Mszczona
Dwa lata temu Wojciech miał wszystko: rodzinę, żonę, plany na przyszłość, nadzieje Teraz nic już nie zostało. Ból po stracie nie pozwala żyć, nie da się go po prostu zaakceptować. Gdyby mógł cofnąć ten przeklęty dzień, zrobiłby wszystko, by go nie dopuścić. Gdyby
Po raz pierwszy od dwóch lat Wojciech pośpieszył do przygnębiającej ciszy pustego domu. W końcu miał wreszcie pomścić śmierć żony. Chciał wjechać po wódkę, ale zmienił zdanie. Nadszedł moment zemsty. Głowa musi być czysta. Wojciech położył się wcześnie spać i zasnął zaskakująco szybko. Po dwóch godzinach obudził się z sercem dudniącym jak młot, łapiąc powietrze w gardle. Często, jak teraz, śniła mu się Zuzanna, jej oddech tuż przy nim. Nasłuchiwał, licząc, że otworzy oczy i zobaczy ją obok. Nie było. Poduszka nie była zmarszczona. Znowu sen.
Ręką przesunął po pościeli. Natychmiast stała się ciepła pod jego dłońmi, dając złudne wrażenie, że żona jeszcze chwilę przed przebudzeniem leżała przy nim. Nie udało się już zasnąć. Leżał, wpatrując się w rozbielony w ciemności sufit. Wspominał dwa lata oczekiwania na zemstę, tęsknotę. Wróg wrócił wiedział o tym doskonale.
Tego przeklętego dnia Zuzanna poprosiła o wcześniejsze zwolnienie z pracy. Szła na kontrolę w przychodni po USG. Mimo że spodziewała się ciąży, wyniki testów już jej nie ufały. Przez lata starali się o dziecko, marzyli o potomku.
Zuzanna stanęła na krawędzi chodnika. Po drugiej stronie ulicy zapalił się zielony sygnał, a ona jako pierwsza ruszyła na pasy. Nie zauważyła nadjeżdżającego samochodu, który chciał wślizgnąć się przed tłum pieszych. Mógłby przejechać, gdyby nie rowerzysta pędzący z przeciwnej strony. Zderzenie było nieuniknione, ale kierowca skręcił w prawo, uderzając w Zuzannę. Zginęła na miejscu. W pobliżu znajdował się salon samochodowy.
Kierowcowi przydzielono dwa lata pozbawienia wolności. Zuzanny już nie było. Rowerzysta dostał jedynie siniaki po upadku. Lekarze stwierdzili, że Zuzanna nie była w ciąży. Wróg wrócił, zamierzał dalej żyć z żoną i synem. A Wojciechowi nie pozostało nic nic, żadnej nadziei. Od dawna postanowił zabić swojego wroga, przygniotć go tak, jak przygniotła go wóz. Nie będzie się chował, nie będzie uciekał, choćby sam miał zginąć. Umarł razem z żoną dwa lata temu. Czas oczekiwania na zemstę nie może się liczyć za życie.
Wojciech od czasu do czasu jeździł pod to skrzyżowanie, gdzie zginęła Zuzanna. Kupował kwiaty i kładł je na krawędzi chodnika. Przechodnie przechodzili obojętnie. Stał i próbował wyobrazić sobie, co mogła myśleć w ostatniej sekundzie życia. Pewnie liczyła, że tym razem usłyszy radosną nowinę. Wzięła ostatni oddech i wkroczyła na pasy
Jeździł na cmentarz, chodził do kościoła, lecz ulgi nie znalazł. Dopiero po odwetowaniu wroga odzyska wolność. Znużony bezsenną mąką, Wojciech wstał, wziął prysznic i starannie ogolił się. Powoli przegryzł kanapkę przy herbacie, patrząc na plamę na ścianie. Zuzanna planowała przyklejać nowe tapety. Wojciech nie zamierzał tego robić plama stała się częścią wspomnień o niej. Założył czystą koszulę. Wychodząc, rzucił ostatni rzut oka na pokój. Czy powróci?
Na początku machał po mieście, zabijając czas. Za wcześnie. Jego wróg jeszcze leniuchował na czystych prześcieradłach przy żonie. Albo już wstał, wyciągnął się, poszedł do łazienki, drapiąc się pod krocze. Załatwił potrzebę, ziewnął, wziął prysznic. Żona już przygotowała śniadanie. Wyszedł z łazienki, pachnąc żelem pod prysznic, pocałował żonę i usiadł naprzeciw syna przy stole Wystarczy zadrwił Wojciech. Wróg wygląda za dobrze, by być mordercą żony.
Teraz Wojciech wyobraził sobie, że wczoraj wieczorem wróg solidnie wypił, nadrabiając dwa lata. Rano wstał z brutalnym bólem głowy i żarliwym pragnieniem. Wlał sobie ręką szklankę wody, napił się prosto z kranu, jak w więzieniu. Nie ogolił się. Poszedł przy garściu bielizny i koszulki do stołu Teraz wszystko gra. Taki powinien być wróg. Nie żałuję.
Odwrócił samochód i ruszył w stronę domu wroga. Na podwórku zaparkował tak, by widzieć wjazd. Na placu zabaw bawiło się dwoje dzieci. Wojciech przygotował się czekać. Prędzej czy później wróg wyjdzie sam albo z rodziną, nieważne. Nie dziś, ale następnym razem zemsta go dopadnie.
Były ostatnie dni kwietnia. Na krzakach i drzewach, zwłaszcza po słonecznej stronie podwórka, pojawiły się młode pąki. Asfalt po nocnym deszczu jeszcze nie wyschnął. Niebo było zachmurzone. Chłodno.
Nagle z drzwi wyjścia wybiegł chłopiec, miał chyba sześć lat. Pobiegł na plac, ale zobaczył powoli podjeżdżający SUV Wojciecha i podszedł do niego. Może to syn wroga? Być może. Wojciech opuścił szybę.
Czego chcesz, chłopcze?
Nic. Spojrzał na Wojciecha z góry, nie przestraszony, nie uciekł. Mój tata też miał auto. Nie takie wypasione jak twoje.
I co się stało? Sprzedał? Wojciech ucieszył się, że tak łatwo może dowiedzieć się o wrogu.
Tak. Rozbił się w wypadku, jeszcze nie kupił nowego.
Wojciech przyglądał się chłopcu, szukając podobieństwa do wroga. Nie udawało się. Być może przypominał matkę. Nie pamiętał jej twarzy. Lecz twarz wroga miał w pamięci wyraźną. Na szybę spadły rzadkie krople deszczu.
Chcesz usiąść w samochodzie? Wskakuj, inaczej przemoczysz się. Wojciech pochylił się i otworzył drzwi pasażera.
Chłopiec zastanowił się chwilę, ale deszcz przygęszczał. Wskoczył na wysokie siedzenie, zamknął drzwi. Dźwięk deszczu w kabinie był ledwie słyszalny. Chłopiec patrzył na deski rozdzielczej z czerwonym podświetleniem.
A podgrzewane siedzenia? Benzyna dużo jeż? zapytał w swym dziecięcym, lecz dorosłym tonie.
Wojciech ochoczo odpowiadał na wszystkie pytania. Pomyślał, że stać na środku podwórka z chłopcem może być niebezpieczne.
Może pojeździmy? Deszcz i tak pada.
Chłopiec podejrzliwie spojrzał na Wojciecha.
Jeśli nie chcesz, po prostu usiądziemy rzekł głośno Wojciech, myśląc o sobie: Niezłomny, sprytny chłopczyk.
Mamusiu będzie narzekać. Rozumiem.
Chłopiec znów spojrzał na Wojciecha.
Nie ma co. Tylko chwilka.
Wojciech odjechał z podwórka, myśląc, czy ktoś go zobaczył. Dzieci nie mają pojęcia o markach aut, nie zapamiętują numerów.
W głowie powróciły słowa: najlepszą zemstą jest pozbawić ofiarę tego, co kocha. Decyzja przybyła nagle, samoistnie.
Jak masz na imię?
Witek odpowiedział chłopiec z zapałem.
Co? To znaczy, że jesteśmy imiennikami. Nazywam się też Wojciech.
Zabijać nie będę. Nie dam rady. Chłopiec nie jest winny. Wróg to inna sprawa nawet jeśli to mój wrogi syn. Po prostu odprowadzę go dalej i zostawię. Nie wyjdzie. Niech szuka swojego ojca, cierpi.
Rozmyślania przerwał Witek.
Co? zapytał Wojciech.
Powiedziałem, że to nie tata potrącił tę kobietę. Mama prowadziła auto. Tata siedział obok.
Jaką kobietę? dreszcz prześlizgnął się po kręgosłupie Wojciecha.
Moja Zuzanna nie została potrącona przez wroga, lecz przez jego żonę? Wojciech nie zauważył, że wykrzyczał to na głos.
Tak. Tata wziął winę na siebie. Mama nie wytrzymałaby w więzieniu. Jest chora, często leży w szpitalu.
Skąd to wiesz?
Nie jestem mały. Słyszałem, jak rodzice szeptali. Mama sama mówiła.
Wojciecha ogarnął gorący dreszcz. Mokrymi dłońmi mocno ścisnął kierownicę.
Dlaczego mi to mówisz? Co jeśli pójdę i zgłoszę to na policję?
Witek spojrzał na niego.
Tata już odsiaduje. Czy można dwa razy karać za to samo przestępstwo?
Nie sądzę. Tak mi się wydaje wymamrotał Wojciech, zmuszony do uśmiechu.
Nie zauważył, że wyjechał poza miasto. Witek patrzył przed siebie szeroko otwartymi oczami. Mokry asfalt, poplamiony białymi liniami, rozciągał się pod kołami.
Dokąd jedziemy? spytał Witek.
Wojciech poczuł, że w głosie chłopca słychać strach.
Zastanawiam się zahamował przy poboczu, opuszczając szybę, wciągając w twarz świeże, wilgotne powietrze. Odgłos przejeżdżających samochodów stał się wyraźniejszy.
Czy coś cię boli? w głosie Witka zabrzmiała niepewność, a spojrzenie było tak rozumne, że Wojciech poczuł przypływ gorąca.
Czy on naprawdę rozumie? Czy czuje? Dzieci i zwierzęta nie da się oszukać. Co ja robię? Wojciech obrócił auto i zawrócił w stronę miasta.
Zuzanna nie wróci. Wróg nie potrącił jej. Wziął winę żona. Odsiadł. Kogo teraz mścić? Ją? Ona sama się ukarała, nie długo jej zostało. Co Witek mówił? Ma jedną nerkę i ona nie działa. Co ze mną? Postanowiłem pomścić niewinnego chłopczyka
Z kim byłeś, kiedy mama leżała w szpitalu?
Z babcią. Ale ona ma chore serce i nie lubi matki.
Wojciech patrzył na mokrą wstęgę asfaltu, która zmierzała w stronę nieba. Deszcz ustał.
Ile masz lat?
Siedem. We wrześniu pójdę do szkoły. A wy macie dzieci?
Wojciech zadrżał. Jak powiedzieć chłopcu, że bardzo pragnął syna? Tak samo sprytny. Ale jego matka zabiła Zuzannę Pomyślał, że rodzice już mają syna, biegają po podwórku, może już wezwali policję.
Dojechaliśmy rzekł Wojciech.
Wjechali na podwórze. Dzieci schowały się w domach przed deszczem. Nikt nie biegał wokół w szale i łzach. Witek otworzył drzwi.
Do kogo przyjechaliście?
Wojciech nie od razu zrozumiał pytanie.
Co? A przyjechałem do znajomych. Nie było ich w domu.
Witek zeskoczył na asfalt.
Czy jeszcze przyjedziecie?
Zobaczymy. Jeśli przyjadę, pojedziesz ze mną? Nie mam syna. Nie mam córek. Nikt nie jest przy mnie zawahał się. Jeśli twój ojciec kupi nowy samochód, to będzie świetna okazja. Nie pożałuje.
Dziękuję. Do widzenia dźwięk zamkniętych drzwi połączył się z szumem deszczu.
Do widzenia odparł Wojciech, uśmiechając się cienko.
Witek stanął przy wejściu i odwrócił się. Wojciech podniósł rękę. Pojechał z podwórza, kupił w najbliższym sklepie butelkę wódki. Nad brzegiem Wisły usiadł na mokrej trawie, wypił prosto z kieliszka. Żołądek spłonął jak ogień. Położył się na plecach i wpatrywał się w niebo. Chmury rozeszły się, odsłaniając błękit.
Hej, wujku, nie przeziębisz się? rozległ się chrypliwy głos.
Wojciech otworzył oczy. Przed nim stało dwóch nastolatków. Najwyraźniej zaśnieł. Podskoczył na nogi, podszedł do samochodu.
Hej, wujku, weźmy wódkę? zawołał jeden z nich.
Za wcześnie na picie odpowiedział Wojciech, podnosząc z ziemi prawie pełną butelkę.
Za plecami rozległo się przykre przekleństwo. Wojciech nie odwrócił się. Wsiadł do auta i pojechał do domu. Po raz pierwszy od dwóch lat poczuł się wolny.
Boże, ledwie nie popełniłem strasznego. Dziękuję, że mnie ochroniłeś. Gdybym miał takiego syna szepnął, a droga przed nim rozmyła się w łzach.
Zemsta to życie poświęcone wrogiemu człowiekowi. Kiedy mści się, w rzeczywistości poświęca się własne, jedyne i niepowtarzalne życie na drugiego, a zwłaszcza na wroga. Przegra się, nawet wygrywając.



