Słony wiatr igrał z włosami Marianny, gdy ta, mrużąc oczy przed słońcem, nakładała kolejną warstwę farby na płótno.
Błękit łagodnie przechodził w indygo, tworząc tę wyjątkową barwę morza na granicy zmierzchu tak bliską, a jednak nieuchwytną, jakby światło chciało się wymknąć z dłoni.
Miała już dwadzieścia lat, ale morze pozostawało dla niej tajemnicą sekretem, który ją przyzywał i inspirował.
Hanna podeszła cicho, jak cień, i położyła brodę na ramieniu córki, wdychając znajomy zapach farby zmieszany z morską bryzą. Pachniało dojrzałymi brzoskwiniami i ciepłem rodzinnego domu.
Jest za ciemne powiedziała łagodnie, bez wyrzutu, tylko z delikatnym niepokojem. Dzisiaj morze jest spokojne.
Marianna uśmiechnęła się lekko, nie odrywając wzroku od płótna.
Nie maluję morza. Maluję dźwięk, który pamiętam w swoich wspomnieniach.
Hanna pogłaskała ją po włosach. Minęło piętnaście lat od dnia, gdy wraz z Witkiem znaleźli dziewczynkę na plaży mokrą, przerażoną, o oczach jak odbicie burzowego nieba. Dziewczynkę, która nie pamiętała ani swojego imienia, ani przeszłości, ani tego, jak tam trafiła, wyrzucona przez fale jak szczątki łodzi.
Nazwali ją Marianna. To imię się przyjęło. Stało się częścią jej duszy.
Czekali. Tydzień, miesiąc, rok. Rozwieszali ogłoszenia, zgłaszali na policję, pytali każdego. Ale nikt nie szukał jasnowłosej dziewczynki o oczach jak sztorm.
Morze zdawało się o niej zapomnieć.
Twój ojciec wrócił z połowu powiedziała Hanna, wskazując na dom. Mówi, że soltyski same wskoczyły do sieci.
Witek krzątał się już przy grillu, jego śmiech rozbrzmiewał w podwórku. Kochał Mariannę nie tylko jak córkę, ale jak dar, który morze mu zwróciło, po tym jak odebrało mu dziecięce marzenia.
Ich życie płynęło spokojnie, jak strumyk między nadbrzeżnymi skałami. Lato oznaczało pracę w ogrodzie, kolacje na werandzie przy śpiewie cykad. Zima to naprawianie sieci, ogrzewanie się przy kominku i słuchanie,



