— Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka zirytowana patrzyła na Temka, który niezdarnie podskakiwał jej pod nogami. Jak to się stało, że natrafili akurat na takiego gagatka? Tak długo myśleli, wybierali rasę, pytali kynologów o rady. Świadomi, jaka to odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego – miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon: trzy w jednym. Tylko że tego obrońcę to jeszcze przed kotami trzeba chronić… – Przecież on jeszcze mały. Poczekaj, zobaczysz jak dorośnie. – Taak… Nie mogę się już doczekać, jak ten koń wyrośnie. Zauważyłeś, że on je więcej niż my razem? Jak my go wyżywimy? Przestań tupać, głąbie, bo dziecko obudzisz! – zrzędziła Nastka, zbierając buty, które Temek rozrzucił. Mieszkali na warszawskim Żoliborzu, na parterze starej kamienicy z lat 50., z oknami niemal zrastającymi się z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jeden mankament. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się panowie na pogawędki, czasem zdarzały się burdy. Prawie cały dzień Nastka była sama w domu, z nowo narodzoną Kamilką. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Oko znawcy sztuki, jak śmiała się Nastka – sokoli wzrok, potrafił wyłowić skarb z tony rupieci: dzieło sztuki, rzadką książkę czy domowy bibelot. Był zapalonym kolekcjonerem. I jakoś tak się złożyło, że w mieszkaniu zebrała się już niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych pyszniły się talerze ćmielowskiej porcelany, socrealistyczne figurki i przedwojenne srebro… Nastkę niepokoiła ta fortuna oraz samotność z dzieckiem w takim miejscu, szczególnie że włamania zdarzały się nierzadko. – Nastka, jak myślisz, kiedy z Temkiem najlepiej wyjść? Teraz czy po obiedzie? – Nie wiem. I w ogóle – nie moje (psi) sprawy! Na dźwięk słowa „spacer”, Temek jak szalony pognał do przedpokoju, aż mu się łapy poplątały na zakręcie, porwał smycz i w podskokach wrócił, prawie sięgnął sufitu. Koń, nie pies. Wszystkich kocha, do wszystkich się łasi, wszystkim piłeczkę przynosi – tylko nie gościom, tych pilnuje na progu. Dusza na ramieniu, chłopak jak spod samowara, a wzięli go do obrony! Nawet za podwórkowymi kotami nie gania. Leży z piłeczką pod łapą i marzy o zabawie. No i dostał nieraz po nosie. Koty na ich podwórku to gangusy, takich to na ochroniarza brać! Jutro znowu cały dzień sama – mąż jedzie do Kazimierza na Święto Plenerowe im. Witkacego, a ona co? Pilnować porcelany i wyprowadzać tego puchatego łazia? Kłopotów niewiele miała… Nad ranem mąż po cichu wstał, żeby jej nie obudzić. Ha! Nastka doskonale słyszała gwizd czajnika, brzęk smyczy, jak Maks ucisza Temka, by nie jęczał i nie tupał. Przy tych kojących dźwiękach przysnęła, a gdy wstała z córką, Maksa już nie było. Dzień rozpoczął się jak zwykle. Zwyczajny, spokojny, błogi dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: ach, Nastka, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozpuszcza cię codzienność, mąż, dziecko, kuchnia… Ale czy prozy życia nie można polubić? Nawet jeśli nie wszystkie marzenia się spełniły. Męczyła ją nieobecność Maksa, ciasnota, brak pieniędzy, ta jego kolekcjonerska pasja, na którą szły ostatnie grosze. Teraz jeszcze tego długouchego przyprowadził, a opieka nad nim – na jej głowie. Ale wiedziała, że kochanych kocha się za wszystko. Nikt nie jest doskonały… Z tą myślą poczuła spokój i postanowiła cieszyć się tym, co ma. Siedząc w pokoju dziecięcym, karmiła córkę, która w półśnie przysypiała przy piersi. Nagle zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie poszła otworzyć. Nikogo się nie spodziewała – rano nikt bez telefonu nie przyjeżdża w gości przez całą Warszawę. Cenne przedpołudniowe chwile – cisza w domu, tylko starodawny zegar tyka w przedpokoju, zaś przez lufcik dochodzi znajomy od dzieciństwa szum miasta: jazgot tramwajów, sapanie autobusów, szuranie mioteł po chodniku, dziecięcy gwar… A gdzie ten łobuz z uszami? Jakby dawno się nie pokazywał, ciekawe. Wcale nie jest żaden „długouchy”, uszy ma jak trzeba, tylko taki charakter – łobuz, tyle że poczciwy. Teraz już muszą z nim żyć, karmić, wyprowadzać – i żadnej z niego pożytku. Może lepiej było wziąć jamniczka. Zachwycona patrzyła na córkę, która najedzona jak pijaweczka odpłynęła w sen. Ach, jaka cudowna dziewczynka im się urodziła! „Rośnij, skarbie…” – szeptała Nastka, układając ją do snu. Czego chcieć więcej? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Bezszelestnie zsunęła kapcie i przeszła do salonu. Najpierw zwróciła uwagę na Temka – czaił się za zasłoną oddzielającą przedpokój od pokoju. Polprzyklęknięty na łapach, w napiętej pozycji, z jęzorem na wierzchu wpatrywał się w głąb pokoju. Nastka podążyła za jego spojrzeniem i zamarła: w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa człowieka. Bandziorska, ogolona głowa, ręce i ramiona już w środku – wyraźnie próbował wcisnąć żylaste ciało do mieszkania. Nastka miała wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Co robić?! Krzyknąć? Złodziej już prawie w środku! Jeszcze chwila… Nagle usłyszała wrzask. Czarny cień skoczył na okno – aż nie od razu poznała Temka. Wskoczył na parapet i złapał złodzieja za kark! „Aaaaaaaaa!” – ryknął facet ochrypłym głosem z rozszerzonymi oczami. Nastka wybiegła na klatkę, wołała sąsiadów, dalej już było łatwiej. Ludzie dobiegli, wezwali policję. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, zbliżyła się do rabusia: żeby tylko Temek mu gardła nie przegryzł. Tego by brakowało! Ale pies trzymał go mocno, lecz bez okrucieństwa. Ani kropli krwi. Gdy rabuś próbował się wyrwać – ściskał mocniej, jak obcykał – odpuszczał. Skąd wiedział, jak to najlepiej zrobić? Ten sam łobuz z piłeczką zachował się jak profesjonalista. Zamiast szczekać, ukrył się za zasłoną, poczekał, aż rabuś utknie na dobre w lufciku i wtedy zaatakował – dokładnie, bezpiecznie, żeby zatrzymać, nie skrzywdzić. Jak to śledztwo – zatrzymać, a reszta niech należy do wymiaru sprawiedliwości. Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, by złodziej z taką ulgą dawał się zwinąć. Facet się tak przestraszył, że tylko czekał na kajdanki, a Temek – jakby się bawił w bohatera. Trochę trzeba go było namawiać, żeby puścił, póki nie przyjechał przewodnik – wtedy dopiero odszczeknął złodzieja i usiadł przy oknie, wlepiając wierne ślepia w policjanta: No co, szefie, rozkazy? Mało brakowało, by oddał honory. – Fart z takim psem – westchnął funkcjonariusz, głaszcząc Temka po karku – nam by się taki do dochodzeniówki przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Otwiera drzwi, a tu – zdziwienie! Po pierwsze: Temek rozparty na kanapie (absolutny zakaz, nigdy nie wolno było). Po drugie: leży wyciągnięty na wszystkie łapy w pozycji niemal nieprzyzwoitej, Nastka drapie go po brzuchu, pieści, głaszcze i tylko w pysk nie całuje, mówiąc czule: „Ty moje szczęście, kucyku, maleństwo! Rośnij zdrowo! Ku radości mamy i taty! A jakaż ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już…” Tę historię usłyszałam od samego Maksa na Święcie Witkacego w Kazimierzu. Temek lepiej by opisał: jak tropił, jak brał, jak funkcjonariuszom oddawał. To było dawno, ale ta opowieść wciąż żyje w mojej pamięci… Temek niemal drapie łapą, prosi się na papier – to się dzielę, bo takie historie trzeba opowiadać… Znowu się liże! Maks, zabierz go! — czyli jak rozrabiaka Temek z Żoliborza został bohaterem i uratował Nastkę oraz skarby kolekcjonera przed podstępnym rabusiem!

Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Jolka z irytacją patrzy na Fafika, niezdarnie podskakującego u jej nóg. Jak to się stało, że trafili na takiego gamonia? Tak długo się zastanawiali, wybierali rasę, konsultowali się z hodowcami. Wiedzieli, jaka to odpowiedzialność. W końcu postanowili wziąć owczarka niemieckiego, by mieć wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę takie trzy w jednym, jak szampon. Tylko że tego obrońcę to jeszcze trzeba samemu przed kotami bronić
Przecież on jest jeszcze malutki. Poczekaj, jak podrośnie, zobaczysz.
No tak, czekam z utęsknieniem, aż ten koń wyrośnie. Widziałeś, że on je więcej niż my oboje razem?! Jak my go wykarmimy? Przestań tupać, durniu, bo dziecko obudzisz! marudziła Jolka, zbierając buty porozrzucane przez Fafika.

Mieszkali na Woli, na parterze przedwojennej kamienicy o niskich, prawie wrośniętych w asfalt oknach. Miejsce super, gdyby nie jedno ale. Okna mieszkania wychodziły na ślepy, ciemny zakątek podwórka, gdzie wieczorem przemykały cienie, starsi panowie siadali na ławkach na pogaduszki, a czasem wybuchały kłótnie.

Prawie cały dzień Jolka była w domu sama, z nowo narodzoną Hanią. Michał od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na pchlich targach i w antykwariatach. Jego wprawne oko historyka sztuki oko-sokole, jak żartowała Jolka wyławiało z masy prawdziwe perełki: obrazy, rzadkie książki i różne domowe bibeloty. Michał był zapalonym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie w mieszkaniu uzbierała się całkiem niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych stały talerze Ćmielowskiej porcelany, figurki z czasów PRL i srebrne sztućce z początku XX wieku… Jolkę niepokoiło zostawanie samej z tym majątkiem i maleńką córeczką, zwłaszcza że kradzieże w kamienicy nie były rzadkością.

Jolka, kiedy pójść z Fafikiem na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem. I w ogóle to nie moje psie sprawy!

Na słowo spacer Fafik, jak opętany, pognał do przedpokoju aż się na zakręcie wywrócił chwycił smycz, wrócił i podskakiwał aż pod sufit. No koń, nie pies. Kocha wszystkich, każdego wita, każdemu przynosi piłkę, ale jak gość to do drzwi nie podejdzie. Ot, otwarta dusza, chłopak jak z obrazka, ale przecież wzięli go do obrony! A on nawet za kotami z podwórka nie biega. Leci z piłką, cały szczęśliwy, myśli, że zaraz się z kotem pobawi. Dostał już kilka razy po pysku. Koty u nich na podwórku to dopiero twardziele takie to by się na obrońcę nadawało Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na Dni Leśmiana, a ona co? Ma pilnować porcelany i wyprowadzać tego gapowatego? Tylko tego jej brakowało…

Nad ranem Michał wstał po cichu, żeby nie zbudzić żony. Jak mu się to udało? Jolka już słyszała, jak czajnik szumi w kuchni, zagrzechotała smycz, a Michał syczał na Fafika, żeby nie marudził i nie tupał. Przy tych swojskich dźwiękach zasnęła na chwilę, a gdy córka ją obudziła, Michała już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Spokojna, prosta codzienność czyż to nie szczęście? Koleżanki dziwiły się: Jolko, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między mężem a dzieckiem, cały dzień przy garach, wciągnęła cię codzienność… Ale czy w codzienności mało uroku? I co z tego, że nie wszystko poszło po myśli. Przeszkadzały częste nieobecności męża, ciasnota, oszczędzanie na wszystkim. I ta jego pasja, która pożerała tyle pieniędzy… Teraz przyprowadził jeszcze przyjaciela z uszami, a Jolka musi się nim zajmować. Ale wiedziała: ukochanych trzeba kochać i z zaletami, i z wadami. Nikt ci nie obiecał ideału Pojąwszy tę prostą prawdę, Jolka uspokoiła się i postanowiła cieszyć się tym, co jest, nie żałować tego, czego nie ma.

Siedziała w pokoju dziecięcym, karmiła córkę, która, najedzona jak pijawka, zasypiała przy piersi, więc trzeba było odczekać, aż znów się przebudzi i zacznie ssać. Zadzwonił dzwonek do drzwi, ale Jolka nie otworzyła. Nie spodziewa się nikogo bez zapowiedzi nikt przez całą Warszawę przyjeżdżać nie będzie. Uwielbia te poranne chwile! W domu cisza, tylko stare zegary w korytarzu tykają, a przez uchylone okno słychać znane od dzieciństwa dźwięki miasta: szum tramwajów, pomruki autobusów, dźwięk miotły na chodniku, dziecięce głosy A gdzie ten gamoń? Już dawno się nie pokazywał, dziwne nawet. Oczywiście Fafik to wcale nie gamoń, uszy ma jak trzeba, sterczące, tylko z charakteru taki. Fajtłapa, ot co. Żyjesz teraz z nim, karmisz, wyprowadzasz a pożytku zero. Lepiej by było wziąć maltańczyka.

Zapatrzyła się na córeczkę, która najedzona odpadła od piersi. Ach, jaka z niej śliczna dziewuszka! Złotko moje, szeptała Jolka, układając ją w łóżeczku. Rośnij nam na zdrowie co nam więcej potrzeba?

I wtedy z salonu dobiegł jakiś dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Jolka nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Zatrzymała oddech, zdjęła kapcie i po cichu wysunęła się do dużego pokoju. Pierwsze, co ją zaniepokoiło, to sylwetka Fafika. Jakby się chował za zasłoną oddzielającą przedpokój od dużego pokoju, skulony, napięty, z językiem na wierzchu gapił się w głąb pokoju. Jolka podążyła wzrokiem i zamarła: w oknie, a właściwie w lufciku, tkwiła połowa mężczyzny. Typowo bandycka, ogolona pała, ręce i ramiona już w pokoju, dysząc i sapiąc, próbował się wcisnąć do środka. Jolka nie mogła uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. To się nie dzieje naprawdę! Co robić?! Krzyknąć? Ten facet już prawie w domu! Jeszcze chwila i…

Drgnęła od wrzasku. Czarny cień rzucił się na okno dopiero po chwili zrozumiała, że to Fafik. Wskoczył na parapet i złapał złodzieja za szyję! Aaa!!! wrzasnął facet niskim, ochrypłym głosem, gały o mało nie wypadły mu z orbit. Jolka wyskoczyła na klatkę, zawołała sąsiadów, i potem było już mniej strasznie. Ludzie się zbiegli, zadzwonili po policję. Wszyscy pomagali jak mogli, ale ich obecność była najważniejsza. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, Jolka podeszła do mężczyzny byleby Fafik mu nie przegryzł gardła! Tego by jeszcze brakowało! Ale Fafik, mądry pies, trzymał go z boku, za kołnierz, mocno, ale ostrożnie. Ani kropelki krwi! Kiedy tylko złodziej szarpnął się, próbując się wyrwać, pies ściskał mocniej. Gdy mężczyzna znów sztywniał, Fafik lekko luzował chwyt. Skąd on to wiedział? Ten psiak z piłką zachował się jak profesjonalista. Usłyszał hałas, sprawdził sytuację, ale nie szczekał czemu? Przecież to byłby odruch. Zamiast tego zrobił zasadzkę za zasłoną, pozwolił złodziejowi wejść do połowy, wtedy się go uczepił i trzymał fachowym chwytem: nie dusić, nie kaleczyć. Jak to mówią, zatrzymać trzeba, a resztą niech się zajmie sąd.

Nawet starzy funkcjonariusze policji nie pamiętali podobnego przypadku, żeby złodziej tak się cieszył z aresztowania. Facet ledwo żył ze strachu w Fafikowych zębach i z największą ulgą poddał się policji. Pies za to pokazał, jak bardzo jest dumny ze swojego wyczynu tak bardzo, że aż trzeba było go prosić, by puścił, zanim przyjechał funkcjonariusz z psem służbowym. Padła komenda Fafik rozluźnił szczęki! Wypuścił mężczyznę i usiadł przy oknie, patrząc wiernie na oficera, jakby pytał: Wydawajcie rozkazy, jestem gotów! Do pełni szczęścia brakowało tylko, żeby zasalutował.

Szczęście pani ma z tym psem oficer poklepał Fafika z uznaniem po karku i westchnął: przydałby się taki w dziale kryminalnym…

Michał wrócił późnym wieczorem. Delikatnie otworzył drzwi i zamarł ze zdziwienia. Było czemu się dziwić. Po pierwsze: Fafik wylegiwał się na kanapie, co zawsze było surowo zabronione. Po drugie: leżał rozwalony na wszystkie łapy, w iście bezczelnej pozie, a Jolka drapała go po brzuchu, głaskała, pieściła i tylko w pysk nie całowała, mówiąc: Radość ty moja, kochany źrebaczku, rośnij zdrowo! Ku radości taty i mamy! Jak ja cię niesprawiedliwie traktowałam, wybacz

Tę historię opowiedział mi kiedyś sam Michał na jednym z Dni Leśmiana. Fafik opowiedziałby lepiej: jak tropił, jak szarpał, jak przekazywał policji. Dawno to było, ale ta historia żyje w pamięci, jakby Fafik drapał łapą, by wpuścić go na papier. Więc dzielę się z WamiOd tamtej pory każdy na podwórku znał Fafika. Panowie na ławkach podnosili czapki, dzieci przynosiły mu smakołyki, a koty omijały go szerokim łukiem, przynajmniej przez jakiś czas. Jolka, gdy opowiadała sąsiadkom całą przygodę, kręciła głową i śmiała się serdecznie z własnych dawnych żalów, a Michał z dumą kładł rękę na ramieniu swojego psiego bohatera.

Wieczorami, kiedy Hania spała, a Jolka z Michałem przysuwali się do siebie na kanapie, Fafik cichutko podchodził, kładł głowę na ich kolanach i mrugał znacząco. Bo przecież czego więcej potrzeba do szczęścia, niż dom pełen czułości, kilka najdroższych osób i pies, który każdego dnia skłania domowników, by po prostu bardziej sobie ufać. Od tej pory Jolka już nigdy nie nazwała go gamoniem na zawsze pozostanie ich przyjacielem, obrońcą i codziennym powodem do uśmiechu.

I tak kolejne dni płynęły spokojnie, a Fafik pilnował już nie tylko porcelany i obrazów, ale także tego niewidzialnego skarbu, który wypełniał ich mieszkanie ciepła, miłości i poczucia bezpieczeństwa. I nawet kiedy wszystko wydawało się zwyczajne, każdy poranek przynosił nowe powody, by być wdzięcznym za swoje własne, nieco szalone, ale piękne życie z psim stróżem u boku.

Rate article
Fajna Tajna
— Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka zirytowana patrzyła na Temka, który niezdarnie podskakiwał jej pod nogami. Jak to się stało, że natrafili akurat na takiego gagatka? Tak długo myśleli, wybierali rasę, pytali kynologów o rady. Świadomi, jaka to odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego – miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon: trzy w jednym. Tylko że tego obrońcę to jeszcze przed kotami trzeba chronić… – Przecież on jeszcze mały. Poczekaj, zobaczysz jak dorośnie. – Taak… Nie mogę się już doczekać, jak ten koń wyrośnie. Zauważyłeś, że on je więcej niż my razem? Jak my go wyżywimy? Przestań tupać, głąbie, bo dziecko obudzisz! – zrzędziła Nastka, zbierając buty, które Temek rozrzucił. Mieszkali na warszawskim Żoliborzu, na parterze starej kamienicy z lat 50., z oknami niemal zrastającymi się z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jeden mankament. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się panowie na pogawędki, czasem zdarzały się burdy. Prawie cały dzień Nastka była sama w domu, z nowo narodzoną Kamilką. Maks od rana pracował w Muzeum Narodowym, wolny czas spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Oko znawcy sztuki, jak śmiała się Nastka – sokoli wzrok, potrafił wyłowić skarb z tony rupieci: dzieło sztuki, rzadką książkę czy domowy bibelot. Był zapalonym kolekcjonerem. I jakoś tak się złożyło, że w mieszkaniu zebrała się już niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych pyszniły się talerze ćmielowskiej porcelany, socrealistyczne figurki i przedwojenne srebro… Nastkę niepokoiła ta fortuna oraz samotność z dzieckiem w takim miejscu, szczególnie że włamania zdarzały się nierzadko. – Nastka, jak myślisz, kiedy z Temkiem najlepiej wyjść? Teraz czy po obiedzie? – Nie wiem. I w ogóle – nie moje (psi) sprawy! Na dźwięk słowa „spacer”, Temek jak szalony pognał do przedpokoju, aż mu się łapy poplątały na zakręcie, porwał smycz i w podskokach wrócił, prawie sięgnął sufitu. Koń, nie pies. Wszystkich kocha, do wszystkich się łasi, wszystkim piłeczkę przynosi – tylko nie gościom, tych pilnuje na progu. Dusza na ramieniu, chłopak jak spod samowara, a wzięli go do obrony! Nawet za podwórkowymi kotami nie gania. Leży z piłeczką pod łapą i marzy o zabawie. No i dostał nieraz po nosie. Koty na ich podwórku to gangusy, takich to na ochroniarza brać! Jutro znowu cały dzień sama – mąż jedzie do Kazimierza na Święto Plenerowe im. Witkacego, a ona co? Pilnować porcelany i wyprowadzać tego puchatego łazia? Kłopotów niewiele miała… Nad ranem mąż po cichu wstał, żeby jej nie obudzić. Ha! Nastka doskonale słyszała gwizd czajnika, brzęk smyczy, jak Maks ucisza Temka, by nie jęczał i nie tupał. Przy tych kojących dźwiękach przysnęła, a gdy wstała z córką, Maksa już nie było. Dzień rozpoczął się jak zwykle. Zwyczajny, spokojny, błogi dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: ach, Nastka, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozpuszcza cię codzienność, mąż, dziecko, kuchnia… Ale czy prozy życia nie można polubić? Nawet jeśli nie wszystkie marzenia się spełniły. Męczyła ją nieobecność Maksa, ciasnota, brak pieniędzy, ta jego kolekcjonerska pasja, na którą szły ostatnie grosze. Teraz jeszcze tego długouchego przyprowadził, a opieka nad nim – na jej głowie. Ale wiedziała, że kochanych kocha się za wszystko. Nikt nie jest doskonały… Z tą myślą poczuła spokój i postanowiła cieszyć się tym, co ma. Siedząc w pokoju dziecięcym, karmiła córkę, która w półśnie przysypiała przy piersi. Nagle zadzwonił dzwonek, ale Nastka nie poszła otworzyć. Nikogo się nie spodziewała – rano nikt bez telefonu nie przyjeżdża w gości przez całą Warszawę. Cenne przedpołudniowe chwile – cisza w domu, tylko starodawny zegar tyka w przedpokoju, zaś przez lufcik dochodzi znajomy od dzieciństwa szum miasta: jazgot tramwajów, sapanie autobusów, szuranie mioteł po chodniku, dziecięcy gwar… A gdzie ten łobuz z uszami? Jakby dawno się nie pokazywał, ciekawe. Wcale nie jest żaden „długouchy”, uszy ma jak trzeba, tylko taki charakter – łobuz, tyle że poczciwy. Teraz już muszą z nim żyć, karmić, wyprowadzać – i żadnej z niego pożytku. Może lepiej było wziąć jamniczka. Zachwycona patrzyła na córkę, która najedzona jak pijaweczka odpłynęła w sen. Ach, jaka cudowna dziewczynka im się urodziła! „Rośnij, skarbie…” – szeptała Nastka, układając ją do snu. Czego chcieć więcej? W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby trzask, jakby pisk. Nastka nastawiła uszu. Trzask się powtórzył. Bezszelestnie zsunęła kapcie i przeszła do salonu. Najpierw zwróciła uwagę na Temka – czaił się za zasłoną oddzielającą przedpokój od pokoju. Polprzyklęknięty na łapach, w napiętej pozycji, z jęzorem na wierzchu wpatrywał się w głąb pokoju. Nastka podążyła za jego spojrzeniem i zamarła: w oknie, a raczej w lufciku, tkwiła połowa człowieka. Bandziorska, ogolona głowa, ręce i ramiona już w środku – wyraźnie próbował wcisnąć żylaste ciało do mieszkania. Nastka miała wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Co robić?! Krzyknąć? Złodziej już prawie w środku! Jeszcze chwila… Nagle usłyszała wrzask. Czarny cień skoczył na okno – aż nie od razu poznała Temka. Wskoczył na parapet i złapał złodzieja za kark! „Aaaaaaaaa!” – ryknął facet ochrypłym głosem z rozszerzonymi oczami. Nastka wybiegła na klatkę, wołała sąsiadów, dalej już było łatwiej. Ludzie dobiegli, wezwali policję. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, zbliżyła się do rabusia: żeby tylko Temek mu gardła nie przegryzł. Tego by brakowało! Ale pies trzymał go mocno, lecz bez okrucieństwa. Ani kropli krwi. Gdy rabuś próbował się wyrwać – ściskał mocniej, jak obcykał – odpuszczał. Skąd wiedział, jak to najlepiej zrobić? Ten sam łobuz z piłeczką zachował się jak profesjonalista. Zamiast szczekać, ukrył się za zasłoną, poczekał, aż rabuś utknie na dobre w lufciku i wtedy zaatakował – dokładnie, bezpiecznie, żeby zatrzymać, nie skrzywdzić. Jak to śledztwo – zatrzymać, a reszta niech należy do wymiaru sprawiedliwości. Nawet doświadczeni policjanci nie pamiętali, by złodziej z taką ulgą dawał się zwinąć. Facet się tak przestraszył, że tylko czekał na kajdanki, a Temek – jakby się bawił w bohatera. Trochę trzeba go było namawiać, żeby puścił, póki nie przyjechał przewodnik – wtedy dopiero odszczeknął złodzieja i usiadł przy oknie, wlepiając wierne ślepia w policjanta: No co, szefie, rozkazy? Mało brakowało, by oddał honory. – Fart z takim psem – westchnął funkcjonariusz, głaszcząc Temka po karku – nam by się taki do dochodzeniówki przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Otwiera drzwi, a tu – zdziwienie! Po pierwsze: Temek rozparty na kanapie (absolutny zakaz, nigdy nie wolno było). Po drugie: leży wyciągnięty na wszystkie łapy w pozycji niemal nieprzyzwoitej, Nastka drapie go po brzuchu, pieści, głaszcze i tylko w pysk nie całuje, mówiąc czule: „Ty moje szczęście, kucyku, maleństwo! Rośnij zdrowo! Ku radości mamy i taty! A jakaż ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się już…” Tę historię usłyszałam od samego Maksa na Święcie Witkacego w Kazimierzu. Temek lepiej by opisał: jak tropił, jak brał, jak funkcjonariuszom oddawał. To było dawno, ale ta opowieść wciąż żyje w mojej pamięci… Temek niemal drapie łapą, prosi się na papier – to się dzielę, bo takie historie trzeba opowiadać… Znowu się liże! Maks, zabierz go! — czyli jak rozrabiaka Temek z Żoliborza został bohaterem i uratował Nastkę oraz skarby kolekcjonera przed podstępnym rabusiem!