— Nie jadę! — krzyknęła Alicja i z impetem zatrzasnęła drzwi swego pokoju.
— A to ci królowa jakaś! — syknęła Halina Andrzejówna, poprawiając szlafrok. — Żyje na mojej głowie, a tu warunki stawia.
Alicja miała piętnaście lat. Jej ojciec zginął dwa lata temu w wypadku, a rodzice byli po rozwodzie. Mama Alicji, Wanda, nie poradziła sobie z bólem: najpierw płacz, potem alkohol, w końcu pogotowie. A potem cisza. Serce stanęło.
Dziewczynki nie zabrano do domu dziecka, bo zabrała ją ciotka, siostra ojca – Krystyna Pawłowska, surowa, małomówna kobieta z siwym kokiem. Ona właśnie objęła nad Alicją opiekę. Ale po pół roku pozbyła się Alicji jak kłopotu: „Alicja jest nie do opanowania, nie słucha się, nie chce z nami mieszkać, a mąż jest przeciw, a u Halinki – miejsca starczy”.
Tak Alicja trafiła do domu macochy. Halina Andrzejówna była drugą żoną jej ojca. Tą właśnie, przez którą mama kiedyś dużo płakała. Dawniej Alicja nienawidziła jej z daleka. A teraz musiała zamieszkać pod jednym dachem.
— Będziesz jadła? — warknęła Halina, stukając łyżką o garnek.
— Nie — sucho odparła dziewczyna.
— No to i dobrze. Frytek tylko nie szukaj po domu. Nie kupowałam.
Dom Haliny był stary, lecz przestronny i bardzo przytulny. Ojciec zdążył zrobić remont: kuchnia z kawową zabudową, salon w beżowej tapetę, kocioł nowy. Choć miejsce ciepłe, Alicji ciągle było w nim chłodno.
— Pogadajmy szczerze po ludzku — odezwała się pewnego dnia macocha, nie wytrzymując. — Wiesz, ja cię nie lubię. Ty mnie też nie. To obustronne. Ale dałam słowo twojemu tacie: nie wyrzucę cię. Będziesz się uczyła, ja ugotuję, w domu czysto — żyj tu, ale nie rządź i nie udawaj sierotki maryjnej. Ja też w życiu swoją niedolę przełknęłam.
Alicja zaciśnięcia pięści, lecz milczała.
— Moja mama — ciągnęła Halina — umarła, jak miałam siedem lat, ojciec pił. Harowałam na trzech robotach od piętnastu lat. A twój tata, nawiasem mówiąc, sam za mną łaził. Więc pretensji za niego nie miej.
Tak się dogadały.
Z czasem rozmowy stawały się krótsze, a spojrzenia ostrzejsze. Nie kłóciły się jawnie, lecz w domu czuło się napięcie.
Pewnego razu Alicja wróciła ze szkoły, zobaczyła na stole kartkę i oniemiała:
> „Jadę do siostry do Łowicza. Wracam za tydzień. Pieniądze na stole. Kup ziemniaki, gotuj sobie sama. Pamiętaj, kot je według grafiku. H.”
Żadnego „całuję”, „trzymaj się”, „nie tęsknij”. Po prostu kot, kartofle i grafik. Alicji nawet przykro się zrobiło.
Zrozumiała nagle, jak pusto wokół. Telewizor wyłączony, czajnik zimny, kurz nie zdążył nawet osiąść na parapecie. I pierwszy raz od dawna ogarnął ją strach.
— A jeśli nie wróci? Co mam wtedy robić? — wyszeptała w pustkę.
Alicja zajrzała do pokoju Haliny, do szafy, do szuflady… I znalazła zdjęcia. Oto mała Halinka z warkoczykami. Tu już jako dziewczyna – w białym fartuchu. A tu – z jej ojcem. I – z nią, z Alicją, jeszcze maleństwem trzymanym na rękach. A uśmiech Haliny był wtedy prawdziwy.
Alicja usiadła na brzegu łóżka i nie wiadomo czemu zapłakała. Wszystko się w niej pomieszało: ból, duma i strach.
—
Dni bez Haliny Andrzejówny ciągnęły się wolno, ale jakoś dziwnie… swobodnie.
Alicja puszczała muzykę, jadła prosto z garnka, wylegiwała się z kotem na kanapie. Lecz nawet w tej leniwej niezależności pojawiło się dziwne uczucie – jakby czegoś jej brakowało. Albo kogoś.
Gdy minął czwarty dzień, zrobiło się jej nudno. Piątego – niespokojnie.
Szóstego – Halina wróciła.
Alicja siedziała w kuchni nad lekcjami, gdy trzasnęły drzwi wejściowe.
— Twój kot oszalał — krzyknęła Halina z progu. — Miauczy, jakby śpiewał w operze. W ogóle go karmiłaś?
— Tak, wg grafiku — burknęła Alicja, wstając.
Lecz spojrzawszy na macochę, zastygła. Ta wyglądała na zmęczoną. Torby ciężkie, twarz blada, a w rękach… koperta.
— Patrz, co ci przywiozłam — powiedziała Halina niespodziewanie łagodnie i podała kopertę. — Tam coś o twojej mamie.
Alicja się ożywiła:
— O mamie?
— Twoja mama miała siostrę. Wyszła za Łotysza i wyjechała. Szukała cię sama, ale… W Łowiczu się spotkałyśmy. Zostawiła ci list i zdjęcie. Mówi, jeśli zechcesz – możesz do niej napisać.
Alicji zadrżały palce. Otworzyła kopertę. Było tam zdjęcie – kobieta jakoś zdalnie podobna do mamy, z córką i mężem. A na odwrocie równym, starannym pismem stało napisane:
> „Aliczko, kochana. Nie wiedziałyśmy o waszym niesz
Larisa chrząknęła, by ukryć wzruszenie, i odparła cicho: “Ciepłe jeszcze te pierogi, Alino, chyba że komuś gadanie miłe bardziej niż jedzenie”.
Zła Macocha



