Ppure, kurczak i rozwód, który się nie zdarzył
Warszawa. Jesienny wieczór. Wilgotny wiatr, zmęczone oczy i jeszcze bardziej zmęczone serce. Kinga wróciła do domu po dziesięciu godzinach w supermarkecie. W głowie kręciła się tylko jedna myśl:
— Żeby choć Marcin ziemniaczki podsmażył…
Mieszkanie powitało ją zapachem czegoś smacznego. Kinga zdjęła kurtkę, zrzuciła buty, weszła do kuchni — na stole stały talerze z parującym purée i pieczonym kurczakiem. Obok — łyżki, sól, chleb, czajnik. Marcin w milczeniu wskazał głową krzesło:
— Siadaj.
— Ojej, dzisiaj co, święto? — Kinga wymusiła uśmiech. — To coś nowego?
— Zwykłe danie — wzruszył ramionami. — Ale mam z tobą rozmowę.
Jedli w ciszy. Kurczak delikatny, purée w sam raz słone. Kinga nastawiła czajnik, zaparzyła lipową herbatę. Usiadła naprzeciw męża.
— No to gadaj. Widzę, coś cię gryzie.
Marcin długo patrzył w okno. W końcu spojrzał na żonę.
— Dziadkowie mają w sobotę złote gody. Zaprosili nas.
— A, to ci, co dali nam pięćdziesiąt tysięcy na ślub? No i jak będziemy jechać? Przecież mieliśmy się rozwieść.
— No, pojedźmy. Ot, tak. Starzy ludzie, ucieszą się. Nadal jesteśmy małżeństwem.
Kinga spojrzała na niego z wątpliwością. Nie miała siły. Ani na kłótnie, ani na zgody.
— Dobrze, jedźmy. Może ostatni raz razem w gościnę.
Jechali samochodem Marcina. On z ojcem — z przodu. Kinga z jego matką z tyłu. Cisza.
— Co, pokłóciliście się? — szepnęła teściowa.
— Nie — odparła Kinga z wymuszonym uśmiechem.
— Patrz, jakie pierścionki kupiliśmy im na rocznicę. Złote, piękne.
— Piękne — skinęła głową.
— Żyjcie w zgodzie. Za pięćdziesiąt lat wasze dzieci też wam takie podarują.
Kinga spuściła wzrok. Pięćdziesiąt lat? To cała wieczność…
Na jubileuszu było wesoło: młodzież, dorośli, starzy. Stoły uginały się od jedzenia, śmiech, toasty. Ale Kinga trzymała się z dala od męża. Kobiety z rodziny Marcina szybko wciągnęły ją w przygotowania programu artystycznego. Miały po trzydziestce, tak jak ona. Sprzeczały się, przekomarzały z mężami, ale… widać było, że ich kochają.
Kinga łapała się na pytaniach:
— A ja go kocham? A on mnie?
Może kiedyś kochała. Ale teraz… Dom — nieprzytulny. Pieniędzy — wiecznie brak. Nowej kurtki nie kupiła od trzech lat. Dzieci? Nawet o nich nie wspomina. Pracy porządnej znaleźć nie może. A przecież kiedyś był marzeniem…
Uroczystość skończyła się późno. Gości porozwozono. Babcia Hania podeszła do młodych:
— Zostańcie u nas. Przenocujecie. I pomożecie trochę posprzątać.
Kinga i Marcin w milczeniu zaczęli zbierać ze stołów. Działali zgodnie, bez słów. Po dwóch godzinach w domu znów było czysto.
Babcia postawiła herbatę.
— No, Staszku, pięćdziesiąt lat razem wytrzymaliśmy — uśmiechnęła się do dziadka.
— A ile razy o mało rozwodu nie było — burknął. — Do USC doszliśmy.
— Ale wróciliśmy razem.
— Ja wtedy bez roboty byłem, grosza nie miałem — przypomniał sobie dziadek.
— A zapomniałeś, jak wszyscy za mną patrzyli? Księżniczką mnie nazywali. A ty świeciłeś jak żarówka.
— No tak… Księżniczka — prychnął, ale w jego oczach było ciepło.
Kinga patrzyła na nich — i coś ścisnęło ją w środku. Kłócili się, przerywali sobie, ale… kochali. Naprawdę.
— Byliśmy tacy sami — pomyślała. — Młodzi, zapalczywi, urażeni. Pewni, że mamy rację. A teraz śmieją się z tego, o co prawie się rozstali.
Babcia Hania wyjęła z kieszeni kopertę:
— Macie, kupcie sobie coś. Na jesień. I się nie sprzeczajcie. Z dziadkiem nie zbiedniejemy.
Kinga chciała odmówić, ale Marcin wziął.
— Dzięki, babciu.
— No to idźcie spać. Pokój gotowy.
Pokój był znajomy — tu Marcin spędzał dzieciństwo. Tylko teraz w łóżku było ich dwoje. Położyli się. Milczeli.
— Kinga… — szepnął.
Przytuliła się do niego. Ciepłe, znajome ramię. Nie bogactwo. Nie futro. Po prostu — on.
Marcin zasnął. A Kinga wpatrywała się w sufit.
— Dobrze, że się nie rozstaliśmy. Kupię jutro płaszcz. A potem, może… i dziecko. A później, kto wie, może i wnuki. A za czterdzieści dziewięć lat… złote obrączki. Takie same.
Uśmiechnęła się. Pierwszy raz od dawna. I zasnęła. Spokojnie. Obok niego.



