Jadwiga nie mogła znaleźć sobie miejsca — krążyła po grywanie niczym osaczony zwierzak. Zachowanie męża nie dawało jej spokoju. Ostatnich dni Jan stał się nadzwyczaj troskliwy: pomagał w domu, gotował pyszne obiady, przynosił kwiaty. Te wszystkie oznaki uwagi budziły jej niepokój. „Na pewno coś przeskrobał” — myślała Jadwiga, podchodząc do okna. Wzrok mimowolnie opadł w dół — i serce ścisnęło się boleśnie. Gwałtownie odskoczyła. „Czyżby był do tego zdolny?” — szepnęła, nie wierząc własnym oczom.
W tej samej chwili za plecami rozległ się kobiecy głos. To była jego żona — Krystyna.
Jan stał przy oknie, obserwując, jak Jadwiga, ich sąsiadka, wyprowadza na spacer swojego małego pieska. Krystyna podeszła, również zajrzała przez szybę i natychmiast się zaniepokoiła.
— O czym tak rozmyślasz? — spytała, chłodno.
— O pracy — westchnął, unikając jej wzroku. — Jeden z pracowników narobił bałaganu, teraz muszę wszystko poprawiać.
Przyjrzała się na męża uważnie. Cos w jego głosie i wyglądzie zdradzało kłamstwo. Ale tylko skinęła głową i wyszła do kuchni.
Jan czuł, jak narasta w nim irytacja. Krystyna coraz bardziej działała mu na nerwy: stała się drażliwa, drobiazgowa. Zaczął szukać ciepła gdzie indziej. I znalazł — w Jadwidze. Była cicha, uśmiechnięta, mieszkała sama piętro wyżej.
Tamtego wieczoru w pracy wyłączyli prąd i odesłali go wcześniej do domu. Poleżał chwilę, potem wyszedł na spacer. Jadwiga akurat była na podwórku. Nie wytrzymał — podszedł, zaczęli rozmawiać. Skończyło się w kawiarni. A potem — u niej.
Rano obudził się z ciężarem winy. W domu wisiało ich ślubne zdjęcie, gdzie oboje — młodzi, zakochani. Przypomniał sobie, jak przysięgał jej wierność. „Na zawsze” — to słowo teraz brzmiało jak szyderstwo.
Przygotował obiad — zapiekankę, ulubioną potrawę Krystyny. Gdy wróciła z pracy, zmęczona, ale zadowolona, pochwaliła go, nawet pocałowała. A on stał ze sztucznym uśmiechem i powtarzał w myślach ostatnie wydarzenia.
Kilka dni później miał wolne. Unikał Jadwigi, czuł się podle. Ale ciągnęło go jak magnes. Gdy Krystyna poszła do pracy, znów znalazł się w mieszkaniu sąsiadki.
Krystyna zaczęła zauważać zmiany. Jan stał się nadmiernie usłużny, ale i zdystansowany. Czuła, że coś ukrywa. I pewnego dnia, widząc, jak ukradkiem obserwuje Jadwigę przez okno, wszystko stało się jasne.
Awantura wybuchła w kuchni.
— Śpisz z nią? — wyrzuciła z siebie, wskazując palcem w stronę okna.
Jan zastygł. Potem zaczął bełkotać głupie wymówki, ale było za późno. Wyrzuciła go bez wahania.
— Idź do niej! Wygodnie ci, piętro wyżej. Wyprowadzaj się!
Próbował coś tłumaczyć, ale Krystyna już nie słuchała. Wyszedł, pakując rzeczy, i wkrótce jego głos rozległ się na klatce schodowej:
— Jadziu… Wpuścisz mnie? Wyrzuciła mnie…
Jadwiga, najwyraźniej zaskoczona, po chwili wahania otworzyła drzwi.
A Krystynie po policzkach płynęły łzy. Nie z bólu — z rozczarowania. Myślała, że chociaż spróbuje walczyć, ale odszedł od razu. Bez słów. Bez próby naprawy. Bez wstydu.
I postanowiła: „Lepiej już sama, niż z kimś, kto tak łatwo zdradza”. A jutro… kupi sobie kota. Albo psa. One przynajmniej są wierniejsze niż większość ludzi.



