Zdradziła pamięć ojca.

Zawiodłam pamięć ojca.

Lidia Szymonowna snuła się po podwórkach już blisko godzinę, choć z mieszkania do piekarni było raptem pięć minut drogi. Ten wieczór był jednak szczególnie przygnębiający. Wcale nie chciało jej się wracać do pustego mieszkania, gdzie czekał na nią tylko zimny czajnik, od dawna nieumyta podłoga i tłusty kot Bonifacy, który przez ostatnie lata stał się jej jedynym towarzyszem. Chyba że liczyć jeszcze telewizor, który włączała z samego rana i wyłączała dopiero, gdy kładła się spać głosy prezenterów tworzyły chociaż namiastkę obecności żywych ludzi.

Nogi bolały, kolano ćmiło nieznośnie, pogoda była paskudna, a jednak Lidia skręciła na dziecięcy plac zabaw. Wszystkie huśtawki i ławki były już mokre, więc usiadła na samym brzegu ławeczki pod zardzewiałym grzybkiem i wsunęła głębiej ręce w kieszenie swojego starego, granatowego płaszcza, który nosiła już chyba z siedem lat nie było po co kupować nowego.

Kiedyś, gdy jeszcze żył Henryk, życie wyglądało zupełnie inaczej. Było głośno, pełno, czasem wręcz ciasno, bo w dwupokojowym mieszkaniu rosła dwójka dzieci starszy Romek i młodsza Jadwiga. Teraz Romek z Jadwigą wyfrunęli z gniazda, Henryka pochowano już piętnaście lat temu i nagle się okazało, że dzieci, którym oddała całe życie, uwiły własne gniazda bardzo daleko. Romek z żoną i dwójką dzieci zamieszkali aż we Wrocławiu, Jadwiga wyjechała do Gdańska, wyszła za jakiegoś świetnego informatyka i razem latali po delegacjach, podróżach, raz za granicę, raz do rodziców męża, a o matce pamiętali raczej z doskoku okazjonalnymi wszystkiego najlepszego, mamuś, całujemy i zdjęciami wnuków, którzy wydawali się jej obcy, dalecy i niemal nieznani. Nigdy nie przyjeżdżali do babci na wakacje, bo zawsze były jakieś kursy językowe, Hiszpania, wyjazdy albo korepetycje.

Lidia westchnęła, patrząc na przekomarzające się na mokrym asfalcie kruki. Dawniej była pewna, że dzieci będą jej podporą, że na starość otoczą ją wnuki, że będą dzwonić każdego dnia i chętnie przyjeżdżać, ale rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna Romek dzwonił czasem raz w miesiącu, jeśli nie zapominał, i zawsze mówił to samo: Mama, jak tam? Wszystko OK? U nas praca, dzieci chorują, nie mam czasu pogadać. Jadwiga zaś uznała chyba, że skoro przelała matce trochę pieniędzy na konto, to sprawa załatwiona i nie musi się niczym więcej przejmować.

Emerytura zamieniła się więc dla Lidii w niekończący się dzień świstaka: rano budziła się, włączała telewizor, karmiła kota, gotowała sobie owsiankę lub jajko, potem znów telewizor, obiad, spacer, wieczorem kawałek telewizji i sen. Czasem łapała się na tym, że komentuje na głos idiotyzmy prezenterów. Bonifacy w takich chwilach patrzył na nią swoim żółtym okiem, machał leniwie ogonem i szedł spać na fotel.

Tego wieczoru wyjątkowo nie chciała wracać do pustego mieszkania. Nawet kiedy zaczęło kropić, tylko bardziej otuliła się płaszczem i naciągnęła wełnianą czapkę na czoło.

Lidka? usłyszała nagle z boku. Lidia, to ty?

Drgnęła i podniosła głowę. Przed ławką stał wysoki, zgarbiony mężczyzna w starym brązowym prochowcu i kaszkiecie, spod którego wyzierały siwe skronie i czujne szare oczy. Poznała go natychmiast to był pan Gienek, sąsiad z klatki obok, który też często spacerował po osiedlu z laską. Czasem mijali się w windzie lub przy śmietniku, wymieniali parę zdań o pogodzie i na tym się kończyło.

Gieniu? zdziwiła się. Co pan robi na deszczu? Przeziębi pan się.

A pani? uśmiechnął się, siadając na brzegu ławki po uprzednim rozłożeniu gazety na mokrym miejscu. Już z okna widziałem, że pani tak siedzi i siedzi. Pomyślałem, że może coś się stało.

Nie stało machnęła ręką. Tylko nie chce mi się wracać do pustki. Straszna, gniotąca samotność, Gieniu. Tak bardzo, aż chce się wyć.

Znam to przytaknął i sięgnął po płaską piersiówkę. Wiśniówka rzucił, zauważając jej spojrzenie. Lekarstwo na smutki. Napije się pani? Sam prawie nie piję, ale czasem dla rozgrzania duszy się przydaje.

Lidia chciała odmówić, ale zaraz pomyślała: a cóż tu jeszcze tracić? Nikt nie zobaczy, nikt nie oceni. Wzięła piersiówkę, pociągnęła odrobinę. Palący płyn rozlał się po ciele przyjemnym ciepłem.

Dziękuję oddała. A pan? Sam pan tu?

Byłem żonaty westchnął Gienek, znowu pociągając łyk. Trzy lata wdowieństwa już mam. Synowie w Warszawie, jeden na Bielanach, drugi na Pradze. Praca, dom, własne życie. Przyjeżdżają dwa razy do roku, dzwonią w niedzielę. Ot i całe towarzystwo. A pani?

Dzieci daleko odpowiedziała krótko. Rzadko dzwonią. Mąż od dawna nie żyje.

No to widzę, jesteśmy dwoje podobnych samotnych dusz.

Zamilkli, patrząc, jak deszcz bębni o kałuże. To milczenie było jednak ciche, spokojne, jakby znali się całe życie i już wszystko sobie powiedzieli.

Wie pani, Lidka, od dawna panią obserwuję przyznał nagle Gienek, nieco zmieszany. Zawsze taka pani zadbana, czysta, a zawsze sama. Chciałem kiedyś zagadać, lecz jakoś odwagi brakło. A dziś taki znak losu, że siedzi pani tu pod deszczem. To się musiało zdarzyć.

Lidia spojrzała na niego z zaskoczeniem.

Obserwował pan? Po co?

A co mam robić? wzruszył ramionami. Z okna patrzę, pani zawsze o tej samej porze spaceruje. Jak pani długo nie ma, zaczynam się martwić.

Niesamowite uśmiechnęła się cicho, a zrobiło jej się ciepło i lżej na sercu, bo jednak komuś na niej zależy. Nie wiedziałam.

To co pani powie, może pójdziemy razem? zaproponował. We dwójkę raźniej i bezpieczniej. A jak trzeba, to i przed krukiem mogę panią obronić, choć z laską chodzę.

Przed krukiem? pierwszy raz od dawna się roześmiała.

Przed krukiem też. To jak? Umawiamy się?

Umawiamy się kiwnęła głową.

Od tego dnia wiele się zmieniło. Codziennie, jeśli pogoda nie szalała całkiem, spacerowali razem po parku za blokiem. Gienek okazał się byłym inżynierem z fabryki, przez całe życie rysował techniczne szkice, a na emeryturze zaczytał się w historii i sam pisał krótkie felietony do lokalnej gazety. Lidia, z zawodu księgowa, niewiele znała się na historii, ale chętnie go słuchała, wiedziała bowiem jak zadawać dobre pytania. Gienek równie chętnie słuchał jej opowieści o dzieciach, o tym, jak budowali z Henrykiem działkę i jak potem oddali ją za grosze, bo dzieciom nie była do niczego potrzebna.

Wieczorne rozmowy ciągnęły się do późna. Zaczęła gotować więcej, a kot Bonifacy, czując zapach domowego jedzenia, łasił się częściej.

Po miesiącu Gienek pierwszy raz został u niej na noc. Tak jakoś wyszło zagadali się, zaczęli pić herbatę z miodem, aż nagle zrobiła się pierwsza po północy. Lidia powiedziała bez namysłu:

Gieniu, zostań. Mam rozkładany tapczan, pościelę ci.

Nie będę przeszkadzał? spytał z iskierką nadziei.

No coś ty wzruszyła ramionami. Miejsca pod dostatkiem.

I tak było najpierw raz w tygodniu, później coraz częściej, aż w końcu Gienek przyniósł swoje kapcie, szczoteczkę do zębów, a potem i walizkę z ubraniami. Rano Lidia słyszała jego krzątanie się w kuchni i myślała, że życie znów nabrało koloru. Telewizor włączali już rzadko, bo rozmów im nie brakowało. Bonifacy na początku syczał, później spał u Gienka w nogach.

Gieniu, jutro zróbmy gołąbki! zaproponowała któregoś wieczoru, gdy pili herbatę z miodem. Kapustę uwielbiam, a samej sobie rzadko chce mi się robić.

Dobrze, ja kupię mięso, ty ugotujesz kaszę zgodził się.

I robili razem gołąbki, śmiejąc się w maleńkiej kuchni. Lidia myślała wtedy: Naprawdę zasłużyłam na taki prezent losu jesienią życia?.

Jedno tylko zatruwało jej radość dzieci. Lidia nie mogła się odważyć powiedzieć Romkowi i Jadwidze o Gienku. Wiedziała, jak czcili ojca dla nich Henryk zawsze pozostawał bohaterem. Bała się, że uznają jej nowego przyjaciela za zdradę. Minęło piętnaście lat, a oni wciąż co rusz powtarzali: Tata by to inaczej zrobił, tata by takim nie był.

Gienek czuł jej obawę, ale nie naciskał.

To twoje dzieci, Lidka. Powiesz, jak będziesz gotowa. Poczekam.

I wtedy przyszedł dzień urodzin, a dzieci zapowiedziały się w gości. Romek napisał: Mamo, przyjeżdżamy całą rodziną na twój jubileusz. Chcesz coś specjalnego na prezent? My, Jadwiga z rodziną i dzieci, będziemy trzy dni. Dawno się nie widzieliśmy, tęsknimy. Najpierw Lidia się ucieszyła, a zaraz potem ogarnęła ją panika. Chodziła po mieszkaniu w kółko, sama nie wiedząc, co robić.

Gieniu powiedziała wieczorem przy kolacji. Dzieci przyjeżdżają na trzy dni. Wszyscy, z wnukami.

Świetnie odpowiedział spokojnie, jedząc kotlet z kaszą. To mnie im przedstawisz.

Nie wiem, Gieniu Oni mogą tego nie zrozumieć. Ojca bardzo kochali. Boję się, że się obrażą urwała.

Lidka, przecież nie poznaliśmy się na wczasach. Jesteśmy dwojgiem starszych ludzi, którzy chcą sobie pomóc, żyć razem, wesprzeć się. Co w tym złego? Chyba zrozumieją.

Rzadko kto rozumie, Gieniu. Myślę Może na te kilka dni wrócisz do siebie? Przygotuję ich, opowiem, a następnego dnia przyjdziecie w gości, poznamy się spokojnie.

Gienek milczał, wpatrując się w talerz. Odłożył widelec.

Naprawdę chcesz, żebym się wyniósł? Po pół roku wspólnego życia? zapytał cicho. Kim dla ciebie jestem? Kochankiem, którego trzeba chować przed dziećmi?

Nie o to chodzi, Geniu. Tylko na kilka dni. Daj mi ich przygotować.

Po dłuższej chwili odrzekł tylko:

Skoro tak chcesz, rano się spakuję. Kocham cię, Lidka, ale nie będę facetem do ukrywania.

Nazajutrz Gienek się wyprowadził. Kiedy usiadła sama w pustym mieszkaniu, nawet rozpalone grzejniki wydawały się zimne. Bonifacy chodził między pokojami, jęczał, szukał Gienia.

Dzieci przyjechały dzień przed urodzinami, w sobotę rano. Romek z żoną Heleną i dwoma synami przyjechali autem, Jadwiga z mężem Arturem i córeczką Kasią z lotniska taksówką. Mieszkanie napełniło się hałasem, krzykiem, zapachami. Lidia krzątała się, nakrywała do stołu, kątem oka spoglądając na szafkę, w której leżały kapcie Gienka.

Wieczorem, gdy dzieci i wnuki poszły spać, Lidia poprosiła Romka i Jadwigę do kuchni. Serce kołatało, ręce jej drżały.

Dzieci mam z wami poważną rozmowę.

O co chodzi, mamo? zapytał Romek, zaniepokojony.

Nie jestem chora odpowiedziała. Ale poznałam kogoś. Pana Gienka z sąsiedniego bloku. Od kilku miesięcy mieszkamy razem.

Zapadła grobowa cisza. Romek zamarł z kubkiem kawy, Jadwiga wbiła w matkę zmrożone spojrzenie.

Co to znaczy mieszkamy? zapytała lodowato. Mamo, chyba żartujesz? Masz przecież swoje lata.

Sześćdziesiąt pięć. Ale to nie znaczy, że jestem nieboszczykiem odparła cicho Lidia.

Ale przecież tato syknął Romek. Ty do tego mieszkania, co załatwialiście z ojcem, sprowadziłaś obcego faceta?!

Nie jest obcy. Jest dobrym człowiekiem, inżynierem

Nie obchodzi mnie, kim jest! przerwał wściekły syn. Zdradziłaś tatę! Zdradziłaś jego pamięć! On nas wychowywał, żył tylko dla ciebie, a ty przyprowadzasz tu kogoś innego?!

Romku, nie krzycz, bo dzieci się obudzą wtrąciła Jadwiga, sama aż trzęsąc się z emocji. Mamo, rozumiem, że jest ci samotnie, ale to przesada. Powinnaś się z nami naradzić. Zapytać o zgodę!

Czyż ja do waszego życia się wtrącam?! Przecież jestem dorosła! Mam prawo do własnego szczęścia!

Szczęścia w tym wieku? syknął Romek. Masz myśleć o wnukach, nie o facetach! Przestajemy cię odwiedzać, jeśli będziesz z nim

Proszę was, dzieci Nie chcę wybierać. Kocham was, kocham też Gienka, on niczego nie zabiera, tylko daje mi ciepło

Albo my, albo on. Wasz wybór oświadczył Romek.

Łzy kapały Lidii na obrus przykryty na święto. Romek i Jadwiga wstali i wyszli, zostawiając ją samą.

W nocy nie zmrużyła oka. Przypomniała sobie, jak Gienek przynosił jej kwiaty, jak śmiali się razem w kuchni, jak Bonifacy łasił się do jego nóg. A potem znów widziała twarze dzieci gniewne, obce.

Ranek przyniósł jeszcze więcej pustki. Romek już przy kawie oznajmił: Wyjeżdżamy wcześniej. W takiej atmosferze nie zamierzamy świętować. Po godzinie mieszkanie opustoszało. Lidia stała patrząc na zostawione podarunki i czuła się, jakby ktoś ugodził ją nożem prosto w serce.

Przez cały dzień nie włączała telewizora. Bonifacy mruczał na jej kolanach, ale nie potrafił jej pocieszyć. Wzięła telefon i zadzwoniła do Gienka.

Gieniu… już nie przychodź. Koniec z nami.

Czemu? Dzieci się sprzeciwiły?

Bardzo Powiedzieli, że jesteś skreślony. Że jeśli będę z tobą, przestaną się ze mną kontaktować.

A ty ich słuchasz? Przecież jesteśmy rodziną, Lidka. Kocham cię.

Wiem Ale oni są moimi dziećmi. Ty jesteś cudowny, ale Przepraszam, wybacz.

Lidka, nie rób tego. Oni tobą manipulują. Widzisz to?

Widzę Ale nie umiem inaczej. Przepraszam, żegnaj.

Odłożyła telefon i popłakała się, jak nie płakała nawet po śmierci Henryka. Wtedy byli przynajmniej dzieci obok, a teraz nie było nikogo.

Minęły dwa miesiące. Lidia znów oglądała telewizję na cały regulator, komentowała prowadzących na głos, jadła prosty obiad tylko dla siebie. Bonifacy czasami siadał pod drzwiami i patrzył pytająco A gdzie Gienek?. Wnuki nie dzwoniły wcale, dzieci rzadziej niż kiedyś odpisywały lakonicznie Wszystko ok, mama?.

Pewnego wieczoru, kiedy wracała ze sklepu, spotkała w windzie sąsiadkę z czwartego piętra panią Zofię, słynną plotkarę.

Lidia! aż klasnęła w dłonie sąsiadka. Gdzie ten twój Gienek? Nie widziałam go od dawna! Dawno się rozstaliście?

Tak, pani Zosiu, rozstaliśmy się odparła cicho Lidia.

Ojeju, szkoda, taka fajna z was para była. Zresztą, on teraz bardzo chory. Ledwo chodzi, syn go odwiedził, ale zaraz znikł.

On chory? Na co? Lidia poczuła, jak serce jej omal nie przestaje bić.

A któż to wie, wygląda kiepsko, bladziutki i chudy jak szczapa.

Wysiadła na swoim piętrze. Stała z dłonią na klamce i myślała: Jest sam, schorowany, a ja dla dzieci odtrąciłam najbliższego człowieka?. Weszła do mieszkania, długo patrzyła na telefon, w końcu zadzwoniła.

Gieniu, to ja Jak się czujesz?

Lidka? A dzieci pozwoliły ci dzwonić? wychrypiał.

Nie mów o dzieciach. Słyszałam, że chory jesteś. Nawet nic nie powiedziałeś.

Po co miałem? Sam sobie radzę, a ty przecież wybrałaś swoje.

Głupcze ty mój wytarła łzy. Zaraz do ciebie przyjdę.

Chwyciła płaszcz, torbę i wybiegła z mieszkania. Za chwilę stała pod drzwiami na sąsiedniej klatce. Otworzył jej wychudzony, blady Gienek, ale jego oczy rozjaśniły się, jak nigdy.

Po co przyszłaś?

Bo jestem głupia. Ty też jesteś głupi. Przepraszam. Już wiem, czego chcę. Dzieci mnie nie potrzebują, ty potrzebujesz. Wracam do ciebie.

Objęli się mocno na korytarzu. Potem Lidia ugotowała herbatę, przygotowała kolację, została na noc.

Jutro zadzwonię do Romka obiecała. Powiem, że żyję z tobą i że już nie poproszę ich o zgodę. Albo mnie przyjmą taką, albo nie.

Nie warto się kłócić próbował jeszcze tłumaczyć Gienek.

Warto. Całe życie dla nich, oni szantażują mnie, że jak nie będę sama, przestaną odwiedzać. Koniec z tym. Też jestem człowiekiem. Moje szczęście to ty.

Nazajutrz zadzwoniła do syna.

Romku, podjęłam decyzję. Będę z panem Gieńkiem. Jeśli nie odpowiada wam to, trudno. Ale nie życzę sobie już szantażu i nie pozwolę nikomu sobą rządzić. Kocham was, ale teraz wybieram siebie. Pamięci ojca nie zdradzam nie wam sądzić.

Zapadła cisza, w końcu usłyszała tylko szorstkie: Ty wiesz, co robisz.

Po tygodniu przyszła wiadomość od Jadwigi: Mamo, nam z Romkiem to się nie podoba, ale jeśli ci tak lepiej Przyjeżdżaj do wnuków, kiedy chcesz. Tylko nie opowiadaj nam o Gieńku. Po prostu nie chcemy wiedzieć.

Odłożyła telefon, westchnęła ciężko pełnej akceptacji nie dostała, ale wiedziała, że to kompromis. Najważniejsze, że miała przy sobie Gienia i Bonifacego, który mruczał u jego stóp, a telewizor cicho szumiał gdzieś w tle. Ale nie słuchali go prawie wcale, bo mieli sobie nawzajem dużo do powiedzenia.

Gieniu powiedziała z uśmiechem. A może jutro znów zrobimy gołąbki? Kupiłam już kapustę.

Dobrze, ja kupię mięso, a ty ugotujesz kaszę odparł i oczy jego błyszczały szczęściem.

Rate article
Fajna Tajna
Zdradziła pamięć ojca.