Żegnaj, kochana teściowo

– No cóż, znowu wyjechał?! – Antonina Adamska z wściekłością rozprasowała ciasto oleistego kremu z różowymi awersami. – Czy czaj stołowy czy może moją domową piwałkę?

– Mamo, piłałka z rana? – Patrycja zarzuciła głowę, ale jej oczy zaszły gwiazdkami. – W zasadzie… można, skoro tyle czasu nie widziałyśmy się z panią.

– Czyżby nie?! – Antonina Adamska wykonała teatralne wycie. – Boże, pół roku!

Adam wpatrywał się w zewnątrz okna, zakładał brew, ale niemiarojędnik przeoczył. Od nadżytnicy w Warszawie do małego miasta w Mazowszu szli całe rano. Patrycja – po to, by wyświetlić matkę, którą rzeczywiście długo nie widziała, on – by spełnić mężowski obowiązek. Antonia Adamska przywitała ich, jak zwycięskich synów wracających do zgiełklerka. Uściski, pocałunki, różne awantury.

– Mamo, przyniosłam prezenty – Patrycja zaczęła wyciągać torbę.

– No cześć, tylko nie z martwym koniem! – Antona Adamska wycelowała palcem w Adama. – Sam siebie nie zawołasz? Moja córka tyni z nóg!

Adam znów zaśmiał się lekko i wy wymuszonym uśmiechem:

– Czyżby, kормлю, przypominam o trzy razy dziennie, jak należy.

– Szumak! – matka odwzajemnie wycelowała palcem w Adama. – A ty sam wisi sie? Szkoda, szkoda… No cóż, skoro mąż dochodzi – wstawaj piwałka!

Matka ruszyła do kuchni, a Patrycja szepnęła mu szeptem:

– Doro, chyba jeszcze nie empezaj? Tydzień mamy, wytrzyj…

– Tydzień?! – Adam niemal się porwa. – Mówiłyśmy o weekendach! Dzisiaj sobota, jutro niedziela i koniec, wracamy!

– Kocharze, ty… mama tak długo o tym marzyła, spędziła czas, spędziła kasy… – Patrycja gardła, sprobowrawing na pokazywać mu. – Możesz pracować zdalnie, sam powiedziałeś.

Adam westchnął ciężko. Wiedział, że argumenty są zbędne. Patrycja, choć typowo łagodna, sprostała matce i stała się nieprzestraszona.

– Córko, może i piwałką, ale innych planów z dawere? – rozległ się głos z przedpokoju. Janusz, ojca Patrycji, siusiał na kanapie. – Syn, ruszaj, na łowienie ryb!

Adam zasnarł – i z niecierpliwości, by uniknąć matkaszy, i z powodu szansy na rozmowę z Januszem, który był człowiekiem prostym i zrozumiałym.

– Chętnie! – aż ręce potrząsnął.

– Oj, co za łowienie ryb?! – matka wróciła z tacą, na której rosła ciemnoczerwona piwałka i kryształowe szklanki. – Muszą odpocząć po jazdzie!

– Mamo, lepszy odpoczynek to zmiana aktywności – Janusz spokojnie odparował. – Idziemy na parę godzin. Patrycja tu sobie poradzi, a my wrócimy jak blater w południe, jak sztyk!

Adam nigdy przed tym nie marzył, by czuć wdzięczność do ojca żony. Ale jak się okazało, marzył zbyt wcześnie.

– Nie, sami zaczniami, wypiemy, spytamy o wszystko, a ty idź jak na superpismienie, – Antonia Adamska rozstawiła szklanki, czekając na jedynego z mężczyzn.

– No cóż, mamo, rozkazy tu bez mnie – Janusz westchnął i do Adama szepnął. – Nic, przetrzymamy się. Ja po południu też sie nie zamieszczę!

Oto siedzieli wokół stółka, przystawionego staroświecką, ale niespodziewająco białą równej. Adam starał się uśmiechać, ale z każdej minuty cięczo mu rot ćmiel.

– Pamiętasz, córko, kiedy uczyłaś się szpiech we szkolnej szkole? – Antonia Adamska przeszła do wspomnień.

– Mamo, jakby nie pamiętać, – Patrycja uśmiechnęła się. – Wtedy zajęłam pierwsze miejsce…

– NIEPRAWDA! – szybko poprawiła matka. – Pierwsze zajęła ta sucha Veronika, bo jej matka dogadała sie z dyrektorem.

„Zaczął sie wir”, – pomyślał Adam, przyjmując piwałkę, która, do jego zaskoczenia, okazała sie dobra. Myślał szybko, kiedykolwiek tylko mniej więcej zapamiętał od psychologa, który regularnie rozmawiał o trudnych relacjach z teściową.

Antonia Adamska teraz przeszła do kolejnego wyznanienia:
– Pamiętasz, kiedy byłaś w uniwersyte liceum, szyć mi taką szarą sukienkę z falban…

– Pamiętam, mamo, – Patrycja zgodnie kiwnęła. – I jeszcze białą bluzkę z wyprawą…

– NIE! – znów poprawiła matka. – Biała to było czyste, a to było inweksyjne! Co ci się z głowy zaniósło, córko? To, że w Warszawie mieszkasz, wszystkiego ważnego zaniebrałaś!

Adam myślał szybciej, ale to nierejne pomagało. Zauważył, że Janusz tylko przykrył gazetą, żeby unikać rozmowy, choć gazeta była odwrócony w górę nogami.

– A kiedy mi dasz wnuki? – nagle, jak zwykle bez poprzednika, zapytała teściowa, a Adam nierycznie zacharczył.

– Mamo, już mówiłyśmy… – Patrycja przybrała czerwony. – Najpierw chcemy lżej mieszkać, może większą mieszkanie…

– Da, da, wcześniej też mówiłyśmy o materialnych rzeczach, a potem jest dzieci, – przerwała matka z lekkim ironią w głosie. – Tak niczego nic nie dostaniemy w takim tempie!

– Dobrze rzeczy trzeba czekać, – nieoczekiwane wtrącił sie Adam.

Teściowa przełączyła na niego wzrok, pełen nieuzyskany:

– Sami mężczyźni, to czego? Wy nawet przez sześćdziesiąt lat możecie być ojcami! A kobiecie natura daje wyznaczone …

– Patrycja ma dopiero siedemnastu, – spokojnie odparował Adam. – jeszcze czas.

– Czas?! – Antonia Adamska wyciągła jej ręce. – Ja w jej wieku już długo matką byłem! Patrycja miała trzy lata, kiedy urodziłam sie!

Adam chciał odpowiedzieć, że czasy się zmieniają, ale Janusz głośno złożył gazetę i wstał,

– No cóż, syn, idziemy na świeże powietrze, niech oni o swoim, że契

– To właśnie! – odparła matka. – Idźcie, idźcie! Tam u nas z Patryczną poważna rozmowa.

Wychodząc z domu, Adam zauważył pragnienie wzroc Patrycji, ale tylko żałośnie wzruszył ramionami – jej matka była niepokorny siłą, której nie mógł znieść.

Na zewnątrz było chłodno i cicho. Adam z wdzięcznością wciągnął chłodne powietrze.

– Nie reaguj tak dotknięte – powiedział Janusz, kiedy wyszli z bramki. – Ona wszystkich przeraża, nie tylko ciebie.

– Da, już zrozumiałem, – uśmiechnął się Adam. – Jak ty sobie z tym radzisz?

– Nic, – wzruszył ramionami. – Uciekam do warsztatu, na łowienie ryb, do lasu… Ona swoje, ja swoje. Tysiąc kroków od siebie mamy.

Do południa rzeczywiście wrócili, tak jak obiecal. Janusz przyniósł kilka małych karpi – nie wielkiego łowiska, ale matka tylko gestem wyrażała niezadowolenie.

– To i wszystko? – Antonia Adamska krytycznie oceniła ryby. – Myślałam, że choćby gołębie przynioszecie! A to co? Samemu kotu na razie!

– Na pieczeń wystarczy – widocznie odpowiadając Janusz. – Z naszego wystarczy?

Adam zauważył jak zmieniła sie Patrycja w ciągu tych kilku godzin. Wyglądała jakby wcale niska, jej ramiona opadały, a w oczach zaszła jakas oczekiwanie. „Czy i ja takim będę za tysiąc kroków?” – z horroru pomyślał sie.

Po obiedzie matka postanowiła im pokazać nowe zmiany w domu. W większości dotyczyły one nowej dystrybucji mebli, nowych firanek i szuflad z kwiatami, ale Antonia Adamska opowiadała o tym, jakby to była wielka rewolucja.

– Widzisz Patrycja, teraz szafoszata tu jest, a telewizor tam. Tak jest wygodniejsze i bardziej nowoczesne, prawda?

Patrycja kiwnęła, a Adam patrzył na okno, gdzie Janusz już zabierza sie do rękawic – aле, chyba coś znalazł jako ucieczka od żony.

Wieczorem matka zorganizowała kolejny posiłek, bardziej obfity niż wzór. Na stole pojawiły sie ziołowe ogóreczki, pomidory, grzybki, szlachetna sälka, i, oczywiście, bigos – sztandarbem Admonty Adamska.

– Ado, dlaczego nie jesz? – Matka przesunęła mu talerz z bigosem. – Czy tam, na płytkach, wszystko fastfoody i przetwory?

– Nie, co pani, – Adam starał sie być grzeczny. – Patrycja świetnie gotuje.

– Oczywiście, samochadzi jak niejedna – z dumą wypowiedziała sie matka. – Chociaż nie wiem, kiedy się awsze. Cała na pracy…

To był kolejny wrażliwy temat. Antonia Adamska uważała, że Patrycja poświęca za dużo czasu karierze. W rzeczywistości Patrycja pracowała jako grafik, ale z odpowiedzialnością i wszystko zorganizowała. Dla matki to było jednak nielito.

– Gli bateryja pracy – próbował wytłumaczyć Adam.

– Gli bateryja pracy to wymówki dla leniuchów – odparła matka. – W moim czasie wszyscy pracowali od ósmej do piątej, i wszystko się raszało.

Adam zauważył, jak Patrycja patrzyła na niego błagalnie, i postanowił milczeć. Już zrozumiał filozofię Janusza – czasem lepiej się nie kłócić.

W nocy, leżąc w małej sypialni na cienkiej podusce, szepotali jak nastoletni.

– Przepraszam cię – cicho powiedziała Patrycja. – Nie wyobrażałem sobie, że będzie tak… niespokojne.

– Da się, przeżyjemy – Adam objął żonę. – Janusz obiecał jutro zabrać sie na jezioro, mówi, że tam ładnie i rybi biegną.

– Jeśli mama ugasz, – westchnęła Patrycja.

– A my nie będziemy pytać – uśmiechnął sie Adam. – Prosto tańcząc.

Rano ich plan prawie się udał. Już się zbierali odwalać, kiedy na progu stanęła Antonia Adamska w kolorowej szlafroczku.

– Dokąd w takim porze? – głośno spytała.

– Na jezioro, łowienie ryb – spokojnie odpowiedział Janusz.

– A o mnie kto myślał?! Już i tak sama być? Patrycja dopiero odjechała, a już biegnie od mnie!

– Mamo, to nie bieg, – Patrycja skrzętnie opuściła wzrok. – Odjeżdżamy tylko na chwilę…

– „Na chwilę”! Już znam te wasze „na chwilę”! Uciekniecie na cały dzień, a ja tu, jak wiesza. Nie, Patyczek zostaje ze mną, mamy ważną rozmowę. A wy, panowie, idźcie, jeśli sie bardzo prurze.

Adam spojrzał na żonę, która lekko skinęła głową – idź, mówi. Czuł sie z-winny, ale Janusz już ciągnął sie za ramię.

Dzień na jeziorze przeleciał niesamowicie szybko. Nadal przyniósli ryby – dużo więcej niż pierwszy raz. Janusz okazał sie ciekawym rozmówcą. Nie liznął się do duszy, mówił po prostu i sensownie, czasem śmiał sie, ale z miejscem. Adam nawet żałował, że wcześniej z nim rzadko rozmawiali.

– Co byście wtedy nie przeprowadzili? – spytał Adam, kiedy już zbierali sie do domu. – Moglibyście z nami mieszkać w Warszawie.

– Dlaczego? – zdziwił sie Janusz. – Mi tu dobrze. Na emeryturze stróżem pracuję, łowienie ryb. A Tonia… no, charakter. To jej nie umie, po prostu.

Adam pokręcił głową – nie rozumiał anosity.

Wróciwszy do domu, zastali dziwną scenę: Patrycja siedziała na kanapie w łzach, a matka, zaciskając usta, coś głosiła w kuchni.

– Co się stało? – Adam rzucił sie do żony.

– Nic – Patrycja wytarła oczy. – Po prostu mama… znów jak zwykle…

– Znowu o dzieciach? – domyślił sie Adam.

Patrycja skinęła.

– Może lepiej wyrwać się jutro? – cicho zaproponował. – Powiedz, że coś pilnego na pracowaniu…

– Nie – Patrycja pokręciła głową. – Wtedy będzie gorzej. Mama zapolubi sie, i potem mi to będzie ciągle przypominać.

Adam westchnął – wiedział, że żona ma rację.

Wieczorem tego samego dnia wydarzyło sie to, co wszystko zmieniło.

Siedzieli za kolacją, a Antonia Adamska ponownie krytykowała wszystko – nową młodzież, rząd, sąsiadów i, oczywiście, Patryczkę. Adam liczył już do stu, ale nic to nie pomogło.

– A oto u tej Veroniki – wypaliła nagle matka – córka już dwie porwadziła! I nie lamentuje, jak mieszkanie małe czy czasu brakuje!

– Mamo, nie lamentuj jak zawsze – wyjęła sie Patrycja.

– Oczywiście, nie lamentuj – ostrzegła się Antonia Adamska. – U ciebie tylko przyczyny! Czasem robota, czasem mieszkanie, czasem coś jeszcze! A w rzeczywistości tylko nie chcesz, egzystencjaliści!

– Antonia Adamska – Adam poczuł, że cierpliwość sie topi. – Mi i Patryczka same zdecydujemy, kiedy będziemy mieć dzieci.

– „Same zdecydujemy” – znowu oderwała sie matka. – A o mnie kto myśli? Ja też nie jestem z młodych! Chcę wnuków nurkować, dopóki jeszcze sie da!

– Mamo – Patrycja zaczęła płakać. – Teraz nie mogę…

– Co to znaczy „nie mogę”? – Antonia Adamska podniosła głos. – Wszystkie mogą, a ty nie? Czy to twój mąż nie chce? – odwróciła wzrok na Adama.

– Porsz – Adam wstał od stołu. – Mi i Patrycja dwa lata próbujemy. Idziemy do lekarzy, robimy testy, procedury… jeszcze nie da, rozumiesz? Jeszcze nie da!

Nastała cisza. Antonia Adamska zastygł z otwartym uchem, Janusz przestał żuć, a Patrycja zakryła sobie twarz rękami.

– DLACZEGO… dlaczego mi nic nie powiedziałaś? – matka się przerżała do córy, głos jej zastygł nagle cisza.

– Bo ty tylko ją nawijasz! – nie wytrzymał Adam. – „U wszystkich dzieci, a u nas nie”, „Czas ucieka”, „W moim czasie”… Czy wiesz, jak trudno jej to słyszeć? Po każdej niepowodze daje sie w żebro, a ty jeszcze odpowiednio klin Owlajas!

– Ado… – Patrycja próbowała przestać męża, ale on już nie mógł się powstrzymać.

– Nie, niech wiedzi – niech wie, że ty po każdej rozmowie ze mną płaczysz! Że to wszystko jest źle! Że lekarze mówią – odpuść, nie myśl o tym, a jak sie to myśleć, kiedy ci to ciągle powtarza!

Zawieszone milczenie. Antonia Adamska powoli opadła na stolecie, jej twarz nabrała dziwne osunięcia.

– Ja… nie wiedziałam – cicho powiedziała. – Patrycja, dlaczego nic mi nie mówiłaś?

– Bo nie chciałam, żebyście płonęli – Patrycja płakała. – Myślałam, że wszystko się ułoży…

– I się ułoży – nagle silnie oświadczył Janusz. – Wszystko się da.

On podeszedł do żony i położył rękę jej na ramieniu:

– Tonia, wystarczy. Opuść dzieci w pokoju. One same to rozwiążą.

Do zaskoczenia Adama, matka nie kłóciła sie. Tylko skinęła i, sapcząc coś chyba „choćby zasztuflę,” oddały sie do kuchni.

Ostatnie dni przeszły dziwnie cicho. Matka nie podgrzewała, nie zadawała przykrych pytań i nawet, jak się wydawało, zaczęła bycie delikatniejszą. Nadal przestrzegała sie kuchni, próbując nakarmić ich do niescienia, ale w jej głosie pojawiły sie nowe tonacje – łagodniejsze, cieplejsze.

Kiedy nadszedł czas jazdy, Antonia Adamska objęła Adama – pierwszy raz, jak jestli się znały w całości.

– Pani, mamo – nie wytrzymał sie, żeby nie odpowiedzieć.

– Nie pani, tylko „do zobaczenia, syn” – uśmiechnęła sie. „Ty… niech ją do siebie weziesz, dobrze?”

– Obiecuję – poważnie odpowiedział Adam.

W pociągu Patrycja długo milczała, wpatrując sie prosto w okno. Potem odwróciła sie do męża:

– Dzięki ci.

– Za co? – zdziwił sie.

– Za to, że powiedziałeś jej prawdę. Chyba w końcu zrozumiała…

Adam objął żonę:

– Wiesz, niemal przestałem ciebie lubić. Ale teraz czuję, że ona tylko nie wiedziała, jak inaczej wyrazić swoją miłosć i troskę.

Patrycja skinęła:

– Ona taka, jak jest. Nie idealna, ale… moja mama.

– I moja teściowa – uśmiechnął sie Adam. „Kapnąć, czy naprawdę zmieniła sie?

– Zmieniła sie – potwierdziła Patrycja. „Wiesz, co mi powiedziała dziś rano? „Patrycja, zrozumiałam, że być matką – to nie tylko kierować i uczyć, ale też umieć puścić, kiedy najwyższy czas”.

Adam zaśmiał sie:

– Czy rzeczywiście taki filozoficzny były wasz rozmowór?

– Nie tylko – Patrycja uśmiechnęła sie szatańsko. „Tak sapnęła, że jeśli nam się wszystko zdarzy, że nie będzie bez zaproszenia i będzie się nie przebywać przez więcej niż trzy dni.

– Wow! – zaśmiał sie Adam. – Teraz mogę uwierzyć w cud.

Pociąg niósł ich powrotem do Warszawy, do życia, problemami, nadzieją. Ale coś się zmieniło, coś zaczęło być lżejsze. I Adam myślał, że teraz rzeczywiście mogą odetergotować się i przestać tak bardzo marzą. A może, nawet coś w końcu ruszyć.

A za pół roku Patrycja zadzwoniła do mamy i cicho, ściskając słuchawką, powiedziała:

– Mamo… wydaje się, że w końcu mamy wnuka.

I choć matka od razu zaszlochała z radości i zalała ich pytaniami, to były zupełnie inne pytania i zupełnie inne łzy.

Rate article
Fajna Tajna
Żegnaj, kochana teściowo