*Dzisiejszy wieczór przyniósł mi dziwny spokój. Siedzę przy oknie, patrząc, jak sąsiadka wiesza pranie na przeciwległym balkonie. Poranne światło muska jej siwe włosy, uczesane w ten sam sposób od czterdziestu lat. W dłoni drży filiżanka z ostygłą herbatą.*
— Wala, no ile można tak stać? — dobiega głos Michała z kuchni. — Śniadanie stygnie.
Nie odwracam się. W odbiciu szyby widzę, jak mąż poprawia kołnierzyk koszuli. Siedemdziesiąt trzy lata, a wciąż dba o wygląd. Włosy wprawdzie przerzedzone, ale starannie zaczesane. Spodnie wyprasowane, buty wypucowane.
— Słucham cię, Misza — odpowiadam cicho.
Michał podchodzi bliżej, staje obok.
— O czym tak dumasz?
— Głupoty. Śnił mi się dziwny sen.
Odstawiam filiżankę na parapet. We śnie miałam dwadzieścia pięć lat, stałam przed lustrem w białej sukni. Obok krzątała się mama, poprawiając welon, szepcząc coś czule. Obudziłam się ze łzami w oczach.
— Jaki sen? — Michał bierze mnie za łokieć, odwraca ku sobie.
— Śniła mi się nasza ślubna chwila. Tylko nie taka, jaka była, ale piękna.
Mąż marszczy brwi.
— Co to znaczy „nie taka”? Przecież mieliśmy porządne wesele.
— Porządne — przytakuję, ale głos brzmi zmęczony.
Pobraliśmy się w urzędzie, potem poszliśmy do kawiarni we troje — ja, Michał i jego kolega jako świadek. Sukienkę kupiliśmy gotową, szarą, praktyczną. Na zdjęciach się uśmiecham, ale oczy mam puste. Jakbym patrzyła na obcą twarz.
— Chodź jeść — mówi Michał. — Spóźnisz się do pracy.
Pracuję w bibliotece od trzydziestu lat. Czytelnia, wypożyczalnia, kartoteki. Cisza i spokój. Michał początkowo się sprzeciwiał — po co żonie praca, on sam nas utrzyma. Ale uparłam się. Chciałam być wśród ludzi, wśród książek. W domu robiło się duszno.
Śniadanie mija w milczeniu. Michał czyta gazetę, czasem komentuje wiadomości. Ja jem owsiankę, myśląc o swoich sprawach. Za oknem pada deszcz.
— Wieczorem wpadniemy do Jacka — oznajmia mąż, nie odrywając wzroku od gazety. — Dzwonił, zapraszał na kolację.
— Dobrze.
— Gosia pewnie coś specjalnego przygotuje. Wiesz, jak się stara.
Jacek — nasz jedyny syn. Ożenił się trzy lata temu z Gabrielą, cichą i gospodarną dziewczyną. Lubię synową, ale każde spotkanie z młodymi przypomina mi o mojej własnej młodości, która przeszła jakby mimochodem.
W bibliotece dzień płynie zwyczajnie. Czytelnicy przychodzą i odchodzą, wypożyczam książki, układam je na półkach. W przerwie na lunch siadam w kącie czytelni, otwieram tomik wierszy. Trafiam na wers: *„A szczęście było tak możliwe, tak bliskie…”*
— Pani Walentyno, mogę na chwilę? — woła koleżanka, młoda dziewczyna, Kasia.
— Oczywiście. Co się stało?
— No właśnie, nie wiem, co robić. Tomek się oświadczył, a ja się waham.
Kasia siada obok, nerwowo gniecie rąbek chusteczki. Ma czerwone oczy — widocznie płakała.
— O co chodzi? Nie kochasz go?
— Kocham! Bardzo! Ale mama mówi, że to nie jest odpowiednia partia. Że praca u niego taka sobie, perspektyw brak. A Wojtek Nowak ma własną firmę, też się o mnie stara.
Patrzę na nią. Dwadzieścia dwa lata, ładna, całe życie przed sobą. I ten sam wybór, który stał kiedyś przede mną.
— A co mówi serce?
— Serce… — Kasia wzdycha. — Serce wybiera Tomka. Ale mama ma rację, pewnie. Trzeba myśleć głową, nie sercem.
— Kasieńko — biorę ją za rękę. — Wiesz, co ci powiem? Głową oczywiście myśleć trzeba. Ale jeśli całkiem przestaniesz słuchać serca, będziesz żałować całe życie.
— Pani tak myśli?
— Myślę. I nie tylko myślę — wiem.
Po pracy nie śpieszę się do domu. Idę do parku, gdzie biegałam jako dziewczyna. Tu poznałam Michała. Był wtedy w wojsku, przyjechał na urlop do rodziny. Przystojny, postawny, w mundurze. Wszystkie dziewczyny za nim wzdychały.
A ja kochałam się w Leszku Malinowskim, chłopaku z sąsiedztwa. Leszek studiował, pisał wiersze, grał na gitarze. Wieczorami siedzieliśmy na ławce pod blokiem, a on czytał mi swoje utwory. Planowaliśmy ślub, wspólne życie.
Ale mama była przeciw.
— Waluś, zwariowałaś? — mówiła. — Ten twój Leszek co? Student, grosza przy duszy nie ma, pracy porządnej też. A Michał — mężczyzna stateczny, w wojsku służy, później w zakładzie będzie. Ciebie utrzyma, dzieci. Pewny człowiek.
— Ale ja go nie kocham, mamo!
— Pokochasz. Z czasem. Miłość to w małżeństwie nie najważniejsza — ważny jest szacunek i zrozumienie.
Michał dbał o mnie uparcie. Kwiaty nosił, do kina zabierał, o poważnych zamiarach mówił. A Leszek… Leszek był romantykiem. Wierzył, że jeśli jest miłość, to reszta się ułoży.
Męczyłam się, nie wiedziałam, co robić. Z jednej strony rozsądne argumenty mamy, z drugiej — miłość do Leszka, która paliła serce.
Decydująca rozmowa odbyła się jesiennym wieczorem. Michał przyszedł oficjalnie się oświadczyć. Siedział w naszym małym pokoju, rozmawiał z mamą o przyszłości, o tym, jak będzie utrzymywał żonę. Ja stałam przy oknie, patrząc na podwórko, gdzie pod latarnią stał Leszek. Czekał na mnie, jak zawsze.
— No, Wala, co powiesz? — zwrócił się do mnie Michał.
Mama patrzyła wyczekująco. W oczach miała błaganie — powiedz „tak”, córko, nie bądź głupia.
Spojrzałam przez okno. Leszek wciąż stał pod latarnią, palił, podniósł głowę w naszą stronę. Nawet z tej odległości czułam jego wzrok.
— Tak — szepnęłam. — Zgoda.
Mama odetchnęła z ulgą. Michał się uśmiechnął, pocałował mnie w policzek.
A Leszek postał jeszcze chwilę pod latarnią, w końcu odszedł. Nigdy więcej się u nas nie pokazał.
Ślub wzięliśmy miesiąc później. Skromnie, bez wielkiego wesela. Uśmiechałam się, przyjmowałam życzeniaW pięćdziesiątą rocznicę ślubu z Michaelem, w białej sukni, którą wybrało moje serce, powiedziałam „tak” Leszkowi, bo w końcu zrozumiałam, że życie jest zbyt krótkie, by żyć cudzymi wyborami.



