Złudzenie

**Miraż**

Przy kolacji ojciec raz po raz rzucał na syna karcące spojrzenia. Marek domyślił się – matka musiała mu powiedzieć, że po maturze chce studiować w Warszawie.

Ojciec gwałtownie odsunął pusty talerz i wbił wzrok w syna. „Teraz coś będzie” – pomyślał Marek. Chciał zapaść się pod ziemię albo stać się niewidzialny. Pod gniewnym spojrzeniem ojca kluski utknęły mu w gardle – ani przełknąć, ani wypluć.

Ocaliła go matka. Odwróciła uwagę ojca, postawiła przed nim kubek herbaty, przysunęła wazonik z cukierkami i ciastkami.

– Dzięki, mamo, najadłem się. Herbatę wypiję później – powiedział Marek, wstając od stołu.

– Siadaj! – warknął ojciec.
Marek wiedział, że z ojcem lepiej nie dyskutować, więc wrócił na miejsce.

– Muszę odrobić lekcje… – zaczął.

– Zdążysz. Matka mówiła, że do Warszawy się wybierasz. A co, u nas ci źle? Wychowaliśmy cię, myśleliśmy, że na starość będziemy mieli pomocnika, a ty uciekać chcesz?

– Nie uciekam… – bąknął Marek.

– Jak tam, miodem smarują w tej twojej Warszawie?

– Tam są większe możliwości. Chcę być architektem, u nas takiego kierunku nie ma – Marek też podniósł głos.

– Józek, niech jedzie, nauczyciele go chwalą – uspokajająco powiedziała matka, kładąc dłoń na ramieniu męża.

– Nie mamy pieniędzy na twoją naukę. Tam wszystko płatne, a tu masz za darmo. Czujesz różnicę? – ojciec się rozpalał.

– Dostanę się na stypendium – uparł się Marek. – I tak wyjadę.

– Józek, uspokój się, nie jutro przecież, jeszcze przed nim egzaminy. Idź, synku, odrabiaj lekcje – matka skinęła w stronę drzwi. Marek nie potrzebował powtórki, natychmiast wyszedł z kuchni.

– Dość mu pobłażać! Wychowaliśmy węża na własnej piersi. Na starość szklanki wody nikt nam nie poda…
Marek zastygł przy drzwiach do swojego pokoju, słuchając, trzymając się klamki.

– Uspokój się. Za wcześnie o starości gadasz. Warszawa blisko, dwie i pół godziny pociągiem, będzie przyjeżdżał…

Ojciec coś mruknął pod nosem.

– Pij herbatę, bo ostygnie. Posłodzić? – spytała matka.

– Co ty, jak z małym… Sam… – zirytował się ojciec.

Burza minęła. Marek zamknął się w swoim pokoju. Serce śpiewało mu w piersi. Koniec marca, przed nim jeszcze dwa miesiące nauki, egzaminy, ale to nieważne. Ważne, że pojedzie do Warszawy, czeka go ciekawe życie, setki możliwości. Na pewno osiągnie wszystko…

Po studniówce Marek z matką pojechali do stolicy złożyć dokumenty. Kuzynka matki, nieładna, samotna kobieta, przyjęła ich chłodno. Narzekała, że wszyscy jadą do Warszawy, a ona nie jest z gumy…

– No dobrze, niech zostanie. Będzie mi raźniej. Tylko mam ciśnienie, źle sypiam. Nie przychodź późno, nikogo do domu nie wprowadzaj. Śniadanie przygotuję, kolacją się podzielę, a w dzień radź sobie sam – tłumaczyła zasady kuzynka.
Matka tylko kiwała głową.

– A ile weźmiesz za stancję? – spytała ostrożnie, licząc, że kuzynka odmówi lub się obrazi. Jak to, płacić rodzinie? Ale nic z tego.

– Sami rozumiecie, to Warszawa, a nie wasze… – kuzynka wykrzywiła wąskie usta. – Tu życie drogie. Więc nie miejcie za złe… – i wymieniła sumę, która w ich miasteczku wydawała się astronomiczna.

Matka westchnęła, wymieniła spojrzenie z synem.

– Mamo, ja wolę akademik…

– Co ty, synku. Jaka tam nauka? Będziemy z ojcem przysyłać pieniądze, nie martw się. Ty się tylko ucz.

– Patrz, jak gada. Niedługo w Warszawie, a już takie wymysły. Tylko ojcu nie mów o pieniądzach. Ja z nim się dogadam – wzdychała matka w pociągu w drodze powrotnej.

Marek się dostał. Przyjechał do Warszawy na kilka dni przed rozpoczęciem zajęć, by się rozejrzeć i zadomowić. Dojazdy z peryferii na uczelnię były z przesiadkami, oczywiście długie i niewygodne. Ale to przecież Warszawa!

Wychodził z domu wcześnie rano i włóczył się po mieście do późnego wieczora. Na Skarpie Warszawskiej zaparło mu dech – widok na rozciągającą się panoramę stolicy. Obok zatrzymała się grupa turystów, młoda, ładna przewodniczka zaczęła coś opowiadać.

Marek podszedł bliżej, by lepiej słyszeć. Przewodniczka zauważyła, ale nic nie powiedziała. Potem grupa odeszła, a ona została, przeglądając coś w telefonie.

– Ciekawie pani opowiada – powiedział Marek.
Uśmiechnęła się i spytała, skąd przyjechał.

– Tak to widać? – zmartwił się.

– Przyjezdnych widać po oczach – zagubionych i zachwyconych.

Marek opowiedział, że przyjechał na studia, choć mieszka na obrzeżach, a to nie to samo, co centrum. Czuł się, jakby wcale nie wyjechał z małego miasteczka. W rozmowie nie zauważyli, jak zeszli ze Skarpy.

– Mieszkam tu – nagle powiedziała jego towarzyszka. – Zmęczyłeś się? Dobrze, chodź do mnie, napijesz się herbaty. Mam trochę czasu. Potem muszę odebrać córeczkę z przedszkola – roześmiała się, widząc jego minę.

Na imię miała Kinga. Była prawie dwukrotnie starsza od Marka. Nakarmiła go zupą, napoiła herbatą. Marek rozleniwił się, nie chciało mu się wychodzić.

– Mogę jeszcze do pani przyjść? – spytał, wychodząc.
Kinga spojrzała na niego uważnie. Nie pobłażliwie, nie z drwiną, po prostu uważnie.

– Przyjdź – odpowiedziała prosto.

Marek wytrzymał jeden dzień, a trzeciego przyszedł. Stał przed domem, nieśmiało. Nagle zobaczył Kingę z córeczką. Zaczął się tłumaczyć, że tu przypadkiem, ale Kinga od razu zrozumiała. Gdy Marek bawił się z Zosią, Kinga przygotowywała kolację. Potem jedli razem. Dziewczynka nie chciała go puścić, marudziła, żeby położył ją spać i poczytał bajkę.

A potem… Wracać do kuzynki było już za późno.

– Zostań – powiedziała KingaI tak Marek został, lecz już nigdy nie był pewien, czy to miłość, czy tylko tęsknota za domem, który sam porzucił.

Rate article
Fajna Tajna
Złudzenie