Ziemia falowała jak grzbiet śpiącego smoka. Antoni ten, który miał ręce stworzone do pracy wyrównał ją nie jak zwykły człowiek, ale jak senny olbrzym. Dla Anieli stworzył rabaty z astrów i dalii, altankę rozpostarł niczym pająk swoją sieć marzeń. W domu czuć było zapach wędzonej makreli i mocną męską rękę. Aniela nigdy nie żałowała wyboru swojego męża. Trafiła idealnie. I jeszcze Antoni zarabiał dobrze tryliony złotych z pracy i dodatkowych fuch, wszystko oddawał Anieli w prezentach równie dziwnych, co pięknych.
Przecież nigdy mnie nie kochałaś mówił Antoni głosem, który kładł się u stóp jak stary pies. Beznadziejnie bez miłości za mnie wyszłaś teraz odejdziesz, skoro jestem chory
Nigdy cię nie zostawię! powiedziała Aniela, splatając dłonie za jego karkiem. Najlepszy z ciebie mąż! Choćby nie wiem co.
Nie wierzył las obcych myśli plątał mu się pod czaszką jak mgła. Było mu ciężko.
Aniela miała za sobą ćwierć wieku małżeństwa, a jej oczy wciąż były magnesem dla mężczyzn. Zresztą, taka była zawsze już w podstawówce chłopaki skakali za nią przez płoty. A przecież klasyczną pięknością nie była.
Nie rozwiodła się z Franciszkiem ten mąż to był swoisty kalejdoskop charakterów. Raz przytulał z piosenką na ustach, raz rozkręcał jej nerwy do granic absurdu, by potem zasypywać ją przeprosinami. Ale Aniela potrafiła zapomnieć. Tak to szło od lat: dwadzieścia pięć lat zamglone, pokręcone jak sen o niekończącym się śniegu.
Ich córka, Jagna, szybko wyfrunęła z domu. Po ślubie mąż zabrał ją do Turynu. Przesyłali zdjęcia spod krzywej wieży, zapraszali do siebie. Franciszek z Anielą nigdy się nie spakowali… Może ona jeszcze kiedyś pojedzie.
Franciszek zginął w wypadku samochodowym, głupio, niespodziewanie. Anieli potem powiedziano, że serce mu nawaliło auto wpadło w świt, nie dało się uratować. Jagna przyjechała na pogrzeb, ale to dom zostawił się z mamą.
Dom z czerwonej cegły, ciasno opleciony bluszczem. Dla dwóch ludzi nie taki znów duży. Dla jednej kobiety ogromny, ciężarem spływający po kościach.
Jagna zaczęła mówić o sprzedaniu domu, o kupnie mieszkania gdzieś w Warszawie albo nawet przeprowadzce do Włoch.
O nie! krzyknęła Aniela. Po to ten dom stawiałam cegła po cegle, żeby sprzedać? Nie chcę do żadnej Italii. Włochy? Widziałam ja te wasze Włochy…
Mamo…
Oj, Jagnuś, jeszcze cię rozśmieszy łzy zmieszały się z pastą do ust. Żartuję tylko.
Jak żartujesz, to nie jest źle Jagna się uśmiechnęła.
Świat był przewrotny jak cyrkowy cyrkiel. Taki był i sam świętej pamięci Franciszek. Potrafił kochać mocniej niż nikt, ale i łamać serca. Po latach Aniela tylko wzruszała ramionami: “Cóż, takie życie. Tylko oszaleć można…”
Jagna została jeszcze chwilę, a potem wróciła do swego włoskiego ogniska. Aniela została sama. Ale znała siebie długo sama nie będzie.
I rzeczywiście, pół roku po pogrzebie, gdy łzy przetoczyły się przez wszystkie kieszenie, wokół zaczął się kręcić tłumek zalotników, jakby obudził ich wiatr starej jabłoni.
Matka Anieli jeszcze w zaświatach nie mogła się nadziwić tej magii córki.
Co oni w tobie widzą, dziecko? szeptała przecież ty nie uroda, a oni tabunami za tobą! Może ja ślepa jestem…
Mamo, kochanie… Aniela poprawiała usta. To nie uroda się liczy. Kobieta powinna być czarująca! Musi mieć tę pestkę niesamowitości.
Idź, idź chichotała matka bo ci kawaler pójdzie do innej!
To drugi przyjdzie wzruszała ramionami Aniela.
Minęło jakieś trzy dekady od tamtego szeptu matki, a Aniela nie przestała być rozchwytywana. Kobiety użalały się jedna przez drugą, że po czterdziestce nie ma już kogo za męża brać. A ona? Miała ich dwóch, elegancko w wieku czterdzieści sześć!
Serce ciągnęło ją do Bartosza wykształcony, czarujący, ruda broda, rozmowa z nim była jak popołudnie w kawiarni pod Mariackim. Ale Bartosz był tylko mistrzem słowa. Życia z nim nie widziała, jej dom byłby dla niego labiryntem bez wyjścia.
Drugi Antoni był prostym, szerokoramiennym facetem. Uczciwy, złota rączka, charakter miękki, choć kręgosłup miał stalowy. Gdyby trzeba, podrzuciłby dla niej Tatry w drugi koniec Polski. Tylko że mówił mało. Pił sporo, ale zawsze potem, po kąpieli w lodowatej wodzie, wracał do roboty jakby nigdy nic.
Jego wybrała. Bartosz obraził się na dobre.
Na ślubie Antoni pił Żywca i tańczył polkę do utraty tchu, a Aniela śmiała się wraz z przyjaciółką Heleną:
Ty to masz szczęście! Minął rok po śmierci Franciszka, a ty już druhna! Kobiety łowią facetów siecią na Wiśle, a tobie wystarczy przejść po zakupy.
Tylko nie mów, że nie jestem piękna! śmiała się Aniela.
Nie powiem, głupoty nie gadam. Ale magia wokół ciebie jest…
Aniela mrugnęła i poszła zatańczyć z Antonim. Tańczyła i rozganiała jak chmarek ostatnie wątpliwości.
“Może prosty… ale jaką siłę ma! I ręce! I nawet przystojny. Czego więcej?”
Przez kilka miesięcy Antoni zamienił ich działkę w raj wykarczował stare śliwy, ziemię rozprostował. Altanka była jak z bajki, dom twardy, czuły. Aniela porównywała swoje małżeństwa i tylko żałowała, że nie poznała Antoniego wcześniej.
W letnie wieczory grilowali na ogrodzie, jedli kiełbaski, a Aniela, pełna, mrużyła oczy jak siętna kotka.
Z czego się śmiejesz, Antonii?
Bo jest dobrze mówił z uśmiechem.
Byli szczęśliwi cztery lata. Potem Antoni osłabł. Szybciej się męczył, tracił wagę, pił piwo czuł się źle.
Musisz do lekarza! panikowała Aniela.
Przejdzie samo burknął.
Bał się lekarzy, ale jeszcze bardziej bał się, że Aniela go zostawi, jeśli okaże się chory. Nie przeczuwała nawet, jak bardzo go kochał, choć on był pewien, że ta miłość nie jest wzajemna.
Tak się poznali: on zobaczył ją w sklepie, jak szuka portfela między jabłkami i cebulą. Zakochał się w tej zagubionej kobiecie od pierwszego wejrzenia.
Nawet matka Antoniego nie kryła zdziwienia:
Synu, nie pojmuję. Ona nie młoda, nie piękna. Za tobą każda lgnęłaby jak mucha do miodu!
Ale dla Antoniego była tylko Aniela.
Lekarza nie zdążył się złamać; w sobotni wieczór, wśród śmiechu Heleny i jej męża Jana, gdy piekli na ogniu karkówkę, Antoni stracił przytomność.
Aniela jechała z nim na sygnale, ściskała mu rękę. Operacja, od razu.
Guz wątroby.
Rak?! jęknęła Aniela.
Nie rak, jednak guz był wielki jak księżyc na niebie. Długie leczenie, powolna regeneracja. Antoni się poddał; nawet matka, pani Krystyna, nie mogła go pocieszyć.
Synku, nie rozpoznaję cię!
Już jestem nikim inwalidą
Marzenia kruszyły się jak kawałki lodu na szosie, lecz Aniela twardo trwała przy nim.
Jesteś głupi, Antku! Nogi i ręce na miejscu, głowę masz na karku. Wątroba się odnawia, wyczytałam nawet jak połowa zostanie!
A czy ja mam czas? westchnął Antoni.
Po wyjściu ze szpitala z trudem odzyskiwał siły. Zbliżał się okrągły jubileusz; wszystko bez smaku, bez wódki i śledzika.
Ale Aniela jakby nie zauważała tych jego zmagań. Siadała obok, gotowała z nim dietetyczne potrawy i uparcie nie dawała się smutkowi.
W końcu Antoni się odważył:
Anielu… Co z nami teraz będzie? Jeśli zostanę już taki słaby?
A co ma być? Nic się nie zmienia! Dobrze mi z tobą.
Tak mówiłaś, póki wszystko robiłem. Teraz co dobrego? Nawet młotka nie mogę unieść bez zadyszki.
Objęła go, przytuliła twarz do jego karku.
Kocham cię, rozumiesz? I nie zostawię nigdy.
Wróciło życie do domu czerwoną nicią nadziei. Na urodziny nie było alkoholu, byli tylko najwierniejsi przyjaciele. Wieczorem siedli z Anielą na ganku, słuchali świerszczy, patrzyli na srebrny księżyc nad sennym Lublinem.
Tego dziwnego dnia Antoni pierwszy raz w miesiącach poczuł, że jest dobrze. Naprawdę dobrze.
Objął Anielę mocniej.
Co się dzieje, Antku?
Wszystko dobrze.
No, nareszcie szepnęła, całując go w policzek.
Byli szczęśliwi.



