnijmy, co było. I dlatego Karina spała spokojnie. On miał do stracenia więcej. – Jak pan woli, panie Walerianie. Następnego dnia opuścili dom rodziców Wadeka. Pod nienawistnym spojrzeniem teścia Karina pożegnała się z żoną Waleriana, którą już nazywała „córką”. Walerian niemal dostał tiki. Był przygnębiony, bo nie mógł ostrzec syna przed chytrą narzeczoną, nie ryzykując wszystkim. Bez Niny straciłby nie tylko żonę, ale i dużą część majątku. No i syn pewnie też nigdy mu by nie wybaczył… Niedługo później Wadek i Karina spędzili u jego rodziców dwa tygodnie. Wakacje rozkręcone na maxa. Walerian unikał Karyny jak ognia, wymyślając rzekome sprawy służbowe. Aż pewnego razu, gdy był sam w domu, zżerała go wściekła ciekawość. Zajrzał do jej torby. Przeglądał kosmetyczkę, terminarz, notatnik. Po chwili wzrok padł na biało-niebieski test ciążowy. Dwie grube kreski. – Myślałem, że katastrofą jest ślub mojego syna z… Ale to dopiero katastrofa! – Ledwo odłożył test, do pokoju weszła Karina. – Och, jak nieładnie grzebać w cudzych rzeczach – skomentowała z przekąsem, choć nie wyglądała na zaniepokojoną. Walerian nie zaprzeczał. – Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina podeszła, zabrała mu torbę z ręki, spojrzała uważnie i powiedziała: – Cóż, popsuł pan niespodziankę, panie Walerianie. Walerian zbladł ze złości. Teraz Karina już na pewno nie odpuści jego syna. A jeśli zacznie mówić, wszyscy będą spaleni. Pozostało tylko milczeć. Tak trudno znosić milczenie, widząc, w jakie sidła pakuje się syn. *** Minęło dziewięć miesięcy… i pół roku więcej. Wadek i Karina wychowywali małą Alicję. Walerian unikał odwiedzin. Nie mógł spoglądać na Karinę. Przerażała go. Przerażała obojętność, z jaką traktowała Wadeka, i jej mroczna przeszłość. I znów. Nina wybrała się w odwiedziny do Wadeka i Karyny. – Walek, jedziesz ze mną? – Nie, boli mnie głowa. – Znowu? To już niepokojące. – Zmęczony jestem, jedź sama. Walerian przybrał klasyczny arsenał – migrena, przeziębienie, zapalenie uszu, słabe nogi. Zawsze znajduje wymówkę. Nawet łyknął kilka tabletek, dla pewności. Nie mógł patrzeć na Karinę, ale nie mógł też powiedzieć prawdy. Wieczór dłużył się bez końca. Leżał. Czytał. W końcu uderzyło, że Niny długo nie ma. Godzina jedenasta, a telefony głuche. Wreszcie dzwoni do Wadeka. – Wadzio, wszystko ok? Nina już wyjechała? – Tato, jesteś ostatnią osobą, z którą chcę teraz rozmawiać. I się rozłączył… Walerian już miał ruszać do syna, gdy na podjeździe zatrzymał się samochód. Auto Karyny. Przeszedł go dreszcz. Co tu się dzieje? – Co cię tu przywiało?? Mów! – potrząsnął nią. – Co się stało? Karina wyglądała na zupełnie spokojną. Nalała sobie wina, wypiła, usiadła wygodnie. – Katastrofa. – Jaka katastrofa? – Nasza. Wspólna. Wadek znalazł na stronie jakiejś knajpy nasze zdjęcia sprzed czterech lat. Z imprezy w „Oazisie”, pamiętasz? Jechał zamówić tam coś na rocznicę… a tam my. Cała fotorelacja. Fotograf, psiakość. Wadek jest w szał. Twoja Nina mówi, że chce rozwodu. Ja, jak chciałeś, chyba też rozwodzę się z twoim synem. Walerian zamarł. W głowie przeleciał mu cały ciąg wydarzeń. To zdjęcia, ta impreza… Przeczuwał, że się to źle skończy, przecież prosił, by nie robić zdjęć… Ale kto mógł przypuszczać, że wszystko się sypnie?! Osiadł miękko na podłodze. – Po co tu przyjechałaś? – Musiałam zniknąć na wieczór – uśmiechnęła się Karina. – W domu chaos. Alicja z nianią. Chcesz wina? Podała mu jego ulubione. Siedzieli na werandzie, milcząc. Tylko cykady zakłócały ciszę. – Przez ciebie to wszystko – wyrzucił Walerian. Karina skinęła głową, nie odrywając wzroku od kieliszka. – Wiem. – Jesteś nie do zniesienia. – Cóż, taka już jestem. – Nawet ci nie żal Wadeka. – Trochę żal, ale siebie bardziej. – Kochasz tylko siebie. – Nie zaprzeczam. Nagle przyciągnął ją bliżej, ujął za brodę, spojrzał w oczy. – Wiesz dobrze, że nigdy cię nie kochałem – wyszeptał. – Wierzę na słowo. *** Rano, gdy Nina jednak postanowiła się pogodzić, choćby kosztem połowy nerwów, zastała Karinę i Waleriana razem. Dopiero co przebudzonych. – Kto tam? – podniosła się Karina. – Ja – odezwała się Nina, patrząc, jak jej życie się rozpada. Karina tylko uśmiechnęła się pobłażliwie. Walerian ocknął się później, ale za żoną nie wybiegł.

Żona i ojciec

Wiesz, Weronika tak naprawdę tylko udawała, że zależy jej na poznaniu rodziców Tomka. Po co jej to było? Przecież nie zamierzała mieszkać z nimi, a z jego ojca, który niby miał pieniądze, to głównie mogła mieć same kłopoty i podejrzenia, a nie wsparcie.

Ale jak już się wpakowała w zaręczyny, trzeba było grać do końca.

Weronika ubrała się ładnie, ale bez przesady żeby wyglądać na zwykłą, sympatyczną dziewczynę.

Poznanie rodziców narzeczonego to zawsze jest wyzwanie, a jeśli są bystrzy no to już egzamin z życia.

Tomek myślał, że Werka potrzebuje pocieszenia:

Nie przejmuj się, Weronika, serio, nie bój się. Tata jest szorstki, ale da się z nim dogadać. Nic strasznego ci nie powiedzą, na pewno cię polubią. Tata jest trochę dziwny, ale mama to dusza towarzystwa przekonywał ją pod drzwiami rodzinnego domu w Krakowie.

Weronika tylko się uśmiechnęła i odgarnęła jasny kosmyk włosów z ramienia. No, czyli tata szorstki a mama dusza towarzystwa. Ciekawe połączenie pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.

Sam dom nie zrobił na niej wrażenia już widziała bogatsze.

Przywitali ich od razu.

Weronika wcale się nie denerwowała. No bo czym tu się stresować? Ludzie jak ludzie. Joanna, żona pana Henryka, jak już słyszała od Tomka, całe życie była głównie w domu, czasem z koleżankami gdzieś jeździła, ale nic wielkiego. Ojciec, Henryk Janowski, chociaż w opinii Tomka raczej mało rozmowny przynajmniej nie miał głupich tekstów. A nazwisko to nazwisko Weronice coś już świtało.

No i kiedy weszli do środka

Weronika zamarła. Zupełnie nie spodziewała się, że to właśnie on! Przyszłej teściowej nie kojarzyła, ale przyszłego teścia rozpoznała od razu. Przecież już się znali. Trzy lata wcześniej, sporadycznie, ale korzystnie dla obydwu w barach, hotelach, restauracjach, wszystko na pewnych warunkach. Oczywiście, żona Henryka o niczym nie wiedziała. Syn też nie.

No to pięknie.

Henryk też ją rozpoznał. W oczach miał błysk, który mógł znaczyć wszystko: zdumienie, niepokój, może już coś kombinował. Ale trzymał język za zębami.

Nic nieświadomy Tomek przedstawił ją oficjalnie:

Mamo, tato, to Weronika. Moja narzeczona. Chciałem ją przyprowadzić wcześniej, ale jest trochę nieśmiała.

Ups

Henryk wyciągnął rękę.

Jego uścisk był zdecydowany, prawie szorstki.

Bardzo mi miło, Weroniko powiedział i był tam ślad czegoś, czego Weronika nie potrafiła odczytać na pierwszy rzut oka. Złość? Ostrzeżenie? A może coś jeszcze innego?

Weronika starała się ukryć nerwy, gotowa na to, że Henryk lada chwila wszystko wyśpiewa.

Mnie również, panie Henryku podchwyciła ton, próbując wypaść naturalnie. W duszy jednak serce waliło jej jak nigdy dotąd.

Ale nic się nie wydarzyło.

Henryk, nawet coś na kształt uśmiechu wymęczył i sam odsunął jej krzesło przy stole.

Może planuje rozprawić się z nią później?

Ale nie, kolacja przebiegła spokojnie.

I wtedy Weronika zrozumiała nic nie powie. Bo jakby sypnął ją, sypnąłby też siebie przed żoną.

Kiedy się ogarnęła, było już niemal swobodnie. Joanna opowiadała zabawne historie z czasów dzieciństwa Tomka, Henryk niby tylko się przysłuchiwał, czasem dopytywał Weroniki o pracę. On już przecież dobrze wiedział, czym się zajmowała. Jego ironiczne uwagi nie robiły już na niej wielkiego wrażenia. Potrafił też zażartować, a Weronika ku swojemu zaskoczeniu parę razy nawet roześmiała się szczerze. Tylko ich wzajemne aluzje rozumieli tylko oni dwoje.

Na przykład, gdy popatrzył na nią i rzucił:

Wie pani, Weroniko, przypomina mi pani moją dawną… koleżankę. Była bystra i potrafiła zdobyć względy naprawdę różnych ludzi.

Weronika zagrała idealnie:

Talenty są różne, panie Henryku.

A Tomek, jak przystało na zakochanego narzeczonego, patrzył na Weronikę z takim uwielbieniem, że aż żal było na to patrzeć. W głowie już miał ślub, dzieciaków kochał ją na zabój. I to właśnie było najsłodsze i najsmutniejsze jednocześnie.

Potem rozmowa zeszła na podróże i Henryk, patrząc prosto na Weronikę, rzucił:

Osobiście wolę spokojne miejsca, bez zgiełku. Można pomyśleć, poczytać książkę. Mówi pani, że też tak lubi?

Chciał ją złapać na słowie.

Lubię ludzi, gwar, śmiech, wszystko co żywe odpowiedziała, nie dając się złapać choć czasem dodatkowe uszy bywają niebezpieczne.

Przez moment Joanna chyba coś zauważyła, bo marszczyła brwi, ale szybko odgoniła złe myśli.

Henryk wiedział, że Weronika nie szukała ciszy. I wiedział czemu.

Pod koniec wieczora, gdy już się zbierali, Henryk przytulił Tomka.

Uważaj na nią, synu. Jest wyjątkowa.

I zabrzmiało to jak komplement, i jak drwina. Nikt tylko, poza Weroniką, tego nie wychwycił.

Od razu zrobiło się chłodniej. Wyjątkowa. Wow, wybrał to słowo.

***

W nocy, gdy dom pogrążył się w ciszy, Weronika nie mogła zasnąć.

Leżała i rozmyślała, co teraz zrobić z tą całą sytuacją. Wiedziała, że i on, i ona żadne dzisiaj nie śpi. On przez przypadkowe spotkanie, ona przez rozmowę, która wisiała w powietrzu.

Wstała cichutko, narzuciła na domową piżamę swoją szeroką bluzę, zeszła na dół. Specjalnie lekko stukała schodami, tak żeby ci, co nie śpią, usłyszeli. Wyszła na ganek, patrząc w ogród, licząc na to, że Henryk w końcu wyjdzie.

Czekała krótko.

Nie śpisz? zagadnął, podchodząc od tyłu.

Jakoś nie idzie odpowiedziała Weronika.

Czuła ten jego znajomy zapach wody kolońskiej.

Patrzył na nią uważnie.

Czego chcesz od mojego syna, Weronika? w jego głosie nie zostało ani śladu dawnych sentymentów Wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem, ilu takich jak ja miałaś. I wiem, że zawsze chodziło ci o pieniądze. Nie udawałaś nawet, trochę zasłaniając liczbę, ale zawsze mówiłaś jasno. Po co ci Tomek?

Nie chciał wracać do przeszłości ona nie chciała być miła.

Uśmiechnęła się lekko ironicznie:

Ja go kocham, panie Henryku zaśpiewała wręcz nie wolno mi?

Nie był przekonany.

Ty? Kochać? Żartujesz! Dobrze wiem, jaka jesteś. Powiem Tomkowi wszystko. O tym, kim jesteś naprawdę, czym się zajmowałaś. Myślisz, że wtedy z tobą się ożeni?

Weronika podeszła blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Spojrzała mu prosto w oczy. Jakby nie widziała ich już wiele razy.

To mów, panie Henryku przeciągnęła słowa ale wtedy i twoja żona się dowie o naszym małym sekrecie.

To

To nie szantaż. To równowaga. Jeśli puścisz parę o mnie, nie uda ci się przemilczeć, gdzie i w jakich okolicznościach się spotkaliśmy. I co robiliśmy. Uwierz mi, dopowiem szczegóły.

To co innego!

Serio? Swojej żonie też to powiesz?

Henryk zamarł. Próba postraszenia Weroniki nie wypaliła. Zrozumiał, że został zapędzony w kozi róg. Byli we dwoje na tym samym wózku.

Co jej powiesz?

Wszystko. I Tomkowi też. Powiem, jakim jesteś ojcem roku i czemu czasem w pracy zostawałeś po godzinach. Wtedy nie będę miała już czego tracić. Chcesz ratować syna przede mną? Ratuj.

No i miał dylemat.

Przekonać syna do rozstania to praktycznie podpisać swój rozwód.

Nie odważysz się.

Ja? Weronika ledwo się powstrzymała od śmiechu Czyli ty możesz, a ja nie? Nie odezwałabym się, gdybyś też się nie odważył. W końcu to ty masz do stracenia dużo więcej. Joanna docenia wierność.

Zdarzyło się, że będąc pijany, żalił się Weronice, jak żona jest nieskazitelna, a on łajdak. Joanna by mu nie wybaczyła, nigdy. Więc wybór był prosty.

Wiedział, że Weronika nie blefowała.

Dobrze wydusił nic nie powiem. Ty też nic nie mów. Nikt nic nie wie. I zapomnijmy.

No i dlatego Weronika miała to w nosie. To on miał więcej do stracenia.

Jak sobie pan życzy, panie Henryku.

Rano opuścili dom rodziców Tomka. Weronika żegnała się z jego mamą, która już mówiła do niej córciu, pod spojrzeniem pełnym nienawiści przyszłego teścia. A Henrykowi aż powieka drgała.

Męczył się, bo nie mógł ostrzec syna przed podstępnością przyszłej żony, ale się bał. Stracić Joannę to nie tylko rozwód, ale i spora część majątku. Przecież by mu nie odpuściła. No i dzieciak by się obraził…

Przy kolejnym pobycie zatrzymali się u rodziców Tomka na dwa tygodnie.

Czyste wakacje niby.

Henryk unikał Weroniki jak ognia, tłumacząc się ciągłym natłokiem spraw. Ale pewnego dnia, zostawszy sam w domu, nie wytrzymał. Kierowało nim złe, podłe ciekawstwo. Postanowił przeszukać jej rzeczy. A nuż znajdzie coś, czym ją przygwoździ.

Grzebał: kosmetyczka, notes, kalendarz. I nagle jak nie zobaczy biało-niebieski test ciążowy. Z dwiema wyraźnymi kreskami.

Myślałem, że katastrofa to ślub mojego syna z… Nie. To jest katastrofa! jęknął, odkładając test, ale nie zdążył zamknąć torby.

Weronika już go przyłapała.

Grzebanie w cudzych rzeczach? No nieładnie, panie Henryku rzuciła z sarkazmem, ale nie wyglądała na zdziwioną.

Henryk nawet się nie tłumaczył.

Jesteś w ciąży z Tomkiem?

Weronika spokojnie wzięła torbę z jego rąk, popatrzyła na niego i odparła:

Myślę, że popsuł pan niespodziankę.

No i Henryka poniosło. Teraz już wiedział, że ona nie odpuści jego synowi do końca. Teraz, gdyby powiedział prawdę, miałby przekichane. Wszyscy by przegrali. Więc pozostawało już tylko milczeć, choć czuł, że syn pakuje się w pułapkę.

***

Minęło dziewięć miesięcy i jeszcze pół roku.

Tomek z Weroniką wychowywali małą Zosię.

Henryk robił wszystko, by ich nie odwiedzać. Nie oglądać, nie myśleć, nie istnieć w tej rzeczywistości. Nie traktował wnuczki jak swojej. Weronika budziła w nim niepokój. Przerażało go, jak obojętnie traktowała Tomka i jej ciemna przeszłość.

I znowu nadszedł ten czas.

Joanna wybierała się do Tomka i Weroniki w odwiedziny.

Heniek, jedziesz ze mną?

Nie, głowa mi pęka.

Znowu? To już chyba coś poważnego.

Nie, no mówię ci, po prostu jestem przemęczony. Jedź sama.

Henryk, jak zawsze, udawał niedyspozycję: migrena, przeziębienie, uszy, nogi, jakieś wymówki zawsze miał. Nawet połknął dla przekonania dwie tabletki. Nie miał siły znosić obecności Weroniki. Ale i powiedzieć prawdy nie mógł.

Spędzał wieczór snując się po domu. Czytał, leżał, gapił się w sufit.

Aż zauważył, że Joanna długo nie wraca. Już jedenasta, a żony nie ma. Telefon milczy. W nerwach dzwoni do Tomka.

Tomek, wszystko tam okej? Joanny już nie ma?

Tata, to ostatnia osoba, z którą mam ochotę rozmawiać odciął się chłodno i się rozłączył.

Henryk już prawie jechał do syna, gdy pod domem zaparkowało auto. Weronika. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał i omal nie dostał zawału, gdy ją zobaczył.

Co ty tu robisz? Co się stało? zapytał drżącym głosem.

Weronika wyglądała na totalnie spokojną. Zalała sobie lampkę czerwonego, usiadła wygodnie.

Sytuacja się wywróciła.

Jaka sytuacja?

Nasza wspólna. Tomek na stronie jakiejś kawiarni znalazł nasze stare zdjęcia. Z imprezy w Oazie, pamiętasz? Tomek chciał tam zamówić kolację na rocznicę, przewijał zdjęcia… i bum, my w kadrze. Fotograf oczywiście wszystko wrzucił, genialnie. Teraz Tomek szaleje, Joanna chce rozwodu. A i tak po twojej myśli, bo ja też chyba będę się rozwodzić z twoim synem.

Henryk usiadł bezwładnie. Przed oczami przeleciały mu wszystkie wydarzenia z tamtej imprezy, z tego wieczoru, ze zdjęciami… przecież prosił, żeby nas nie robili! Ale kto by pomyślał, że los się tak ułoży.

Po co do mnie przyjechałaś?

Chciałam sobie uciec na jeden wieczór uśmiechnęła się Weronika W domu chaos. Zosia z nianią. Wina?

Podała mu butelkę.

Siedzieli obok siebie na tarasie, sącząc czerwone. Tylko cykady słychać było w ogrodzie jedyna wspólna przestrzeń.

To wszystko przez ciebie westchnął Henryk.

Weronika skinęła głową, nie patrząc na niego.

Prawda.

Jesteś nie do zniesienia.

Taka już jestem.

Nawet ci nie żal Tomka.

Żal. Ale siebie też.

Ty kochasz tylko siebie.

Nie będę się kłócić.

Nagle złapał ją lekko za brodę i uniósł twarz.

Dobrze wiesz, że nigdy cię nie kochałem szepnął.

Nawet nie próbujesz mnie przekonać.

***

Rano, kiedy Joanna jednak wróciła, gotowa wybaczać mężowi wszystko, choćby miał ją to kosztować pół zdrowia, zobaczyła w salonie Weronikę z Henrykiem. Spali na kanapie, oboje wykończeni.

Kto tam? zerknęła Weronika, zaspana.

Ja odpowiedziała Joanna, obserwując, jak wali się jej świat.

Weronika spojrzała na nią, uśmiechnęła się beznamiętnie. Henryk obudził się chwilę później, ale za żoną nie wybiegłJoanna stała w drzwiach jak sparaliżowana, ich twarze wyblakłe w świcie. Cisza wypełniła pokój, dłuższa niżby się chciało. Weronika, przeciągając się leniwie, zdjęła koc z ramion i spojrzała wprost na Joannę z żalem, a może współczuciem, którego brzmienia nie rozpoznałby nikt, kto jej nie znał.

Henryk przekręcił wzrok w okno, unikając pytania.

Joanna powoli usiadła naprzeciwko, na brzegu fotela, odsunęła włosy z czoła.

Tak długo czekałam, aż ktoś powie mi prawdę wyszeptała wreszcie. A wyście wszyscy tylko milczeli.

Weronika skinęła głową.

Niektóre prawdy są jak trucizna, pani Joanno. Dają ulgę dopiero, kiedy jest już wszystko spalone.

Joanna zamknęła oczy na chwilę, a potem wstała. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, choć oczy były mokre.

No to koniec farsy powiedziała cicho. Dziękuję.

Nie patrzyła ani na Weronikę, ani na Henryka, kiedy sięgała po torebkę i kurtkę, ruszając do drzwi. Ale zanim wyszła, odwróciła się jeszcze, ostatni raz.

Każdego waszego sekretu było za dużo. Szkoda tylko, że Zosia nie zasłużyła na to wszystko.

Zamknęła za sobą drzwi, zostawiając ciszę cięższą niż kiedykolwiek przedtem.

Weronika spojrzała na Henryka, wyprostowała plecy, gotowa do wyjścia.

Co teraz? zapytał półgłosem, jakby jeszcze wierzył, że można coś naprawić.

Weronika uśmiechnęła się lekko, w tej chwili pierwszy raz naprawdę zmęczona.

Teraz? Teraz, panie Henryku, czas żyć z tym, cośmy zrobili. I niech każdy dźwiga swój ogon, jak umie.

Wstała, zabrała swoje rzeczy i wyszła w promienie nowego dnia, spokojna, nawet jeżeli przed nią był tylko nieznany świat.

Henryk został sam w pustym salonie przez moment chciał krzyczeć, ale tylko westchnął. Uświadomił sobie, że cisza, którą tak pragnął, teraz nagle stała się nie do zniesienia.

A za oknem zupełnie jakby nigdy nic zaczęły śpiewać pierwsze ptaki, a światło delikatnie rozpraszało wszystkie cienie tej zbyt prawdziwej nocy.

Rate article
Fajna Tajna
Żona i teść Karina tylko udawała, że chce poznać rodziców Wadka. Po co miałaby im się przypodobywać? Przecież nie zamierza z nimi zamieszkać, a ojciec Wadka, choć ponoć majętny, nie zwiastuje nic poza kłopotami i podejrzliwością. Ale jeśli już zaczęła grać tę rolę, trzeba było ciągnąć do końca, skoro planuje ślub. Karina ubrała się skromnie, by wyglądać na sympatyczną i niewyróżniającą się dziewczynę. Spotkanie z rodzicami narzeczonego – zawsze pełne niewidocznych pułapek, a z inteligentnymi rodzicami – to już prawdziwy test charakteru. Wadek próbował ją pocieszać: – Spokojnie, Karina, nie stresuj się. Tata jest raczej ponury, ale da się dogadać. Nie zrobią ci żadnej przykrości. Nawet cię polubią. Tata, wiadomo, dziwak, ale mama dusza towarzystwa – zapewniał, gdy stali już pod domem rodziców. Karina tylko się uśmiechnęła, odgarniając z ramienia pasmo włosów. No ładnie – tata ponury, mama dusza towarzystwa. Ciekawe połączenie. Dom nie zrobił na niej wrażenia. Bywała w znacznie bogatszych willach. Przywitali ich od razu. Karina nie denerwowała się szczególnie. Czego tu się bać? Ludzie jak ludzie. Nina – jak twierdził Wadek – od lat na emeryturze, nigdy porządnie nie pracowała, za to lubi podróże z przyjaciółkami. Ojciec – pan Walerian, nie jest specjalnie wylewny, ale przynajmniej nie jest gadułą. Imię wydało się jej znajome… I wtedy ich spotkała. Karina zamarła, nie przekraczając progu. To koniec… Przyszła teściowa była jej obca, ale teścia rozpoznała od razu. Już kiedyś się spotkali. Trzy lata temu. Rzadko, lecz bardzo konkretnie: w barach, hotelach, restauracjach. Oczywiście, ani żona Waleriana, ani jego syn nie mieli o tym pojęcia. No to pięknie. Walerian również ją poznał. W jego oczach pojawił się błysk – szok, zdumienie, a może coś bardziej złowieszczego. Milczał. Wadek, niczego nieświadomy, radośnie przedstawił ją rodzicom. – Mamo, tato, poznajcie Karinę. Moją narzeczoną. Gdyby nie była taka nieśmiała, przyprowadziłbym ją wcześniej. No to się zaczyna… Walerian wyciągnął rękę. Uścisk miał mocny, niemal szorstki. – Bardzo miło mi cię poznać, Karino – powiedział z ledwie wyczuwalną nutą… czegoś, czego Karina nie potrafiła określić. Gniewu? Ostrzeżenia? Karina próbowała odegrać swoją rolę, łapiąc powiew adrenaliny, spodziewała się, że Walerian zaraz ją zdemaskuje. – Mi również bardzo miło, panie Walerianie – podchwyciła spokojnie, nie chcąc zdradzić się od razu. Ale… nic się nie stało. Walerian wykrzesał z siebie coś na kształt uśmiechu i sam przysunął jej krzesło do stołu. Może poczeka z kompromitacją na później. Ale nic się nie wydarzyło. Karina zrozumiała – on nie powie. Bo gdyby ją zdemaskował, sam by się pogrążył przed żoną. Wtedy już była spokojniejsza. Nina opowiadała rodzinne anegdoty, a Walerian wsłuchiwał się w jej opowieści o pracy. Cóż, wiedział o niej znacznie więcej, niż cała reszta. Jego ironiczne uwagi nie robiły już na niej wrażenia. Nawet zdarzyło mu się zażartować, a Karina – zaskakująco – się zaśmiała. Jednak wyłapała subtelne aluzje, zrozumiałe tylko dla nich dwojga. Na przykład wtedy, kiedy powiedział patrząc jej w oczy: – Wie pani, Karino, przypomina mi pani pewną moją byłą… koleżankę. Była bardzo bystra. Umiała z każdym znaleźć wspólny język. Karina nie dała się zbić z tropu: – Ludzie mają różne talenty, panie Walerianie. Wadek, zakochany po uszy, nawet nie zauważył tych podtekstów. Kochał ją szczerze. I to było najważniejsze. A raczej – najbardziej bolesne. Dla niego. Później, gdy rozmowa zeszła na podróże, Walerian powiedział, patrząc znacząco na Karinę: – Lubię odosobnione miejsca, bez zgiełku. Tam można pomyśleć i poczytać książkę. A pani, Karino, jakie miejsca wybiera? Próba wyprowadzenia z równowagi. – Lubię, jak wokół jest gwarno i wesoło – odpowiedziała, nie dając się sprowokować. – Choć czasem zbyt wiele uszu może być groźne. Nina zdawała się coś wyczuć, choć próbowała odegnać złe myśli. Walerian wiedział, że Karina nie jest osobą szukającą samotności. I wiedział dlaczego. Pod wieczór, gdy wychodzili do swoich pokojów, Walerian objął Wadeka. – Synu, dbaj o nią. Jest… wyjątkowa. Brzmiało to i jak komplement, i jak ironia. Ale tylko Karina dostrzegła ten przekąs. Nagła cisza i chłód w pomieszczeniu. „Wyjątkowa.” Bardzo celne słowo. *** Karina nie spała tej nocy. Przewracała się, myśląc, jak żyć z odkrytym nagle sekretem. Przeczucie miała paskudne. Domyślała się, że Walerian również nie śpi. On przez przypadkowe spotkanie, ona przez nieuniknioną rozmowę. Wstała po cichu, narzuciła domową bluzę na koszulkę i szorty, i wyszła na werandę. Szła tak, by ci, którzy nie śpią, usłyszeli jej kroki. Nie czekała długo. – Nie możesz spać? – usłyszała, gdy Walerian podszedł zza pleców. – Jakoś sen nie przychodzi – odparła. Poczuła znajomy zapach jego perfum. Walerian uważnie ją obserwował. – Czego ty chcesz od mojego syna, Karino? – spoważniał. – Znam twoje możliwości. Wiem, ilu takich jak ja przewinęło się przez twoje życie. Wiem, że zawsze chodziło ci o pieniądze. Nawet nie udawałaś, że jest inaczej. Po co ci Wadek? Skoro nie chce wspominać przeszłości, ona nie zamierza być miła. Wyszczerzyła się ironicznie. – Kocham go, panie Walerianie – zanuciła słodko. – Czemu nie mogłabym? Nie przekonała go. – Kochać? Ty? To śmieszne. Znam cię na wylot. Powiem Wadkowi wszystko. O tym, kim jesteś naprawdę, czym się zajmowałaś. Myślisz, że po tym się z tobą ożeni? Karina podeszła bliżej, na odległość ramienia. Nachyliła głowę, patrząc mu w oczy. Jakby nie zdążyła się napatrzeć… – Opowiadaj, panie Walerianie – przeciągnęła słowa. – Ale wtedy żonie też opiszę nasz mały sekret. – To… – Żaden szantaż. Po prostu wzajemność. Jeśli chcesz wszystkim opowiedzieć, jak się poznaliśmy, nie uda ci się zataić, czym się wtedy zajmowaliśmy. Uwierz mi, dopowiem resztę. – To przecież co innego… – Naprawdę? Żonie też tak odpowiesz? Walerian oniemiał. Próbował ją nastraszyć, ale to on został zapędzony w kozi róg. Oboje znaleźli się w tej samej pułapce. – Co powiesz żonie? – Nie tylko jej. Opowiem wszystkim. I Wadkowi. Dowie się, jakim jesteś mężem i na jakiej „delegacji” bywałeś. Nie będę miała nic do stracenia. Chcesz ratować syna? Śmiało. Trudny wybór. Zniechęcić syna do ślubu – podpisać wyrok na własne małżeństwo. – Nie odważysz się. – Ja się nie odważę? – Karinie zrobiło się nawet zabawnie. – Nie odważę się, jeśli ty też nie odważysz się wyjawić moich „materialistycznych” motywów, gdy masz taki brud za paznokciami. A Nina tak ceni wierność… Kiedyś, pijany, wyznał Karinie, że nie jest wierny, a jego żona jest cudowna i oddana. Nina nie wybaczyłaby NIGDY. Musi wybierać. Wiedział, że Karina nie blefuje. – Dobrze – wycedził. – Nikomu nic nie powiem. Ty też milcz. Zapomnijmy, co było. I dlatego Karina spała spokojnie. On miał do stracenia więcej. – Jak pan woli, panie Walerianie. Następnego dnia opuścili dom rodziców Wadeka. Pod nienawistnym spojrzeniem teścia Karina pożegnała się z żoną Waleriana, którą już nazywała „córką”. Walerian niemal dostał tiki. Był przygnębiony, bo nie mógł ostrzec syna przed chytrą narzeczoną, nie ryzykując wszystkim. Bez Niny straciłby nie tylko żonę, ale i dużą część majątku. No i syn pewnie też nigdy mu by nie wybaczył… Niedługo później Wadek i Karina spędzili u jego rodziców dwa tygodnie. Wakacje rozkręcone na maxa. Walerian unikał Karyny jak ognia, wymyślając rzekome sprawy służbowe. Aż pewnego razu, gdy był sam w domu, zżerała go wściekła ciekawość. Zajrzał do jej torby. Przeglądał kosmetyczkę, terminarz, notatnik. Po chwili wzrok padł na biało-niebieski test ciążowy. Dwie grube kreski. – Myślałem, że katastrofą jest ślub mojego syna z… Ale to dopiero katastrofa! – Ledwo odłożył test, do pokoju weszła Karina. – Och, jak nieładnie grzebać w cudzych rzeczach – skomentowała z przekąsem, choć nie wyglądała na zaniepokojoną. Walerian nie zaprzeczał. – Jesteś w ciąży z Wadkiem? Karina podeszła, zabrała mu torbę z ręki, spojrzała uważnie i powiedziała: – Cóż, popsuł pan niespodziankę, panie Walerianie. Walerian zbladł ze złości. Teraz Karina już na pewno nie odpuści jego syna. A jeśli zacznie mówić, wszyscy będą spaleni. Pozostało tylko milczeć. Tak trudno znosić milczenie, widząc, w jakie sidła pakuje się syn. *** Minęło dziewięć miesięcy… i pół roku więcej. Wadek i Karina wychowywali małą Alicję. Walerian unikał odwiedzin. Nie mógł spoglądać na Karinę. Przerażała go. Przerażała obojętność, z jaką traktowała Wadeka, i jej mroczna przeszłość. I znów. Nina wybrała się w odwiedziny do Wadeka i Karyny. – Walek, jedziesz ze mną? – Nie, boli mnie głowa. – Znowu? To już niepokojące. – Zmęczony jestem, jedź sama. Walerian przybrał klasyczny arsenał – migrena, przeziębienie, zapalenie uszu, słabe nogi. Zawsze znajduje wymówkę. Nawet łyknął kilka tabletek, dla pewności. Nie mógł patrzeć na Karinę, ale nie mógł też powiedzieć prawdy. Wieczór dłużył się bez końca. Leżał. Czytał. W końcu uderzyło, że Niny długo nie ma. Godzina jedenasta, a telefony głuche. Wreszcie dzwoni do Wadeka. – Wadzio, wszystko ok? Nina już wyjechała? – Tato, jesteś ostatnią osobą, z którą chcę teraz rozmawiać. I się rozłączył… Walerian już miał ruszać do syna, gdy na podjeździe zatrzymał się samochód. Auto Karyny. Przeszedł go dreszcz. Co tu się dzieje? – Co cię tu przywiało?? Mów! – potrząsnął nią. – Co się stało? Karina wyglądała na zupełnie spokojną. Nalała sobie wina, wypiła, usiadła wygodnie. – Katastrofa. – Jaka katastrofa? – Nasza. Wspólna. Wadek znalazł na stronie jakiejś knajpy nasze zdjęcia sprzed czterech lat. Z imprezy w „Oazisie”, pamiętasz? Jechał zamówić tam coś na rocznicę… a tam my. Cała fotorelacja. Fotograf, psiakość. Wadek jest w szał. Twoja Nina mówi, że chce rozwodu. Ja, jak chciałeś, chyba też rozwodzę się z twoim synem. Walerian zamarł. W głowie przeleciał mu cały ciąg wydarzeń. To zdjęcia, ta impreza… Przeczuwał, że się to źle skończy, przecież prosił, by nie robić zdjęć… Ale kto mógł przypuszczać, że wszystko się sypnie?! Osiadł miękko na podłodze. – Po co tu przyjechałaś? – Musiałam zniknąć na wieczór – uśmiechnęła się Karina. – W domu chaos. Alicja z nianią. Chcesz wina? Podała mu jego ulubione. Siedzieli na werandzie, milcząc. Tylko cykady zakłócały ciszę. – Przez ciebie to wszystko – wyrzucił Walerian. Karina skinęła głową, nie odrywając wzroku od kieliszka. – Wiem. – Jesteś nie do zniesienia. – Cóż, taka już jestem. – Nawet ci nie żal Wadeka. – Trochę żal, ale siebie bardziej. – Kochasz tylko siebie. – Nie zaprzeczam. Nagle przyciągnął ją bliżej, ujął za brodę, spojrzał w oczy. – Wiesz dobrze, że nigdy cię nie kochałem – wyszeptał. – Wierzę na słowo. *** Rano, gdy Nina jednak postanowiła się pogodzić, choćby kosztem połowy nerwów, zastała Karinę i Waleriana razem. Dopiero co przebudzonych. – Kto tam? – podniosła się Karina. – Ja – odezwała się Nina, patrząc, jak jej życie się rozpada. Karina tylko uśmiechnęła się pobłażliwie. Walerian ocknął się później, ale za żoną nie wybiegł.