15kwietnia 2025r. W dzienniku
Złamałaś moje lustro, więc będziesz mi siedem lat dłużnikiem syknął Radosław Krawczyk, właściciel galerii ArtZerKo, pochylając się tak blisko, że poczułem nutę mięty w jego sprayu. Kawałki weneckiej tkaniny pod moimi butami brzęczały, odbijając lampy sufitowe niczym setki małych fleszy. W gardle miałem grubą warstwę kurzu: przeżyć można wszystko, ale nie dźwięk pękającego szkła, kiedy wiesz, że wartość ramy równa się rocznemu dochodowi.
Zapłacę wyszeptała Jadwiga.
Zapłacisz? Czym? Swoimi krzywymi witrynami? Od dziś pracujesz za darmo, dopóki dług nie spłacisz odparł, podając jej kartkę z notatką.
Pamiętam, jak piętnaście lat temu mała Jadwiga siedziała w warsztacie dziadkaszklarza, łapiąc odbicia w odpadkach amalgamatu. Dziadek podawał jej jabłkowy żel i mawiał: Szkło trzyma prawdę. Czasem straszne jest spojrzenie, ale kto się nie boi, lepiej siebie poznaje. Po jego śmierci matka sprzedała sklep, a Jadwiga wyjechała do Warszawy na studia wzornictwa przemysłowego, dorabiając przy wystawianiu witryn. To tam zauważył ją Radosław wysoki, czarujący, obiecał osobistą wystawę w zamian za kilka szkiców.
Początkowo nazywał ją muzą przestrzeni, całował dłoń przy każdym udanym projekcie. Potem, przyjacielsko, krytykował: Odbicia są za zimne, dodaj ciepła. Było to nieprzyjemne, lecz konstruktywne. Wiosną ton się zmienił: Jaka to faktura, skoro nawet wymiary mylisz?. Następnie przyszedły kary za zniszczone materiały. Jadwiga uspokajała się: Jest surowy, bo mogę lepiej.
Pewnego czerwcowego wieczoru układała podesty do nowej ekspozycji. Przy wejściu stało najcenniejsze dzieło Radosława XVIIIwieczne lustro w złotym oprawie. Jeden centymetr, a wózek z podestem zahaczył o ramę. Trzask, jak strzał. Cisza. Potem deszcz odłamków.
Czy wiesz, że to było licytowane na aukcję królewską? krzyczał Radosław, zagłuszając alarm.
Naprawię mruknęła Jadwiga, zbierając szkło do wiadra, znajdę renowatorów
Trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych, jeśli nie wiesz, albo siedem lat niewoli. Wybierz dodał, zerkając na jej zmartwioną twarz.
W piwnicy galerii, pozbawionej WiFi, Jadwiga wytwarzała instalacje według jego projektów: lampysoczewki, stołypryzmy. Radosław przyjmował je, przyklejając własne nazwisko na metkach. Wieczorami wracała do domu, otwierała laptop i składała cyfrowy kolaż z pękniętego lustra, szukając w chaosie linii, gdzie pęknięcia tworzyły twarz.
Raz w tygodniu odwiedzała ją Ola, ceramika z sąsiedniego warsztatu.
Gdzie zniknęłaś? Milczysz w czacie. zapytała.
Spłacam dług odparła Jadwiga.
Ola przyjrzała się jej skulonym ramionom, zmęczonym dłoniom.
Wiesz, jak rozbijają szkło, by wyczarować witraże? Najpierw podgrzewają, potem gwałtownie chłodzą. porównała.
Dzięki za metaforę uśmiechnęła się Jadwiga.
Metafora, ale mam w magazynie mnóstwo połamanej ceramiki. Jeśli chcesz, weź. Kawałek po kawałku, stworzymy coś nowego.
Jesienią do Warszawy przybył kurator mobilnego festiwalu Miasto Świateł Krzysztof Sokołowski. Szukał twórców na nocny performance w dawnej stacji kolejowej. W galerii pokazał mu projekty Radosława; Krzysztof skinął uprzejmie, ale jego wzrok przykuła kosz z połamanym szkłem w rogu.
Kto z tym pracował? zapytał.
Odpady odparł szybko Radosław. Nikt się tym nie interesuje.
Jadwiga podniosła głowę:
Ja się interesuję.
Na zewnątrz Krzysztof podszedł do niej:
Pokaż mi szkice, których nikomu nie pokazujesz.
Jak będę rozmawiać, zwolnią mnie. odparła.
Wręczył wizytówkę.
Spotkajmy się tam, gdzie nie ma twojego szefa. Jutro o ósm



