— Nie pojadę! — krzyknęła Jagoda i z impetem zatrzasnęła drzwi swojego pokoju.
— Oho, książkowa królewna! A nie dzież się wielmożna? — mruknęła Wioletta Nowak, poprawiając szlafrok. — Na mojej głowie siedzi, a jeszcze warunki stawia.
Jagoda miała piętnaście lat. Jej ojciec zginął w wypadku dwa lata temu. Rodzice byli rozwiedzeni, ale jej mama — Barbara — nie podołała rozpaczy: najpierw łzy, potem butelka, w końcu — pogotowie. Potem nastała cisza. Serce stanęło.
Dziewczynki nie zabrano do domu dziecka, bo wzięła ją do siebie ciotka, siostra ojca — Helena, surowa, małomówna kobieta ze srebrnym kokiem. To ona została opiekunką Jagody. Ale po pół roku pozbyła się Jagody jak przysłowiowego kłopotu: “Dziewczyna nie do opanowania, nie słucha, u nas żyć nie chce, a mąż jest przeciwny. A u Wioletki — miejsca nie brakuje”.
Tak właśnie Jagoda trafiła do domu macochy. Wioletta była drugą żoną jej ojca. Tą, przez którą mama płakała bez końca. Wcześniej Jagoda nienawidziła jej z daleka. A teraz — mieszkać pod jednym dachem.
— Będziesz jadła? — burknęła Wioletta, stukając łyżką o garnek.
— Nie — krótko odparła dziewczyna.
— To i lepiej. Tylko pierogów z lodówki nie szukaj. Nie kupowałam.
Dom Wiolety był stary, ale przestronny i zadbany. Ojciec zdążył zrobić remont: kuchnia w kawowym odcieniu, salon w jasnym beżu, nawet nowy kocioł zamontował. I choć dom był przytulny, Jagodzie ciągle było w nim jakoś zimno.
— Mówmy szczerze, po prostu — rzuciła pewnego dnia macocha, tracąc cierpliwość. — Wiesz, ja ciebie nie kocham. A ty mnie nie kochasz. To wzajemne. Ale dałam słowo twojemu tacie: ciebie nie wyrzucę. Będziesz się uczyć, ja będę gotować, w domu czysto — żyj, ale nie rządź tu i nie odgrywaj kazanskiej sierotki. Ja też w życiu łyknęłam swoje.
Jagoda zacisnęła pięści, ale milczała.
— Moja mama — ciągnęła Wioletta — odeszła, gdy miałam siedem lat, tata pił. Harowałam na trzech posadach od piętnastu. A twój stary, między nami mówiąc, sam za mną latał. Więc zło za niego, to mnie nie trzymaj.
Tak się ułożyły.
Z czasem rozmowy stawały się krótsze, spojrzenia ostrzejsze. Nie kłóciły się wprost, ale w domu unosił się zapach napięcia.
Pewnego dnia Jagoda wróciła ze szkoły, zobaczyła liścik na stole i oniemiała:
> “Pojechałam do siostry do Lublina. Wracam za tydzień. Pieniądze na stole. Kup ziemniaki, gotuj sama. Pamiętaj, Filemon je według grafiku. W.”
Żadnego “całuję”, “uważaj na siebie”, “nie tęsknij”. Po prostu: kot, pierogi i rozkład dnia. Jagodę aż zatkało.
Nagle poczuła, jak pusto wokół. Telewizor wyłączony, czajnik zimny, nawet kurz ledwo osiadł na parapecie. I pierwszy raz od dawna poczuła strach.
— A jeśli nie wróci? Co ja wtedy zrobię? — wyszeptała w pustkę.
Poszła do pokoju Wiolety, zajrzała do szafy, do szuflady… I znalazła zdjęcia. Oto mała Wioletta z warkoczykami. Tu już jako dziewczyna — w białym fartuchu. A tu — z jej ojcem. I — z nią, Jagodą, maleństwem niesionym na rękach. Uśmiech Wiolety był wtedy prawdziwy.
Jagoda usiadła na skraju łóżka i nie wiedzieć czemu zapłakała. Wszystko się w niej pomieszało: ból z żalem i strachem.
—Dni bez Wiolety Nowak wlokły się, ale jakoś… swobodniej.
Jagoda puszczała muzykę, jadła prosto z garnka, wylegiwała się z Filemonem na kanapie. Ale nawet w tej leniwej niezależności pojawiło się dziwne uczucie — że czegoś jej brakuje. Albo kogoś.
Czwartego dnia zrobiło jej się nudno. Piątego — nieswojo. Szóstego — Wioletta wróciła.
Jagoda siedziała w kuchni nad zeszytami, gdy trzasnęły drzwi wejściowe.
— Twój kot oszalał — krzyknęła Wioletta z progu. — Miauczy, jakby na scenie stał. Karmiłaś go w ogóle?
— Tak, według grafiku — burknęła Jagoda, wstając.
Ale spojrzawszy na macochę, zastygła. Ta wyglądała na zmęczoną. Torby ciężkie, twarz blada, a w rękach… koperta.
— Spójrz, co ci przywiozłam — powiedziała niespodziewanie cicho Wioletta, podając kopert
I teraz, w tym cieple domowego zamętu, rozlegał się czasem chichot Laury, rozbawionejonej własnym losem, bo i pomyśleć – wszystko to zaczęło się od jadu, a kończyło się tak, że każda zwyczajna chwila smakowała jak najsłodszy pieróg z wiśniami babci ze wsi.
Zła macocha



