Zmieniłem zdanie o ślubie
Często wracam myślami do tamtych dni, kiedy Wiktor spędzał długie wieczory w laboratorium Instytutu Chemii w Krakowie, nieprzerwanie przelewając ciecze z probówki do probówki, zagłębiając się w badania nad tajemniczym proszkiem z korzeni rzadkiej rośliny. Był święcie przekonany, że jego mozolna praca wreszcie wyda owoce i będzie mógł przedstawić swoje odkrycie całemu środowisku naukowemu.
Zaangażowanie, z jakim czterdziestoletni naukowiec pracował, nie pozwalało mu zauważyć natarczywych spojrzeń młodziutkiej sprzątaczki Jadwigi, która niedawno zaczęła pracę w instytucie. Wiktor, owładnięty myślą o zbliżającym się sukcesie, nie widział, jak Jadwiga ślęczył z mopem w kącie jego gabinetu, gapiąc się na niego godzinami.
W końcu, pewnego wieczoru, zebrała się na odwagę.
Panie Wiktorze, od rana pan siedzi, już chyba czas na herbatę? Przypadkiem przyniosłam czajnik elektryczny i wiejską kiełbasę.
Na dźwięk słowa “kiełbasa” Wiktor oderwał się od próbówek.
Herbata brzmi dobrze. Kiełbasa mówisz? Grzech odmówić!
Jadwiga z zapałem wyciągnęła z plecaka czajnik i plastikowy pojemnik z apetycznymi kiełbaskami.
Mama wczoraj z Nowosądeckiego przywiozła mięso, narobiłam kiełbasek z boczkiem i upiekłam.
Postawiła pojemnik na stole, promieniejąc dumą.
No proszę, mruknął Wiktor zakładając z powrotem okulary, które dopiero co schował do kieszeni fartucha.
Podczas gdy woda się gotowała, Wiktor dokładnie obejrzał pojemnik.
Przepraszam, od której godziny leżały te kiełbasy w twoim plecaku?
Jadwiga speszona spuściła wzrok.
Od rana… a co?
Hm. I pokrywka była dobrze zamknięta?
Yyyy… chyba tak. Myśli pan, że już się zepsuły? W szatni było chłodno, kaloryfery jeszcze nie grzeją.
Wiktor walczył ze swoimi obawami.
W takim razie napijmy się herbaty. Ale kiełbasę zabierz do domu.
Jadwiga, zirytowana, zabrała pojemnik.
Po jej minie Wiktor zorientował się, że się obraziła.
Nie otwieraj, proszę! krzyknął nagle, zatykając nos chusteczką i cofnął się do okna.
Jadwiga otworzyła pojemnik, pociągnęła nosem.
A co pan, krakus, taki delikatny? Nie chcesz nie jedz, sama zjem burknęła, nalewając herbatę.
Wiktor przysiadł i nieśmiało sięgnął po kubek. Gorąca herbata poprawiała nastrój. Spojrzał kątem oka na Jadwigę żującą ze smakiem kiełbasę.
Wołowina? zapytał.
Uhm przytaknęła nie przerywając jedzenia.
Wygląda apetycznie i pachnie naprawdę dobrze.
Ślina napłynęła mu do ust. Ciało chciało jedno, rozum podsuwał obawy.
Teoretycznie, zgodnie z przepisami, temperatura w szatni nie powinna przekraczać dwudziestu dwóch stopni, a więc żadne drobnoustroje…
Jadwiga przerwała.
Słucham?
Spojrzał, a po jej podbródku spływała kropelka tłuszczu. Starał się przestać myśleć.
Daj spokój, Wiktor, dobrze wiesz, czym się kończy jedzenie z nieznanego źródła. Ale ten zapach…
Zrezygnowany pił herbatę. W brzuchu zaczęło mu burczeć.
Nagle stało się nieuniknione. Jego ręka sama sięgnęła po kawałek kiełbasy. Skórka chrupnęła pod zębami.
Niesamowite! Kto to zrobił?
Mówiłam już, że ja… zarumieniła się Jadwiga.
Wiktor jadł jeden kawałek za drugim, mrucząc pod nosem.
Brak mi słów.
Jadwiga ucieszona otarła usta rogiem fartucha i weszła na wyżyny szczęścia.
No, wreszcie pan spróbował! Ja gotuję od dziecka.
***
Wdzięczny za syty poczęstunek, Wiktor zaproponował, że odprowadzi Jadwigę na przystanek. Okazało się, że ma dopiero dwadzieścia trzy lata mogłaby być jego córką. Przystanek czekał na autobus, który nie nadchodził.
A przyniosę jutro ciasto, domowe. Woli pan z marchwi czy z twarogu? zaproponowała nieśmiało.
Każde lubię.
To upiekę oba.
Wiktor zaczął niecierpliwie czekać na jutro. Nawet zaniedbał wzory i obliczenia, a w nocy przyśnił mu się sen, w którym Jadwiga zdejmowała koszulę…
Obudził się z rumieńcem na twarzy.
Czterdzieści lat żyłem, kobiety były mi obojętne A tu taka burza.
Część 2
Przed spotkaniem z rodziną Jadwigi Wiktor bardzo się denerwował. Gdy taksówka podskakiwała po wybojach podkrakowskiej wsi, gładził rzadsze włosy, próbując zakryć łysinę. Dzień wcześniej Jadwiga siedziała z nim na kanapie i starannie wyrywała siwe włosy pęsetą.
Wiktor ogolił się dokładnie, założył garnitur, zawiązał krawat, użył wody kolońskiej.
Jadwiga przytuliła się do niego jak kot.
Polubią cię. Mama jest rozsądna, a ojczym zawsze się zgadza pocieszała.
Ile lat ma twoja mama?
Czterdzieści pięć.
No właśnie. Ja mam już czterdzieści. Myślisz, że mnie zaakceptuje?
Głupi jesteś. Najwyżej jej powiem, że spodziewam się z tobą dziecka.
Nie zaczynajmy wspólnego życia od kłamstw przestraszył się Wiktor.
Dojechali. Wiktor chwycił czapkę, bo wiatr chciał mu ją natychmiast ukraść. Zima w podkrakowskiej wsi była sroga śniegu po pas.
Jadwiga błyskawicznie uregulowała rachunek z kierowcą (wyciągnęła z portmonetki sto złotych banknot z wizerunkiem Kościuszki), chwyciła swoje i Wiktora torby i ruszyła w kierunku domu.
Takie domy Wiktor widywał tylko na starych obrazach. Drewniana chałupa, krzywy daszek z eternitu, na kominie odwrócony garnek z żeliwa.
Ciężkie drzwi pokryte kapą ze starych pledów zaskrzypiały głucho, podłogi z desek trzeszczały pod dywanikami. Wiktor nie wierzył własnym oczom.
Boże, gdzie ja się znalazłem? To chyba tylko dom letniskowy, albo dawna myśliwska chata? Tu przecież mieszkania na stałe nikt nie prowadzi
Ale Jadwiga, szepcząc, kazała mu zdjąć buty i wprowadziła do maleńkiego pokoiku. Przy stole czekała kobieta w ciepłej szlafroku.
Dzień dobry, mamo. To Wiktor, mój narzeczony. Mówiłam ci o nim przez telefon.
Spojrzenie kobiety było lodowate.
Dzień dobry rzuciła, zlustrowała go od stóp do głów.
Ton nie wróżył niczego dobrego.
Żartujesz sobie? Ile wy macie lat razem?
Wiktor się speszył.
Pozwoli pani, Wiktor jestem. Pracujemy z Jadwigą razem…
Ile masz lat?! ryknęła matka.
Czterdzieści.
A ona dwadzieścia trzy! Za stara przepaść!
Rozumiem… Ale kocham Jadwigę, nie skrzywdzę jej. Mam pracę, mieszkanie w Krakowie, dom poza miastem…
A auta nie masz!
Bo źle widzę! Ale mogę kupić, nawet Jadwigę nauczę jeździć
Jeszcze czego! krzyknęła matka. Chcesz zrobić z niej służącą? Wiesz, że pańszczyzna dawno zniesiona!
Ależ błagam pani! Chcę się ożenić, wziąć ślub kościelny Dzieci, rodzina Z mojej strony wszystko uczciwie!
Zza pieca wyszedł pogodny mężczyzna ojczym. Trzydzieści kilka lat, ciemne loczki nad dziewczęco urodziwą twarzą, rozchylony kołnierzyk koszuli, czarne oczy. Elegancki, pewny siebie.
Dobry wieczór, miło pana poznać uśmiechnął się.
Matka Jadwigi syknęła:
Andrzejek, nie bądź uprzejmy! Ja nie oddam córki staremu kawalerowi!
Mamo! Nie bądź taka! krzyknęła Jadwiga. Ja z nim odejdę!
Nie puszczę!
Wywiązała się kłótnia-matczyny dramat, Wiktor nie chciał w tym uczestniczyć. Delikatnie wyplótł palce Jadwigi z dłoni i spróbował ulotnić się.
Jadwigo, przepraszam. Żegnajmy się. Przeciw matce iść nie mogę…
A ona może znęcać się nade mną?! wrzasnęła Jadwiga. Może przyprowadzić kochanka, młodszego od siebie?! Potem wygonić mnie, by się bawić?!
Nie pyskuj! huknął ojczym.
Zamknij się! jeszcze głośniej matka.
Rozpętało się istne piekło.
Wiktor, przytulając głowę w ramiona, ruszył do drzwi. Omal nie oberwał lecącym stołkiem.
Jezusie, ratuj! to jedyne, co miał w głowie podczas ucieczki z tego gościnnego domu.
Wybiegł na ganku, potem na podwórze. Wędrował przez pół wsi, szukając taksówki albo jakiegokolwiek przystanku.
Serce waliło, ciśnienie rosło.
Po co mi to? Siedziałbym w ciepłym laboratorium, po cóż mi ten cyrk!
Wyjął z kieszeni telefon brak zasięgu.
Zmęczony, wrócił pod dom (poznał po nadpalonym garnku na kominie).
Cicho. Drzwi się uchyliły. Wyszła Jadwiga z torbami.
Wiktorze, jesteś? Bałam się, że uciekłeś
Zabrakło mi powietrza, musiałem wyjść skłamał.
Matka nie chce błogosławić, więc odchodzę z tobą.
Wiktor stał milcząc. Buty w ogóle nie grzały, palce niemal odmarzły, zaczynał tańczyć z chłodu.
Zastanawiał się, czy Jadwiga jest mu rzeczywiście potrzebna i ta rodzina?
***
Mama Jadwigi wyszła na ganek w baranicy i walonkach, dumnie niczym szlachecka dama.
Nie chcesz szanować matki twoja sprawa. Teraz on za ciebie odpowiada.
Wolę z nim niż tu zostać! rzuciła Jadwiga. Tylko niech zamówi nam taksówkę!
O, nie. Teraz sami-sami, ja za nic nie płacę!
Jadwiga spojrzała błagalnie na Wiktora.
Kochany, zrób coś!
Wiktor przemarznięty, prawie łamał się z zimna.
Tu nie ma zasięgu, nie jestem cudotwórcą. Idź do sąsiadów.
Pierwszy raz w życiu był w tak potwornie trudnej sytuacji nogi się pod nim uginały, upadł.
Co się stało? wrzasnęła Jadwiga. Wiktor ledwo mruknął:
Zawroty głowy. Nie spodziewałem się, że tu się przekręcę. Chcę do domu
Nie! ryczała Jadwiga, a Wiktor czuł się jak w piekle.
***
Gdy jakiś felczer zrobił mu zastrzyk, Wiktor powoli wracał do siebie. Żadnego cudu wciąż sufit z desek, zszarzałe ściany.
Proszę nie wstawać felczer wzruszył ramionami pół godziny w łóżku!
Co ze mną? jęknął Wiktor.
Przełom nadciśnieniowy.
Nigdy się nie denerwowałem aż do dzisiaj
Zobaczył twarz przyszłej teściowej.
Jeszcze i chory! syknęła.
Mamo, przestań! Jadwiga interweniowała.
Nakarmiła go herbatą, felczer zbierał się do wyjścia.
Zabierzesz mnie z sobą? zapytał Wiktor szeptem.
Gdzie?
Na pogotowie
Jestem tutejsza, nie mam samochodu.
Jadwiga usiadła przy nim.
Chciałeś wyjechać? Już nie trzeba, mama się na nas zgodziła, wybaczyła nam.
Ale Wiktor już nie chciał ślubu i nawet bał się na nią spojrzeć.
Wy się między sobą dogadujcie, a ja jeśli stąd wyjadę, nogą u kobiety nie postawię!
***
Wiktor skończył badania i powiedział asystentce:
Kończymy na dzisiaj. Uprzedzałem zamykam laboratorium.
Asystentka, skromna trzydziestodwuletnia kobieta w okularach, zarumieniła się.
Upiekłam ciasto… może się napijemy herbaty?
Nie! wykrzyknął Wiktor. W pracy się nie siedzi przy herbacie! Przyszliśmy tu pracować, a nie biesiadować!
Ale już dawno po godzinach uśmiechnęła się cicho.
Proszę do domu.
Jej uśmiech zgasł, pozbierała rzeczy i wyszła.
Wariat rzuciła pod nosem na odchodnym.
Wiktor westchnął, zamknął drzwi na klucz.
Pojechał do domu. Dojechał tuż po ósmej wieczorem.
Jadwiga otworzyła drzwi na dźwięk zamka.
Dobry wieczór panie Wiktorze.
Co na kolację? rzucił beznamiętnie.
Rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.
Doskonale. Zanotuj, ile jestem dłużny za zakupy doliczę do pensji na koniec miesiąca.
Zdjął buty, płaszcz, umył ręce i wszedł do kuchni. Jadwiga krążyła wokół niego:
Wciąż się gniewasz na moją mamę? Przecież się przyznała, po prostu bała się, że nie potraktujesz mnie poważnie ot, chciała mi “dodać wartości” Głupie, ale co zrobić. A ja cię naprawdę kocham.
Wiktor jadł, mieszając zupę. Coś mu nie dawało spokoju.
A może wystraszyła cię ta kłótnia? Takie u nas życie, awantury, pogodzenia Może trochę przesadziliśmy, ale co w tym złego?
Wiktor wstał, chwycił Jadwigę za ramiona i wypchnął najpierw do korytarza, potem za drzwi, wciskając jej rzeczy do rąk.
Jest już późno. Idź do domu. Jutro nie przychodź, zjem pierogi, a pojutrze poczekam.
Zamknął drzwi przed zapłakaną dziewczyną, wrócił do kuchni i jadł w ciszy.



