Wszystko zaczęło się jak typowe planowanie letniego urlopu. Ja z żoną, nasz niezawodny crossover, ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę i słodkie oczekiwanie na drogę. Od lat uwielbialiśmy podróże autem wolność decyzji, swobodne tempo, postoje gdzie dusza zapragnie, skręty bez planu. Żadnych rozkładów jazdy pociągów, rozkrzyczanych dzieci za cienką ścianą przedziału czy przełożonych lotów.
Tym razem jednak popełniliśmy kardynalny błąd zdradziliśmy nasze plany.
Podczas jednej z domowych kolacji u znajomych, gdzie zebrało się sporo różnych ludzi, nieopatrznie wspomniałem, że za dwa tygodnie ruszamy na południe własnym autem.
Serio? A którego dokładnie? od razu ożywiła się para siedząca po drugiej stronie stołu.
To byli Rafał i Marcela. Niezbyt bliscy znajomi, raczej takie przecinamy się od święta.
Wyjeżdżamy piętnastego odpowiedziałem, niczego nie podejrzewając.
To super! My akurat mamy urlop od szesnastego, planowaliśmy pojechać pociągiem, ale zostały już tylko miejsca przy toalecie. Może zabralibyśmy się z wami? Będziemy się dorzucać do paliwa, będzie weselej, jesteśmy bezproblemowi, serio.
Spojrzałem na żonę w jej oczach miałem jasną odpowiedź: absolutne nie. Zacząłem się tłumaczyć, że auto już zapakowane, że jeździmy powoli i z wieloma postojami.
Daj spokój, mamy tylko jedną walizkę na dwoje! nie dawał za wygraną Rafał. No i po kosztach szał dziś paliwo to prawdziwe złoto, a tak spora oszczędność. Pomóżcie, przecież nie jesteśmy obcy.
I zgodziliśmy się. Argument finansowy przeważył, a poza tym jakoś głupio było odmówić wprost. Ta miękkość okazała się potem bolesna.
Chcesz świętego spokoju nie rób nikomu łaski
Umówiliśmy się pod naszym blokiem na piątą rano. Z żoną byliśmy punktualnie bagażnik ułożony, nasze walizki, woda, narzędzia, koce. Oni spóźnieni blisko czterdzieści minut.
Taksówkarz się nie mógł połapać, przepraszam rzuciła Marcela, ciągnąc za sobą walizkę wielkości lodówki i jeszcze kilka reklamówek pełnych przegryzek.
Prosiłem: minimum rzeczy nie wytrzymałem.
Marcela dziewczyna, musi się przebierać zaśmiał się Rafał.
Znowu grałem w tetris, próbując ułożyć ich graty obok naszych.
Już po godzinie jazdy zaczęło się istne piekło. Marceli było duszno klimatyzacja na maksa, po dziesięciu minutach Rafał już narzekał, że mu zimno. Moja muzyka nie przypadła im do gustu. Potem zaczęły się niekończące się prośby o postoje: do łazienki, po kawę, rozprostować nogi, zapalić papierosa.
Mój starannie ułożony plan, żeby ominąć korki i problematyczne odcinki, całkiem się rozsypał. Zamiast kilku dłuższych postojów, jechaliśmy jak PKS co chwila przystanek.
Kolejny punkt kulminacyjny nastąpił na stacji benzynowej.
Zatankowałem pełny bak, rachunek: 850 zł. Wracam do samochodu, Rafał wcina hot-doga.
To co, rozliczamy się za paliwo? pytam, mając na myśli szybki przelew.
Po co od razu, ogarniemy wszystko na końcu, podsumujemy sobie dokładnie, żeby się nie rozdrabniać machnął ręką.
Nie podobało mi się to, ale żona wyszeptała: Daj spokój, rozliczą się, jak dojedziemy. Zamilkłem. Bramki na autostradzie płaciłem ja, nawet nie zapytali, ile wynosi łączny koszt.
Przez całą drogę objadali się swoimi kanapkami, okruszki spadały na tylne siedzenie. Gdy prosiłem o odrobinę ostrożności, słyszałem tylko rozbawione:
Przecież to auto, odkurzysz potem.
Do celu dotarliśmy późno w nocy, wyciśnięci nie przez drogę, ale przez towarzystwo.
W końcu i tak byście jechali
Rano, już po przespaniu się, spotkaliśmy się przy wspólnej kuchni w pensjonacie. Wyciągnąłem notatnik, gdzie notowałem wydatki.
A więc: paliwo 3200 zł, autostrady 650 zł. Łącznie 3850 zł. Dzielimy na pół, wychodzi po 1925 zł.
Rafał zakrztusił się herbatą, Marcela szeroko otworzyła oczy.
Jak to prawie dwa tysiące? Serio? powiedziała powoli.
Ustaliliśmy, że dzielimy koszty na pół odparłem spokojnie.
Rafał odstawił szklankę i z lekkim rozbawieniem powiedział:
Przecież i tak byś jechał, a te wydatki poniósłbyś bez nas. Auto twoje, tankować i tak musisz. My tylko wykorzystaliśmy wolne miejsce.
Chwileczkę zaczynam kipieć. Była jasna umowa. Męczyłem się z dodatkowymi rzeczami, ustępowałem na każdym postoju rekompensujecie tylko część kosztów.
Jakie tam niedogodności! prychnęła Marcela. Przecież było fajnie, pogadaliśmy. Myśleliśmy, że po koleżeńsku. Jakbyś powiedział od razu, to poszukalibyśmy innego kierowcy na blablacarze.
Inny kierowca wyrzuciłby was za okruszki i marudzenie nie wytrzymała moja żona.
Rafał podsumował:
Najwyżej możemy dać symbolicznie pięćset może tysiąc złotych. Ale płacić połowę za coś, co i tak byś zrobił? Bez przesady, mamy napięty budżet.
Wstałem.
Zostawcie sobie pieniądze. Uznajmy, że was zaprosiłem. Ale wracacie już sami.
Ale jak to?! Rafał zerwał się na równe nogi. Przecież byliśmy umówieni na powrót!
Wyłącznie przy podziale kosztów. Złamaliście umowę. Miłego wypoczynku.
Osobno na plaży, osobno w drodze powrotnej
Przez kolejnych dziesięć dni prawie się nie widywaliśmy, mimo że mieszkaliśmy w tej samej miejscowości. Kilka razy mijaliśmy się na plaży ostentacyjnie odwracali wzrok.
Dzień przed wyjazdem przyszedł SMS od Rafała: Ok, damy po 1000 za całą trasę i wracamy razem. Nie mamy biletów, Marcela źle znosi jazdę autobusem.
Nie odpowiedziałem.
Spokojnie zebraliśmy się, spakowaliśmy walizki, sprawdziliśmy olej, ruszyliśmy o świcie. Droga powrotna była jak spełnienie marzeń: własna muzyka, ulubione postoje, wyczekana cisza.
Później od znajomych słyszałem tylko, jakim okropnym człowiekiem jestem. Ktoś tam opowiadał, że zostawiłem przyjaciół na pastwę losu, bo zabrakło im paru złotych. Rafał z Marcelą wracali z przesiadkami, kosztowało ich to mnóstwo nerwów i pieniędzy, a teraz ochoczo szerzą tą swoją wersję historii.
Ale my wynieśliśmy z tej przygody jedną bezcenną lekcję. Kiedy dziś ktoś, nawet bardzo grzecznie, pyta: Słuchaj, podwieziecie nas z miasta? odpowiadam pewnym, spokojnym tonem: Przykro mi, ale zawsze jeździmy tylko we dwoje.



