Znajomi wprosili się na wyjazd naszym samochodem, obiecując dorzucić się do kosztów. Po przyjeździe usłyszeliśmy: „Przecież i tak jechaliście”

Dawno temu, w czasach kiedy samochód był dla wielu symbolem swobody, przeżyliśmy z żoną przygodę, o której do dziś rozmawiamy z mieszanymi uczuciami. Letnie wakacje zawsze planowaliśmy precyzyjnie: ja, moja żona Justyna, wierny opel astra i trasa przez całą Polskę, henn na południe. Uwielbialiśmy te podróże: żadnych pociągów pełnych hałasu, płaczących dzieci i opóźnionych samolotów. Zupełna wolność to my decydowaliśmy, gdzie stanąć chociażby na kubek kawy czy zachód słońca.

Tym razem jednak, z naszej winy, wszystko poszło inaczej. Przy jednym z tych sąsiedzkich spotkań, gdzie każdy siedzi z herbatą i ciastem, nieopatrznie wspomniałem, że niedługo wyruszamy autem nad polskie morze.

O, a kiedy dokładnie? ożywił się siedzący naprzeciwko Marcin.

Z nim i jego żoną Mileną widywaliśmy się tylko przy okazji takich odwiedzin, nie łączyła nas bliższa relacja.

Wyjeżdżamy piętnastego, skoro świt odpowiedziałem, nie domyślając się jeszcze, dokąd to wszystko prowadzi.

My też wtedy zaczynamy urlop! Marcin entuzjastycznie odłożył widelec. Pociągiem chcieliśmy jechać, ale miejscówki przy toaletach. Może zabralibyście nas ze sobą? Podzielimy się kosztami paliwa, w podróży raźniej. Obiecujemy spokój i zero kłótni.

Wymieniłem spojrzenie z Justyną, jej mina nie pozostawiała złudzeń ale zabrakło nam stanowczości. Zacząłem wymigiwać się, tłumacząc ciasnotę i nasze liczne przystanki.

Ale proszę cię, jeden wspólny bagaż na dwoje! przekonywał Marcin. Benzyna kosztuje fortunę, wszystkim się opłaca. Zależy nam, pomóżcie znajomym.

Stanęło na tym, że się zgodziliśmy. Argument finansowy okazał się decydujący, a i głupio było prosto w oczy odmówić. Słabość charakteru, za którą mieliśmy potem płacić jeszcze wiele dni.

Chcesz przeżyć spokojnie nie rób nikomu przysługi
Umówiliśmy się na piątą rano pod naszym blokiem. My byliśmy gotowi punktualnie, bagażnik zapakowany schludnie: walizki, woda, koc, narzędzia. Marcin i Milena spóźnili się czterdzieści minut.

Taxi utknęła w korku rzuciła Milena, holując walizę gabarytów pralki i jeszcze torby z przekąskami.

Przecież ustalaliśmy minimum rzeczy nie wytrzymałem.

A co, kobieta nie może się przebrać? zażartował Marcin.

Grając w bagażowy tetris, jakoś się uleżało. Jednak ledwie wyruszyliśmy, zaczął się cyrk. Milenie było za gorąco klimatyzacja na maksa, po chwili Marcinowi zimno. Moje CD nie odpowiadało im muzycznie. Co chwilę prośby: Zatrzymaj się, bo kawa, bo nogi, bo papieros, bo zdjęcie.

Planowana jazda bez przystanków przestała istnieć. Sunęliśmy jak bus na trasie WarszawaGdynia. Kumulacja wydarzyła się na stacji benzynowej.

Zatankowałem pod korek, rachunek 350 złotych. Wracam, Marcin żuje hot-doga.

Więc, rozliczamy się? pytam.

Daj spokój, zamiast każdej drobnostki, policzymy wszystko na końcu drogi zbagatelizował.

Nie podobało mi się to, ale Justyna szepnęła: Daj spokój, później się rozliczą. Przemilczałem własną frustrację. Odcinki płatne też poszły na mój rachunek nawet nie zapytali o kwotę.

Oni pałaszowali własne kanapki, okruchy lądowały na siedzeniach. Gdy prosiłem o porządek, tylko się uśmiechali: To tylko auto, po powrocie odkurzysz.

Do celu dotarliśmy wykończeni nie drogą, lecz towarzystwem.

Przecież wy tak czy siak tam jechaliście
Następnego ranka spotykamy się we wspólnej kuchni. Wyciągnąłem notatnik z rozpisanymi wydatkami.

Słuchajcie zacząłem rzeczowo. Benzyna to 1200 zł, płatne odcinki 250 zł. Razem 1450 zł, na pół wychodzi 725 zł od was.

Marcin się zakrztusił, Milena otworzyła szeroko oczy.

Jak to siedemset?! Żartujesz? obruszyła się Milena.

Uzgodniliśmy odparłem spokojnie. Koszty pół na pół.

Marcin odstawił kubek i mówi:

Ale przecież i tak byś tam jechał! Benzynę i tak byś spalił. My tylko zajęliśmy miejsca, które były wolne.

Chwileczkę zacząłem się irytować. Umawialiśmy się. Dostosowywałem jazdę pod was, znosiłem niepotrzebne postoje i dodatkowy bagaż.

A co to za niewygody? prychnęła Milena. Przecież było wesoło i po przyjacielsku. Trzeba było od razu mówić, pojechalibyśmy z kimś przez BlaBlaCar.

Tu już Justyna nie wytrzymała:

BlaBlaCar by was wygonił za te okruchy i jęczenie rzuciła.

Wiesz co, my możemy dać może z 200300 zł symbolicznie, ale połowa to przesada. Nasz budżet nie jest z gumy zakończył Marcin.

Podniosłem się.

Nie trzeba żadnych pieniędzy. Przyjmijcie to jako mój prezent. Ale powrotu ze mną nie planujcie.

Że jak?! Przecież umawialiśmy się tam i z powrotem! zawołał Marcin.

Umawialiśmy się na równy podział kosztów. Słowa nie dotrzymaliście. Życzę miłego pobytu.

Ostatnie dziesięć dni praktycznie się nie widywałem, choć mieszkaliśmy w tym samym pensjonacie. Kilka razy spotkaliśmy się na plaży odwracali głowę.

Przed wyjazdem Marcin napisał esemesa: Nie bądź uparty. Damy ci po 400 zł za drogę, zabierz nas, już nie znajdziemy biletów, Milena źle znosi autobus.

Nie odpisałem.

Spokojnie spakowaliśmy się z Justyną, nasz bagażnik wyglądał jak w katalogu. O świcie ruszyliśmy w powrotą trasę: nasza muzyka, ulubione postoje, cisza i spokój.

Z czasem słyszałem, jak wspólnym znajomym tłumaczyli, że porzuciłem przyjaciół w potrzebie przez setki złotych. Sami wracali z przesiadkami autobusami, wydali krocie na drogę i teraz chętnie opowiadają jacy to byliśmy nieprzyjemni.

Ale dostaliśmy lekcję na całe życie. Dziś, gdy ktoś znów pyta: O, wybieracie się gdzieś autem? Podrzucicie?, zawsze grzecznie, lecz stanowczo odpowiadam: Przepraszam, jeździmy tylko we dwójkę.

Rate article
Fajna Tajna
Znajomi wprosili się na wyjazd naszym samochodem, obiecując dorzucić się do kosztów. Po przyjeździe usłyszeliśmy: „Przecież i tak jechaliście”