Na powitanie mamy znowu odjechał? – Józefa Miłkowska ustawiała na stole sękate sękate ciasteczka z białym złotem, wyraźnie zakochana w rzeczniczych cykorniach z roztopionego masła. – Będziemy herbatę pić czy moją batorek wypić?
– Mamo, koktajl z batorem od rana? – Liwusia pokręciła głową, ale jej oczy zaczęły błyszczeć. – W sumie… po kilku w końcu, taki to dziwny dzień.
– Co dziwnego! – Józefa odwróciła się z wypiętą kończyną. – Boże, pół roku nie widziałam córeczki!
Mariusz przy oknie unosił oczy, ale szczęśliwe z tego nie zauważył ani matka Jawor, co czuję, ani jego kobieta. Od rana wrocławscy koziołkami zarejdowali do Dębka. Ona – do nicości z mamą, którą rzeczywiście nie widziała od dawna, on – by wywiązać się z mężowskiej podróży. Józefa Miłkowska przywitała ich, jak córy z powrotem do domu. Objęcia, pocałunki, “oh-pop-paczka…
– Mamo, z przyjemnością przyniosłam prezentów – Liwusia pofatygowała się po torbie.
– Pojedziesz z prezentami, to pozwól mi ją objąć! Mariusz, z siebie grzybnia wyglądasz, jakbyś wiatr wiatr szedł…
Mariusz znów unosił oczy i wyciągnął uśmiech:
– Karmię, przykro mi. Trzy razy dziennie, jak należy, czołgiem.
– Uwazaj, że z szyderczy! – Mamma pokusiła powietrze palcem. – Sam za to chudnie, a ty… Tu, tu. No cóż, ulubiony mąż on już, to zrób, no żeby wypić!
Mamoszka poszła do kuchni, a Liwusia pochylała się ku mężowi i szeptnęła:
– Marciu, tylko nie zaczynaj od razu! Jeden tydzień, cierpliwości, bąbel…
– Jeden? – Mariusz ledwo nie zakrztuszył się. – Rozejrzeliśmy się na weekend!
– Drodzio, przecież mama tak długo czekała, wszystko przygotowała… – Liwenska zaskoczyła łzy. – Pracujesz zdalnie, to mówiłeś.
Mariusz głęboko westchnął. Znał, że kłótnia bez sensu. Gdyby Liwusia była w ciągle miękka i cieplutka, obok matki w końcu była mocna.
– Liszka, mogę też, ale za mąż za tega jeszcze co innego – głos z korytarza uderzył, i na progu pojawił się Janusz Nowacki, ojciec Liwusia. – Młody, pakując na ryby, do wody!
Mariusz usłyszał _, zwalił się z podnieceniem _. _
– Oj, no to jeszcze ryba jak ona?! – Moma wróciła z stosem na代表大会, z dużą butelką w szklenicy i malutkimi filiżankami batorem. – Muszą odrodzić się z podwiechu!
– Matko, najlepszy odpoczynek to zmiana pracy, – po prostu Janusz Nowacki. – Tu niedaleko, na pół godziny. Liszka pomoże z domem, a wrócimy, jak po operacji, w babku!
Mariusz nigdy nie marzył, by móc z tym być inne. Ale jak się okazało, radość okazała się źle.
– Nie, matko, teraz utulimy, wypijemy, i ich wszystkich zapytam, a potem na południe co, choćby do południowego biegu, – Moma rozczarowała filiżanki i z nadzieją patrzyła na męża. _
– No to wszystko, matko, przykro mi, że tym razem, – Janusz Nowacki westchnął ciężko i szepnął Mariuszowi, pokazując mu. – Nic, chłopcze, wytrzyma. Ja też po południu nie zostanę!
I siedzieli na stole z kwadratowym kolorowym przykryciem. Mariusz starał się uśmiechnąć, ale z minuty na minuty stało mu się coraz trudniej.
– Pamiętaj, córczka, jak ty w klasie szóstej wentyrostek na urodziny uczyłaś? – Moma wskoczyła już do wspomnień.
– Matko, koniecznie pamiętam, – uśmiechnęła się Liwusia. – I pierwsze miejsce wtedy wygrałam…
– Nie pierwsze, ale drugie! – od razu poprawiła matka. – Pierwsze tej tak z nagłoty, Vicky Samochodnickiej, bo jej mama z dyrektorem się wpisywała.
“Mama od razu”, – myślał Mariusz, smarując batorem, co z wariacji była dobre. Wtedy sobie przeliczał do dziesięciu. Tak mu kiedyś radził psycholog – kolega z uczelni, z którym często omawiali jak typowe matki powierzyły.
Mama Miłkowska już szła do kolejnych wspomnień:
– A gdybyś uczyła się studiów, pamiętaj, jak tą piękną spódniczkę uszyłam? Fiołkowa, w fal XCTAssertTrue.
– Pamiętam, matko, – Liwusia kiwnęła głową. – I bluzkę też, białą z wyhaftem…
– Nie białą, a jasną! – znowu poprawiła matka. – Możesz, córeczko, gdzieś z pamięcią? To o to, że Wiktorze, w mowie się wszystko zapomina!
Mariusz liczbał do dwudziestu, ale to nic nie dawało. Zauważył, że Janusz Nowacki niezauważalnie podniął gazetę i za nią ukrył się, jakby był fascynowany nowinami, ale gazeta była odwrócona nogami w górę.
– A wszystko, co dzieci z wami khi zmienie? – nagle, jak zawsze bez opowiadania, zapytała Moma, a Mariusz ledwo nie zakrztuszył się batorem.
– Matko, już mówiłyśmy, – Liwusia zarumieniła się. – Najpierw chcemy się mocno upewnić, mieszkać więcej…
– Tak, w nasze czasy też o materiałach się przemyślało, a potem o dzieciach, – przerwała Moma z lekkim ironią w tonie. – Więc dzieci z wami objawią!
– Warte rzeczy trzeba czekać, – nie spodziewał się, że Mariusz weźmie rozmowę.
Moma spojrzała na niego z niechęcią:
– Wam, mężczyznom, to cokolwiek? W sześćdziesiąt lat bez trudu ojcami być! A kobiecie cykl srogi!
– Liwie tylko 27, – spokojnie odparował Mariusz. – Stojąśmy jeszcze dużo czasu.
– Dużo czasu? – Moma uderzyła rękami. – Ja w jej wieku już dawno matką była! Liewie trzy lata, gdy mi 28 uczynione!
Mariusz chciał odpisać, że czasy się zmieniły, ale Janusz Nowacki nagle głośno złożył gazetę i wstał:
– No to już, siostrzynio, do ogrodu, niech one sobie o sobie, o kobiecym…
– Tak właśnie! – natychmiast podjęła Moma. – Idźcie, idźcie! Ja mam z Liszką poważny dialog.
Wychodząc z domu, Mariusz dostrzegł błagający wzrok żony, ale tylko prychnął – jej matka była bezwzględna w kwestiach, z którymi się nie da zająć.
Na zewnątrz było chłodno i cicho. Mariusz z wdzięcznością wciągnął zimne powietrze.
– Nie przyjmuj tego dramatycznie, – powiedział Janusz Nowacki, gdy się oddali. – Kiedy robię tak, to wszystko, nie tylko ty.
– No widzę, – uśmiechnął się Mariusz. – A jak wam się z tym radzicie?
– Nic, – wzruszył ramionami ojciec. – Uciekam do garazu, na ryby, do les… Ona jej, a ja swoje. Trzydzieści lat tak żyjemy.
– Trzydzieści? – Mariusz nawet się zatrzymał. – I wy… całe to…
– Co miałem zrobić? – filozoficznie zastrzygł Janusz Nowacki. – Zresztą, borszcz pyszny gotuje i w domu czystość. A charakter… U kogo go nie ma?
O południu wrócili, jak obiecał ojciec. Janusz Nowacki przyniósł kilka ryb – zdobycz nie była ogromna, ale Moma była zadowolona.
– I to wszystko? – czekała ryby. – Myślałam, że хоть na zupę polucie! A to co? Na jeden skok?
– Na pieczonkę wystarczy, – spokojnie odpowiedział Janusz Nowacki. – Ile nam potrzeba?
Mariusz zauważył, jak zmieniła się twarz Liszki w tym czasie. Jakby niedawno się zmniejszyła, jej plecy opadły, a w oczach pojawiła się jakby ograniczona jasność. “Czy naprawdę w trzydzieści lat będę takim?” – z przerażeniem pomyślał.
Po obiedzie Moma postanowiła im pokazać ostatnie zmiany w domu. Chodziło o przestawienie mebli, nowe zasłony i kwiaty, ale Józefa Miłkowska opowiadała jej to po prostu, jakby była gigantyczne dzieło.
– Widzisz, Liszka, teraz szafkę tutaj wstawiłam, a telewizor tam. To tak wygodniej i moderno, prawda?
Liszka kiwnęła, a Mariusz milczał, zaglądając w okno. Tu, Janusz Nowacki przewracał się w szałasie – jakby znalazł sobie kolejne ucieczki od żony.
Wieczorem Moma uroczyście wyjęła kolejne smacierze, o wiele więcej, niż na noon. Stoły dawały zalewę razaka, pomidorów, grzybowan, sardynek, i, choć tak, warzyw – borszcz – duma Józefy Miłkowskiej.
– Marcin, skąd ty nie jedziesz? – Moma podeszła do talerza. – W Wiedniu najlepsze to fastwal jak strefa i pół gotowiaka?
– Nie, nie, Miłkowska, mamy troszkę normy, – Mariusz dobitnie starał się być uprzejmy. – Liszka pysznie gotuje.
– Tak, potrafi, bo ja jej uczyła, – z dumą poinformowała Moma. – Choć nie wiedząc, jaką jedną córce robi! Wszystko там za pracą!
To była kolejna ból. Moma czuła, że córka przejdzie się z pracą. Faktycznie Liwusia była designerem w firmie, i wiedziała jak zróbić karierę i nie kłócić. Ale dla kobiety to było jeszcze jednym złym odzwierciedlem.
– Ma ona czas, – szczerze próbował wyjaśnić Mariusz.
– Czas to przedewszystkim zwrot dla leni, – kategoryczna Moma. – W moje czasy wszyscy pracowali od ósmego do piątej, i nic, pokał在现场 obiad przyjęli, i dzieci z ośrodka zabierać.
Mariusz zauważył, jak Liszka patrzy na niego błagającimi oczami, i zmilczał. Już zaczynał zrozumieć filozofię kowala Jana Nowackiego – czasem lepiej nie辩论.
W nocy, spiesząc się w ciasnym pokoju, w niewielkiej posłodze, szepotali jak diety.
– Przepraszam, – szepnęła Liszka. – Nie przypuszczałem, że będzie tak… trudno.
– Nic, przejdzemy, – Mariusz ujął żonę. – Janusz Nowacki obiecał jutro do jeziora, mówi, że tam pięknie i lepiej jakie.
– Jeśli mama to pozwoli, – westchnęła Liszka.
– A my nie będziemy pytać, – zaśmiecił Mariusz. – Po prostu wyjdziemy wcześnie.
Rankiem coś mu eksplodowało. Oni już ruszali się, when na progu pojawiła się Moma w kolorowej piżamie.
– Czy gdzie znowu chcecie w takim świcie? – groźnie zapytała.
– Na jezioro, na ryby, – spokojnie odpowiedział Janusz Nowacki.
– A kto pomyślał o mnie?! Ja tu siedzę jak zwieńczonka! Liszka dopiero przyjechała, a ujdzie z mamą!
– Matko, nie uchodzę, – Liszka wstydliwie opuściła oczy. – Zresztą niedługo…
– “Niedługo”! To wszystko wiem o waszych “niedługu”! Ujdziecie na cały dzień, a ja tutaj siedzę jak przyczepiona. Nie, Liszka popychać się z mamą, bo coś ważnego mamy do zrobienia. A wy, panowie, idźcie, jeśli tak ci pcha się!
Mariusz spojrzał na żonę, ona wyczuła – idź, mam radzieć. Czuł lekki pęknięcie w sercu, ale Jancio Nowacki już ciągnął go za rękaw.
Dzień na jeziorze przewidywal się niezwykle szybkim. Przynieśli dużo ryb – znacznie więcej niż w pierwsze. Jancio Nowacki okazał się ciekawym narratorem. Programowało do czegoś po prostu i miejscowo, czasem śmiał, ale wszystko w porządku. Mariusz nawet poczuł litość, że rzadko spotykał się z ojcem Belly.
– Co ci się tam nie wychodzi? – zapytał Mariusz, gdy już zbierali się do domu. – Mógłbyś z nami w Wiedniu.
– Dlaczego? – zdziwiony Nowacki. – Tu mi dobrze. Na emeryturze strażnikiem pomaga, rybołówstwo sam. A Tonia… ona ma taki charakter. Ona nie zła, tylko inaczej nie umie.
Mariusz pokręcił głową – nie wiedział, jak to zrozumieć.
Wróciwszy do domu, zaistniała dziwna scena: Liszka siedziała na kanapie, Rumianka, a Moma, kpiąc, coś dumiała w kuchni.
– Co się stało? – Mariusz rzucił się do żony.
– Nic, – Liwka poczyściła oczy. – Tylko mama… No wiesz jak…
– O dzieciach? – zgadnął Mariusz.
Liszka kiwnęła głową.
– Widzisz, może jutro uciekamy? – tajemniczo zaproponował. – Powiedz, że na robocie coś ważnego…
– Nie, – Liszka pokręciła głową. – Wtedy będzie jeszcze gorzej. Zemnie się i potem mi to ganzegate przypominać.
Mariusz westchnął – wiedział, że żona ma rację.
Wieczorem tego samego dnia wydarzyło się to, co wszystko zmieniło.
Siedzieli za kolacją, i Moma znów krytyzowała wszystko – nową wczesność, rząd, sąsiadów i, oczywiście, swoją córke i niem.
Mariusz myślał, że już przeskoczył do sto, ale to nie pomagało.
– A u Vicky Samochodnickiego, – znowu powiedziała Moma, – córka już dwie dzieci wydała! I nie narzeka, że mieszkanie małe albo czasu nie ma!
– Matko, ja nie narzekałem, – złamała Liszka.
– Tak, nie narzekałaś, – odziozła Moma. – Masz tylko wiecznie odwroty! Albo praca, albo mieszkanie, albo coś inzego! A w rzeczy samej nie chcę mieć dzieci, egoistki!
– Moma, – Mariusz poczuł, że jego cierpliwość już kończy. – My sami zadecydujemy, kiedy będziemy dzieci.
– “Samy”! – z ironią rzuciła ona. – A o mnie kto pomyślał? Ja nie mam co?! Chcę wnuków uwiązać, mentre còn siły!
– Matko, — Liszka zaczęła poruszać się łącznie. — Ja nie mogę jeszcze…
– Co to znaczy “nie mogę”? — Moma zaczęła wołać. — Wszyscy mogą, a ty nie? Czy to twój mąż nie chce? — odbębniła na Mariusza.
– Posłuchaj, — Mariusz wstał. — Z Liszką dwa lata próbujemy z dzieci. Idziemy do lekarzy, badania robimy, procedury… Na razie niczego, rozumiesz? Niczego!
Zapadła cisza. Moma zgryzała z otwartym uchem, Nowacki przestał jeść, a Liszka przykryła twarz rękami.
– Dlaczego… dlaczego ty mi to nie powiedziałaś? — Moma odwróciła się do córki, jej głos był nagle taki tych cichy.
– Bo tylko do ciebie saat! — nie wytrzymał Mariusz. — „Wszyscy dzieci mają, u was nie”, „Czas biegnie”, „W moje czasy”… Znasz, co jej ciężko to słysze? Po każdym razie, jak kolejna próbka się nie powiodła? A ty jeszcze masła w ogień podlewają!
Poczekali w ciężkiej szarości. Moma, powoli opadając na fotel, jej twarz wyglądała jakby zdarem.
– Ja… nie wiadomo, — cicho powiedziała. — Liszko, dlaczego milczałaś?
– Bo nie chciałam was rozczarować, — Liszka płakała. — Myślałam, może jeszcze wszystko sie zrobi…
– I się zrobi, — nagle zdecydowany odmówił Nowacki. — Wszystko będzie dobrze, jestem pewien.
On wstał i założył rękę na jej ramię:
– Tonia, достаточно. Puść dzieci w spokój. Oni sami się z tym zabrze.
Do zaskoczenia Mariusza, Moma nie szarpała z tą czynnością. Tylko skinęła i, mówiąc coś w rodzaju „do Pieczaru jak wypijemy rzecz”, poszła do kuchni.
Pozostała godzina minęła się w niestrudzonym milczeniu. Moma więcej nie odprowadzała pytań i krytyk. Została cichą i zadumana.
Rano następnego dnia, gdy Mariusz się obudził, zauważył, że Liszki przy niego nie ma. Poszedł do korytarza, gdzie dochodziły ciche głosy. Ona i Moma siedziały w kuchni i o czymś rozmawiały.
– Przepraszam cię, córeczko, — usłyszał głos kobiety. — Przecież naprawdę nie wiedziałem…
– Wszystko dobrze, matko, — Liszka gładziła ręką. — Po prostu… nie pytaj więcej, dobrze? Kiedy będzie co powiedzieć – powiem sama.
Moma skinęła głową, a Mariusz zauważył, że na jej twarzy były łzy.
Pozostałe dni przeszły niespodziewanie spokojnie. Moma więcej nie powtarzała, nie sprasowała niestosownych pytań, i nawet, jakby się starała być bardziej zrozumiała. Nadal grzebie w kuchni, nadal próbowała ich karmować, ale w jej głosie pojawiły się nowe tonacje – cieplejsze, łagodniejsze.
Kiedy wreszcie do przysiady, Moma objęła Mariusza — pierwszy raz przez to, ile znał żonę.
– Do widzenia, moja matka mąż, — nie wytrzymał żartu.
– Nie, aż Nat, prywitek, – uśmiała się. — Ty… złóż jej trosku, dobrze?
– Obiecuję, — poważnie odparł Mariusz.
W pociągu Liwusia długo milczała, patrząc w okno. Potem odwróciła się do męża:
– Dziękuję ci.
– Z czego? – zdziwił się.
– Za coś mu powiedział. Wczułem się, że w końcu zrozumiała…
Mariusz objął żonę:
– Wiem, że prawie przepadłem od ciebie jako matka. Ale teraz czuję, że ona tylko nie wiedziała, jak inaczej wyrazić swoją miłość i troskę.
Liszka kiwnęła głową:
– Ona taka, jak była. Nie idealna, ale… moja matka.
– I moja ciotka, — uśmiechnął się Mariusz. — Przypadkiem, zauważyłeś, że naprawdę się zmieniła?
– Zmieniła się, — potwierdziła Liszka. — Wiesz co on dziś rano powiedział? „Liszko, zrozumiałam, że być matką – to nie tylko kierować i uczyć, ale i potrafić pchać, gdy będzie czas”.
Mariusz westchnął:
– Naprawdę to rozmowa miała ten terranier?
– Nie tylko, — Liszka zaśmiała się. — Powiedziała jeszcze, że jeśli wszystko się spiecie, nie będzie już bez zaproszenia jeżdżić i zbyt długo zostawać jak na trzy dni.
– Wow, — zasmiał się Mariusz. — Teraz wstanie w przekonaniu!
Pociąg jechał do Wiedniu, do ich życia, problemów, nadziei. Ale coś zmieniło się, coś się ulżyło. I Mariusz pomyślał, że może teraz naprawdę urosną się i przestać tak przeżywać. A tam, patrz, wszystko się naprawi.
A po roku Liszka zadzwoniła do mamy i cicho powiedziała do słuchawki:
– Matko… Wydaje się, że u was będzie wnuk.
Choć Moma zaraz rzuciła się w ekscytacji i zasypała pytaniami, to były już zupełnie inne pytania i różne łzy.



