Znaleziony w towarzystwie: idź z nią, bo ja będę tęsknić.

Pamiętam to jak dziś. “Spotkałeś ją pierwszy, to z nią idź,” powiedział Radosław do psa. “Będę tęsknił.”

Pociąg podmiejski zwalniał. Ludzie w wagonie ustawili się już w kolejce do wyjścia. Za oknami, w świetle jaskrawych latarni, migały powoli sylwetki na peronie. W końcu pociąg zatrzymał się z lekkim szarpnięciem. Drzwi otwarły się z hałasem, a pasażerowie, obładowani torbami i siatkami, ruszyli na wydeptany tysiącami stóp peron małej stacyjki podwarszawskiej.

Ludzie rozmawiali, rozciągali zdrętwiałe nogi, kierując się w stronę schodów. Radosław wysiadł ostatni. Nikt na niego nie czekał. Sam też nie spieszył się do swego wynajętego mieszkanka, do którego wracał tylko po to, by przespać noc.

Kilka miesięcy wcześniej rozwód z żoną pozostawił go samotnym. Zostawił jej i ich nowo narodzonej córeczce mieszkanie, a sam wynajął coś tańszego na obrzeżach miasta.

Poznał kiedyś dziewczynę, spotykali się krótko, potem rozstali za obopólną zgodą. A trzy miesiące później zjawiła się u niego z widocznym już brzuchem, oznajmiając ciążę. Zaproponował ślub. Po czterech miesiącach urodziła zdrową dziewczynkę.

Ze łzami w oczach żona wyznała, że przed nim była z kimś, kto porzucił ją, gdy tylko dowiedział się o ciąży. A tu nadszedł on, Radosław. Nie miała dokąd pójść, nie chciała wracać do rodzinnego miasta. Nie mógł jej przecież wyrzucić na bruk. Odszedł sam, złożył pozew o rozwód.

Teraz pracował niemal bez przerwy, zbierając pieniądze na nowe mieszkanie. Znajomy zebrał ekipę i zaprosił go do współpracy. Remontowali mieszkania i domy.

Radosław leniwym krokiem dotarł do oświetlonej latarnią klatki schodowej. Na dole zauważył rudego psa. Zwierzę spojrzało na niego, a potem skierowało wzrok w stronę peronu.

“Tam chyba już nikogo nie ma. Co, pan nie przyjechał? Nic się nie martw, może zdąży ostatnim pociągiem,” powiedział Radosław i ruszył dalej.

Po kilku krokach obejrzał się. Pies wszedł na peron i wypatrywał kogoś w oddali. Rozległ się stukot kół odjeżdżającego pociągu. Pies zaskomlał, śledząc wzrokiem skład, po czym zszedł po schodach i podbiegł do Radosława, siadając przed nim z niemym pytaniem w oczach.

“Co zamierzasz, bracie? Będziesz czekał na następny pociąg, czy jednak pójdziesz ze mną? Uważaj, drugi raz nie zaproponuję,” Radosław odwrócił się i ruszył bez oglądania się.

Pies przez chwilę patrzył za nim, jakby ważąc decyzję, w końcu poderwał się i ruszył w ślad. Najpierw trzymał się z tyłu, potem szedł równo z nim.

“Co, samotność cię męczy? Rozumiem. A do kogo ty należysz? Nie widziałem cię tu wcześniej. Sam zresztą jestem tu niedługo…”

Pies biegł obok, słuchając. Tak dotarli do czteropiętrowej kamienicy, w której mieszkał Radosław. Przed bramą pies przystanął.

“Wchodź.” Radosław szeroko otworzył drzwi. “Decyduj się, bo strasznie chce mi się jeść i spać.” Wszedł do środka, ale drzwi jednak przytrzymał.

Pies powoli wszedł po schodach, mijając Radosława. “No, niełatwo z tobą, chłopie,” uśmiechnął się, puszczając drzwi.

Znaleźli się w półmroku klatki schodowej, rozświetlonej słabą żarówką.

“Wchodź na trzecie piętro. Wybacz, windy nie ma,” żartował Radosław.

Pies podskakiwał po schodach, zatrzymując się na półpiętrach i czekając na swego nowego towarzysza. Na trzecim piętrze Radosław zatrzymał się przed swoimi drzwiami, sięgając po klucz.

“Jesteśmy. To tu mieszkam.” Otworzył drzwi, wszedł pierwszy i zapalił światło w przedpokoju. “Wchodź, dwa razy nie zapraszam.”

Pies zawahał się na moment, po czym z psą godnością przekroczył próg i usiadł przy wieszaku.

“Wychowany. Szacun. Ale skoro już jesteś, chodź dalej, rozgość się,” powiedział Radosław, rozbierając się.

Zgasził światło w przedpokoju i przeszedł do pokoju, rzucając plecak na komodę. Pies położył się na podłodze, nasłuchując. Gdy dobiegł go dźwięk naczyń i zapach podgrzewanego jedzenia, przełknął ślinę, wstał i podążył za wonią makaronu z gulaszem.

“Otóż to.” Radosław wyjął z zlewu kolejną głęboką miskę, nałożył jedzenie i postawił przy ścianie.

Pies podszedł, obwąchał, rozszerzając nozdrza. Wkrótce miska była pusta, wylizana do czysta. Pies siedział, patrząc na Radosława.

“Przykro mi, więcej nie mam. Nie spodziewałem się gościa.” Zauważywszy wzrok psa skierowany na zlew, domyślił się, że chce pić. “Słuchaj, nigdy nie miałem psa.” Wstał, podniósł miskę. “Brawo, nawet myć nie trzeba.” Opłukał ją pod kranem i nalał wody.

Pies od razu chciwie zaczął pić, rozchlapując krople wokół.

Później Radosław siedział na kanapie, oglądając telewizję. Pies ułożył się u jego stóp, opierając głowę na łapach, lecz przy każdym szmerze podnosił pysk.

“Zrelaksuj się, odpocznij,” powiedział Radosław, wyłączając telewizor.

Czując, że za chwilę zaśnie, ziewnął i wstał. Pies też się podniósł.

“Wybacz, muszę rozłożyć kanapę.”

Pies jakby zrozumiał, odszedł na bok, stukając pazurami o podłogę.

“Skąd taki mądry się wziął? Powiedz, jak masz na imię, jak się do ciebie zwracać?” Radosław spojrzał na niego z uznaniem.

Gdy kanapa była gotowa, pies podreptał do przedpokoju.

“Hej, możesz spać w pokoju, nie mam nic przeciwko,” zawołał za nim Radosław, ale pies nie wrócił. “Jak chcesz.” Wzruszył ramionami i zgasił światło.

Przez sen słyszał jakieś odgłosy, westchnienia i drapanie. Z trudem otworzył zmęczone oczy. Poranne światło uderzyło w nie, więc się zmrużył. Chciał wrócić do snu,Nazajutrz, gdy Radosław i Irena wyszli z psem na spacer, Gamsio (tak nazwali go tego ranka) pobiegł przodem, raz oglądając się na nich, jakby sprawdzając, czy idą razem.

Rate article
Fajna Tajna
Znaleziony w towarzystwie: idź z nią, bo ja będę tęsknić.