Znowu się liże! Maks, zabierz go! — burknęła z irytacją Ania, patrząc na głupawo podrygującego przy nogach Tadka. Jak mogliśmy trafić na takiego fajtłapę? Tyle czasu się zastanawialiśmy, wybieraliśmy rasę, radziliśmy się hodowców. Wiedzieliśmy, że to wielka odpowiedzialność. W końcu zdecydowaliśmy się na owczarka niemieckiego – miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon trzy w jednym! A tego obrońcę samemu przed kotami trzeba ratować… — Przecież on jeszcze mały! Poczekaj, urośnie, zobaczysz. — Ta… Czekam i czekam, aż ten koń w końcu dorośnie. Widziałeś w ogóle, ile on je? Jak my go wykarmimy? I nie tup, cielaku, dziecko obudzisz! — burknęła Ania, zbierając buty, które Tadek rozrzucił po całym przedpokoju. Mieszkali na Alejach Jerozolimskich, na parterze wielkiej, przedwojennej kamienicy, z niskimi oknami prawie na równi z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy, odcięty róg podwórka, gdzie wieczorami snuły się cienie, spotykali się miejscowi, czasem zdarzały się bijatyki. Prawie cały dzień Ania spędzała sama w domu, z nowo narodzoną córeczką Karolinką. Maks od rana był w pracy w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na pchlich targach i w antykwariatach. Doświadczone oko historyka sztuki – oko-szmaragd, jak żartowała Ania – potrafiło wypatrzyć prawdziwe dzieła sztuki, rzadkie książki i ciekawe bibeloty. Maks był zapalonym kolekcjonerem i niepostrzeżenie w mieszkaniu zebrała się niezła kolekcja obrazów, a na regale od babci dumnie stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z PRL-u i srebrna zastawa z początku XX wieku… Ani było nieswojo zostawać samej z tym całym dobytkiem i córeczką, szczególnie że w kamienicy włamania nie były rzadkością. — Aniu, jak myślisz, kiedy lepiej wyjść z Tadkiem na spacer? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem! I to wcale nie moje psie zmartwienia! Na dźwięk magicznego słowa „spacer” Tadek pognał do przedpokoju – ledwo wyrobił na zakręcie – chwycił smycz i przybiegł z powrotem, skacząc pod sufit. Koń, nie pies! Wszystkich kocha, do wszystkich się przytula, każdemu przynosi piłeczkę – tylko goście za próg niech nie wchodzą. Dusza na ramieniu, swojak z sąsiedztwa, a przecież miał być dla ochrony! Nawet za kotami z podwórka nie goni. Biega do nich z piłką, zachwycony, pewny, że zaraz się pobawi. No i dostał już nieraz po pysku. Koty na ich podwórku to twardziele – takich to brać do ochrony! Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na festiwal Levitana, a ona co? Pilnować porcelany i spacerować z tym klapouchym? Nie miała baba kłopotów… Nad ranem mąż wstał cicho, by jej nie budzić. Ale jak? Ania słyszała, jak gwizda czajnik w kuchni, jak dzwoni smycz, jak Maks uciszał Tadka, by nie poszczekiwał i nie tupał. Przysnęła przy tych dźwiękach, a gdy obudziła ją córeczka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Zwyczajny, spokojny, bezpieczny dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki narzekały: ach, Ania, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rwie cię między mężem a córką, cały dzień przy garach, dom cię pochłonął… Ale czy w codzienności nie ma uroku? Choć marzenia nie wszystkie się spełniły. Męczyła ją częsta nieobecność męża, ciasnota, brak pieniędzy. I najważniejsze – jego żarliwa pasja, w której przepadały pieniądze… Teraz jeszcze przyprowadził klapoucha, a zajmować się nim musi ona. Ale wiedziała: trzeba kochać ukochanych razem z ich wadami i zaletami. Nikt ci nie obiecał ideału… Gdy pojęła tę prostą prawdę, uspokoiła się i postanowiła cieszyć z tego, co jest, zamiast narzekać, że czegoś nie ma. Siedziała z córeczką, karmiła ją piersią – mała usypiała przy jedzeniu i trzeba było czekać, aż się zbudzi i zacznie znów ssać. Zadzwonił dzwonek, ale Ania nie otwierała. Kogo ma się spodziewać? Bez zapowiedzi nikt by nie przejechał przez całą Warszawę. Najcenniejsze poranne godziny, jak ona je lubiła! W mieszkaniu cicho, tylko stare zegary w przedpokoju tykają, a za oknem znajomy od dzieciństwa miejski szum: stukot tramwajów, pomruk aut, szuranie miotły po trotuarze, dziecięce głosy… A gdzie klapouchy? Coś dawno się nie pokazywał, aż dziwne. Oczywiście, Tadek to żaden klapouchy – uszy ma piękne, proste, po prostu taki ma charakter! Fajtłapa i tyle. No i żyj teraz z nim, karm, wyprowadzaj, a korzyści zero. Lepsza by była ratlerka. Zapatrzyła się na córeczkę, która, najadłszy się, jak pijawka, odpadła od piersi. Ach, jaka świetna dziewczynka im się trafiła! Moje złotko, szeptała Ania, odkładając córkę. Rośnij… czego nam jeszcze trzeba? I wtedy z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś pomiędzy trzaskiem a piskiem. Ania się wsłuchała. Trzask się powtórzył. Bosymi stopami zakradła się do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – Tadka grzbiet. Chował się za zasłonką oddzielającą przedpokój od dużego pokoju. Naprężony, nieruchomy na czterech łapach, wystawiał język i wpatrywał się w głąb pokoju. Ania podążyła za jego wzrokiem i zamarła: w oknie, a raczej w uchylonym lufciku, tkwiła połowa faceta! Typowa bandycka łysa głowa, ręce i ramiona już były w środku i, sapiąc i stękając, mężczyzna wciskał do mieszkania suche, żylaste ciało. Ania nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. To jakiś absurd! Co robić?! Krzyknąć? Facet już prawie cały w środku! Jeszcze chwila i… Krzyk ją otrzeźwił. Czarny cień rzucił się do okna; dopiero po chwili poznała w nim Tadka. Wskoczył na parapet i chwycił złodzieja zębami za kark! „Aaaaaaaa!” – zawył facet ochrypłym głosem i wytrzeszczył oczy, aż wyskoczyły z orbit. Ania wybiegła na korytarz, wezwała sąsiadów, reszta nie była już taka straszna. Nadbiegli ludzie, zadzwonili po policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć i tak najważniejsza była ich obecność. Co by zrobiła, gdyby była sama? Gdy ochłonęła, podeszła bliżej – żeby Tadek nie przegryzł mu gardła. Tego tylko brakowało! Ale Tadek, mądra bestia, uchwycił bokiem, za kołnierz płaszcza, trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi nie puścił! Tylko gdy złodziej próbował się ruszyć, Tadek zaciskał szczęki. Jak tylko facet się uspokoił – pies odpuszczał. Skąd on to umiał? Ten fajtłapa z piłeczką zachował się jak rasowy pies służbowy. Zamiast szczekać – zrobił zasadzkę za zasłoną, pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby dobrze utknął, a potem zaatakował i trzymał profesjonalnym chwytem. Jak mówią: złapać i przekazać „w ręce sprawiedliwości”. Nawet najstarsi policjanci nie pamiętali, żeby złodziej aż tak się cieszył z zatrzymania. Facet się wystraszył w Tadkowych zębach i radości nie krył, gdy trafił w ręce mundurowych – za to pies nie chciał odpuścić zdobyczy. Tak się wczuł w swoją rolę, tak był dumny, że długo trzeba było go przekonywać, aż w końcu na komendę policyjnego przewodnika Tadek rozluźnił szczęki, wypuścił złodzieja i usiadł przy oknie, wpatrując się z powagą w oficera, jakby czekał na rozkaz. Prawie że nie zasalutował. — Szczęściara z ciebie z takim psem, — stwierdził z podziwem komendant, głaszcząc Tadkowego łebka. — Nam by się taki w dochodzeniówce przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie otworzył drzwi i zamarł ze zdziwienia w progu. A było się czemu dziwić! Po pierwsze: Tadek rozciągnięty na kanapie, na co nigdy nie pozwalali, surowo zabronione. Po drugie: wywaliwszy wszystkie łapy, leżał w najbardziej byczastej, niemal nieprzyzwoitej pozycji, a Ania drapała go po brzuchu, głaskała, całowała w łeb, gadając: „Moja radości, kochany koniku, rośnij zdrowo, dla szczęścia mamy i taty! Jakże ja cię krzywdziłam, nie gniewaj się…” Tę historię usłyszałam na jednym z festynów Levitana z ust samego uczestnika – historyka sztuki. Tadek opowiedziałby to pewnie jeszcze ciekawiej: jak tropił, jak dopadł, jak przekazał funkcjonariuszom. Dawno to było. Ale historia żyła w pamięci, czułam, jak Tadek drapie w drzwi mojej wyobraźni końską łapą, prosząc się na papier… Więc postanowiłam wam ją opowiedzieć…

Znowu się liże! Maciek, zabierz go!
Celina zirytowana patrzyła na Brunona, który nieporadnie podskakiwał przy jej nogach. Jak to się stało, że trafili na takiego gapcia? Tyle czasu się zastanawiali, wybierali rasę, radzili się hodowców. Wiedzieli, jaka to odpowiedzialność. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego, żeby mieć wiernego przyjaciela, stróża i ochroniarza. Taki pakiet trzy w jednym. Tylko że teraz trzeba tego ochroniarza samemu ratować przed kotami
Przecież on jeszcze szczeniak. Spokojnie, podrośnie, zobaczysz.
Aha, czekam z niecierpliwością, aż ten koń wyrośnie! Zauważyłeś, że je więcej od nas obojga? Jak my go utrzymamy? I nie tup tak, prostaku, obudzisz małą! burknęła Celina, zbierając buty porozrzucane przez Brunona.
Mieszkali na Krakowskim Przedmieściu, na parterze dużej kamienicy z czasów PRL-u, z nisko osadzonymi, prawie wpuszczonymi w chodnik oknami. Miejsce super, gdyby nie jedno ale. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami przemykały cienie, spotykali się faceci na piwo i co jakiś czas dochodziło do bójek.
Większość dnia Celina spędzała sama, z maleńką córeczką Agatką. Maciek od rana pracował w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał grzebiąc na targach staroci i w antykwariatach. Jego wprawne oko historyka sztuki, oko jak laser, jak śmiała się Celina, potrafiło wyszukać wśród sterty rzeczy dziełka niespotykane: stare książki, dzieła sztuki i przedmioty codziennego użytku. Maciek był zapalonym kolekcjonerem. Z czasem w domu zebrała się całkiem imponująca galeria obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych można było podziwiać naczynia z Ćmielowa, figurki z czasów socrealizmu i srebra stołowe z początku XX wieku Celina czuła niepokój zostając sama z dzieckiem wśród tych cennych rzeczy, tym bardziej, że kradzieże w bloku nie należały do rzadkości.
Celina, jak myślisz, kiedy najlepiej wyjść z Brunonem? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem. I w ogóle, co mnie to obchodzi!
Na słowo spacer, Brunon popędził jak szalony do przedpokoju ledwie na zakręcie się utrzymał chwycił smycz i z powrotem podskoczył, niemal sięgając sufitu. No, koń, nie pies. Każdego kocha, do każdego tuli się, każdemu przynosi piłkę, tylko gości nie wpuszcza za próg. Chłopak z sercem na dłoni. Ale przecież miał być ochroną! A on nawet za osiedlowymi kotami nie pogoni. Biegnie do nich z piłką, zadowolony, myśli, że się będą bawić. I nie raz już dostał po nosie. Koty na podwórzu mają więcej charakteru niż niejeden pies. To je powinniśmy trzymać w domu dla bezpieczeństwa… Jutro znów cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na Festiwal Nadwiślański, a jej zostaje pilnowanie porcelany i spacery z tym łobuzem. Jakby mało miała roboty
O świcie Maciek podniósł się cicho, żeby nie budzić żony. Ale gdzie tam! Słyszała, jak gwizda czajnik w kuchni, jak brzęczy smycz, jak Maciek szepcze do Brunona, żeby nie szczekał i nie tupał. Przy tych domowych dźwiękach przysnęła ponownie, a kiedy pobudziła ją Agatka, męża już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Zwyczajny, spokojny dzień. Czy to nie jest szczęście? Przyjaciółki stukały się po głowach: Celina, tak wcześnie za mąż, rozrywasz się między mężem a dzieckiem, ciągle w garach, w domowych obowiązkach po uszy Ale czy nie ma uroku w tym codziennym porządku? Może i nie wszystko wyszło, jak marzyła. Męczyła ją częsta nieobecność męża, za małe mieszkanie, zbyt ciasny budżet. I ta jego pasja, w której przepadają pieniądze Teraz jeszcze przyprowadził tego uszatego przyjaciela, a ona ma z nim najwięcej zachodu. Ale Celina wiedziała: kochanych trzeba kochać razem z ich wadami. Przecież nikt nie obiecywał ideałów I kiedy pojęła tę prostą prawdę, poczuła spokój i zdecydowała, że będzie się cieszyć tym, co ma, a nie zamartwiać tym, czego brak.
Siedziała w pokoiku dziecinnym i karmiła Agatkę, która zasypiała w czasie karmienia i musiała czekać, aż się obudzi, by znów przystawić do piersi. Zadzwonił domofon, ale Celina nie otworzyła. Nikogo się nie spodziewała, a bez uprzedzenia nikt przez pół Warszawy do niej nie przyjedzie. Te poranne, spokojne chwile jak ona je lubi! W domu cicho, tylko stare zegary tykają w korytarzu, za oknem znajomy z dzieciństwa hałas miasta: brzęk tramwajów, parskanie samochodów, szuranie miotły po chodniku, śmiech dzieci A gdzie się podział ten łobuz? Dziwnie długo go nie widać. Oczywiście, Brunon wcale nie jest uszaty, ma uszy jak należy, tylko z charakteru to taki gapcio. Teraz żyj z nim, karm, wyprowadzaj, a pożytku zero. Lepiej by było wziąć jamnika.
Celina zapatrzyła się na córeczkę, która, najadłszy się jak mała pijawka, odpłynęła od piersi. Złotko moje, szeptała, układając Agatkę. Rośnij zdrowo czego nam więcej trzeba?
W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Jakby coś strzeliło, zapiszczało. Celina nastawiła ucha. Znów trzasnęło. Bezszelestnie zdjęła kapcie i ruszyła do salonu. Pierwsze co ją zaniepokoiło, to postawa Brunona. Jakby się ukrywał za zasłoną oddzielającą przedpokój od dużego pokoju. Przykucnięty na wszystkich łapach, w napiętej pozie, z jęzorem na wierzchu, wpatrywał się w głąb pokoju. Celina powiodła wzrokiem tam, gdzie patrzył pies, i zamarła: w oknie, dokładnie w uchylonej lufciku, tkwiła połowa człowieka. Typowa bandycka łysina, ręce i ramiona w środku, i sapanie, próbował wczołgać resztę wysportowanego ciała. Nie wierzyła, że to się naprawdę dzieje. To niemożliwe! Co robić?! Krzyczeć? Mężczyzna już prawie cały w mieszkaniu! Jeszcze sekunda i…
Ocknęła się od krzyku. Czarny cień pomknął w stronę okna dopiero po chwili poznała, że to Brunon. Wskoczył na parapet i pochwycił złodzieja za szyję! Aaaa!!! wrzasnął facet zachrypniętym głosem, oczy mało nie wyskoczyły mu z orbit. Celina wybiegła na klatkę i zaczęła wołać sąsiadów, potem już było mniej strasznie. Ludzie zaraz się zeszli, wezwali policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć więcej mogli swoją obecnością niż czynem. Co by zrobiła sama? Przełamując strach, Celina podeszła bliżej: tylko żeby Brunon nie przegryzł mu gardła! Tego by jeszcze brakowało… Ale pies był mądry, trzymał złodzieja mocno, ale tylko za kołnierz. Ani kropli krwi! Gdy tylko facet próbował się wyrwać, Brunon zaciskał szczęki, kiedy znów się uspokajał pies luzował uchwyt. Skąd on to wszystko wiedział? Ten naiwniak z piłką zachował się jak zawodowiec. Usłyszał hałas, poszedł sprawdzić, ale nie szczekał, choć to byłoby najrozsądniejsze. Zamiast tego urządził zasadzkę za zasłoną, wpuścił złodzieja do połowy, żeby nie zdążył uciec i wtedy zaatakował, przytrzymując go mocno, ale z głową, nie dusząc. Jak to mówią nasze zadanie to zatrzymać, dalej niech się prawo zajmie.
Nawet stare wygi z miejscowego komisariatu nie pamiętali, żeby złodziej tak się cieszył z przyjazdu radiowozu. Facet ledwo trzymał się na nogach, cały drżał, a pies nie dawał za wygraną. Musieli go namawiać, by odpuścił, póki nie przyjechał fachowiec przewodnik psów służbowych. Dał komendę Brunon natychmiast puścił! Odsunął się od okna, usiadł i patrzył oficerowi prosto w oczy, jakby mówił: Do usług!. Brakowało tylko, żeby zasalutował.
Macie szczęście do psa oficer poklepał Brunona po karku z podziwem. Przydałby się taki do działu poszukiwań
Maciek wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie otworzył drzwi i zamarł na progu ze zdziwienia. Było się czemu dziwić. Po pierwsze: Brunon wylegiwał się na kanapie, co było surowo zabronione. Po drugie: rozciągnięty na plecach, wywalony jak pan domu, a Celina drapała go po brzuchu, tuliła, głaskała i tylko w pysk nie całowała, powtarzając: Radości moja, kochany łobuzie, rośnij zdrowy na pociechę mamie i tacie! Ależ ja cię niesprawiedliwie oceniałam, wybacz mi już
O tej historii usłyszałem na jednym z Nadwiślańskich Festiwali od samego historyka sztuki. Brunon pewnie opowiedziałby to jeszcze barwniej: jak tropił, jak dopadł, jak przekazywał złoczyńcę. To było dawno, ale historia żyła we wspomnieniach czułem, jak Brunon drapie łapą w drzwi pamięci i prosi, by spisać jego przygodę. Dzielę się nią z Wami…

Rate article
Fajna Tajna
Znowu się liże! Maks, zabierz go! — burknęła z irytacją Ania, patrząc na głupawo podrygującego przy nogach Tadka. Jak mogliśmy trafić na takiego fajtłapę? Tyle czasu się zastanawialiśmy, wybieraliśmy rasę, radziliśmy się hodowców. Wiedzieliśmy, że to wielka odpowiedzialność. W końcu zdecydowaliśmy się na owczarka niemieckiego – miał być wiernym przyjacielem, stróżem i obrońcą. Jak szampon trzy w jednym! A tego obrońcę samemu przed kotami trzeba ratować… — Przecież on jeszcze mały! Poczekaj, urośnie, zobaczysz. — Ta… Czekam i czekam, aż ten koń w końcu dorośnie. Widziałeś w ogóle, ile on je? Jak my go wykarmimy? I nie tup, cielaku, dziecko obudzisz! — burknęła Ania, zbierając buty, które Tadek rozrzucił po całym przedpokoju. Mieszkali na Alejach Jerozolimskich, na parterze wielkiej, przedwojennej kamienicy, z niskimi oknami prawie na równi z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jedno „ale”. Okna wychodziły na ślepy, odcięty róg podwórka, gdzie wieczorami snuły się cienie, spotykali się miejscowi, czasem zdarzały się bijatyki. Prawie cały dzień Ania spędzała sama w domu, z nowo narodzoną córeczką Karolinką. Maks od rana był w pracy w Muzeum Narodowym, a wolny czas spędzał na pchlich targach i w antykwariatach. Doświadczone oko historyka sztuki – oko-szmaragd, jak żartowała Ania – potrafiło wypatrzyć prawdziwe dzieła sztuki, rzadkie książki i ciekawe bibeloty. Maks był zapalonym kolekcjonerem i niepostrzeżenie w mieszkaniu zebrała się niezła kolekcja obrazów, a na regale od babci dumnie stały porcelanowe talerze z Ćmielowa, figurki z PRL-u i srebrna zastawa z początku XX wieku… Ani było nieswojo zostawać samej z tym całym dobytkiem i córeczką, szczególnie że w kamienicy włamania nie były rzadkością. — Aniu, jak myślisz, kiedy lepiej wyjść z Tadkiem na spacer? Teraz czy po obiedzie? — Nie wiem! I to wcale nie moje psie zmartwienia! Na dźwięk magicznego słowa „spacer” Tadek pognał do przedpokoju – ledwo wyrobił na zakręcie – chwycił smycz i przybiegł z powrotem, skacząc pod sufit. Koń, nie pies! Wszystkich kocha, do wszystkich się przytula, każdemu przynosi piłeczkę – tylko goście za próg niech nie wchodzą. Dusza na ramieniu, swojak z sąsiedztwa, a przecież miał być dla ochrony! Nawet za kotami z podwórka nie goni. Biega do nich z piłką, zachwycony, pewny, że zaraz się pobawi. No i dostał już nieraz po pysku. Koty na ich podwórku to twardziele – takich to brać do ochrony! Jutro znowu cały dzień sama. Mąż jedzie do Kazimierza na festiwal Levitana, a ona co? Pilnować porcelany i spacerować z tym klapouchym? Nie miała baba kłopotów… Nad ranem mąż wstał cicho, by jej nie budzić. Ale jak? Ania słyszała, jak gwizda czajnik w kuchni, jak dzwoni smycz, jak Maks uciszał Tadka, by nie poszczekiwał i nie tupał. Przysnęła przy tych dźwiękach, a gdy obudziła ją córeczka, Maksa już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Zwyczajny, spokojny, bezpieczny dzień. Czy to nie szczęście? Koleżanki narzekały: ach, Ania, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rwie cię między mężem a córką, cały dzień przy garach, dom cię pochłonął… Ale czy w codzienności nie ma uroku? Choć marzenia nie wszystkie się spełniły. Męczyła ją częsta nieobecność męża, ciasnota, brak pieniędzy. I najważniejsze – jego żarliwa pasja, w której przepadały pieniądze… Teraz jeszcze przyprowadził klapoucha, a zajmować się nim musi ona. Ale wiedziała: trzeba kochać ukochanych razem z ich wadami i zaletami. Nikt ci nie obiecał ideału… Gdy pojęła tę prostą prawdę, uspokoiła się i postanowiła cieszyć z tego, co jest, zamiast narzekać, że czegoś nie ma. Siedziała z córeczką, karmiła ją piersią – mała usypiała przy jedzeniu i trzeba było czekać, aż się zbudzi i zacznie znów ssać. Zadzwonił dzwonek, ale Ania nie otwierała. Kogo ma się spodziewać? Bez zapowiedzi nikt by nie przejechał przez całą Warszawę. Najcenniejsze poranne godziny, jak ona je lubiła! W mieszkaniu cicho, tylko stare zegary w przedpokoju tykają, a za oknem znajomy od dzieciństwa miejski szum: stukot tramwajów, pomruk aut, szuranie miotły po trotuarze, dziecięce głosy… A gdzie klapouchy? Coś dawno się nie pokazywał, aż dziwne. Oczywiście, Tadek to żaden klapouchy – uszy ma piękne, proste, po prostu taki ma charakter! Fajtłapa i tyle. No i żyj teraz z nim, karm, wyprowadzaj, a korzyści zero. Lepsza by była ratlerka. Zapatrzyła się na córeczkę, która, najadłszy się, jak pijawka, odpadła od piersi. Ach, jaka świetna dziewczynka im się trafiła! Moje złotko, szeptała Ania, odkładając córkę. Rośnij… czego nam jeszcze trzeba? I wtedy z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś pomiędzy trzaskiem a piskiem. Ania się wsłuchała. Trzask się powtórzył. Bosymi stopami zakradła się do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło – Tadka grzbiet. Chował się za zasłonką oddzielającą przedpokój od dużego pokoju. Naprężony, nieruchomy na czterech łapach, wystawiał język i wpatrywał się w głąb pokoju. Ania podążyła za jego wzrokiem i zamarła: w oknie, a raczej w uchylonym lufciku, tkwiła połowa faceta! Typowa bandycka łysa głowa, ręce i ramiona już były w środku i, sapiąc i stękając, mężczyzna wciskał do mieszkania suche, żylaste ciało. Ania nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. To jakiś absurd! Co robić?! Krzyknąć? Facet już prawie cały w środku! Jeszcze chwila i… Krzyk ją otrzeźwił. Czarny cień rzucił się do okna; dopiero po chwili poznała w nim Tadka. Wskoczył na parapet i chwycił złodzieja zębami za kark! „Aaaaaaaa!” – zawył facet ochrypłym głosem i wytrzeszczył oczy, aż wyskoczyły z orbit. Ania wybiegła na korytarz, wezwała sąsiadów, reszta nie była już taka straszna. Nadbiegli ludzie, zadzwonili po policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć i tak najważniejsza była ich obecność. Co by zrobiła, gdyby była sama? Gdy ochłonęła, podeszła bliżej – żeby Tadek nie przegryzł mu gardła. Tego tylko brakowało! Ale Tadek, mądra bestia, uchwycił bokiem, za kołnierz płaszcza, trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi nie puścił! Tylko gdy złodziej próbował się ruszyć, Tadek zaciskał szczęki. Jak tylko facet się uspokoił – pies odpuszczał. Skąd on to umiał? Ten fajtłapa z piłeczką zachował się jak rasowy pies służbowy. Zamiast szczekać – zrobił zasadzkę za zasłoną, pozwolił włamywaczowi wejść do połowy, żeby dobrze utknął, a potem zaatakował i trzymał profesjonalnym chwytem. Jak mówią: złapać i przekazać „w ręce sprawiedliwości”. Nawet najstarsi policjanci nie pamiętali, żeby złodziej aż tak się cieszył z zatrzymania. Facet się wystraszył w Tadkowych zębach i radości nie krył, gdy trafił w ręce mundurowych – za to pies nie chciał odpuścić zdobyczy. Tak się wczuł w swoją rolę, tak był dumny, że długo trzeba było go przekonywać, aż w końcu na komendę policyjnego przewodnika Tadek rozluźnił szczęki, wypuścił złodzieja i usiadł przy oknie, wpatrując się z powagą w oficera, jakby czekał na rozkaz. Prawie że nie zasalutował. — Szczęściara z ciebie z takim psem, — stwierdził z podziwem komendant, głaszcząc Tadkowego łebka. — Nam by się taki w dochodzeniówce przydał… Maks wrócił późnym wieczorem. Ostrożnie otworzył drzwi i zamarł ze zdziwienia w progu. A było się czemu dziwić! Po pierwsze: Tadek rozciągnięty na kanapie, na co nigdy nie pozwalali, surowo zabronione. Po drugie: wywaliwszy wszystkie łapy, leżał w najbardziej byczastej, niemal nieprzyzwoitej pozycji, a Ania drapała go po brzuchu, głaskała, całowała w łeb, gadając: „Moja radości, kochany koniku, rośnij zdrowo, dla szczęścia mamy i taty! Jakże ja cię krzywdziłam, nie gniewaj się…” Tę historię usłyszałam na jednym z festynów Levitana z ust samego uczestnika – historyka sztuki. Tadek opowiedziałby to pewnie jeszcze ciekawiej: jak tropił, jak dopadł, jak przekazał funkcjonariuszom. Dawno to było. Ale historia żyła w pamięci, czułam, jak Tadek drapie w drzwi mojej wyobraźni końską łapą, prosząc się na papier… Więc postanowiłam wam ją opowiedzieć…