Zdrada własnych dzieci Dusia znowu z zachwytem patrzyła na swojego brata i siostrę. Jacy oni byli piękni! Wysocy, czarnowłosi, o niebieskich oczach. Znowu ich nagradzano. Ponownie wygrali zawody. Wstała, żeby zdążyć pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła w ich stronę. Uplotła bratu i siostrze dwa zajączki – jednego w spódniczce, drugiego w kraciastych spodenkach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, z rzadziutkimi włosami ledwo upiętymi, z prostolinijnym uśmiechem na ustach. Krystyna i Marek udawali, że nie widzą siostry. Przedzierała się do nich z całych sił. — Przepuśćcie, proszę! To mój brat i siostra! Dajcie mi przejść! — cieszyła się Dusia. — Krysia, jakaś gruba dziewczyna tu się drze, że jest waszą siostrą. Serio to prawda? — zapytała Krystynę jej koleżanka, jasnowłosa Liza. Krystyna odwróciła się trochę i dostrzegła Dusię. — Głupia tłuściara! Przylazła. Matka pewnie kazała. Ale wstyd! — pomyślała o niej. A na głos powiedziała: — Nie, no co ty. Mam tylko jednego brata. Marka. — No właśnie, tak myślałam. Chciała się pewnie pod was podczepić. Biedactwo! Jeszcze wam jakieś zabawki wciska — zaśmiała się Liza. — Pewnie nasza fanka z miasteczka. Weź te zabawki, Liza. I dogoń nas, my z Markiem idziemy na podium — Krystyna przesłała bratu buziaka i, ciągnąc go za rękę, zaczęła przeciskać się przez tłum. Liza wzięła zające od Dusi, zapewniając, że przekaże. — Super! Będę czekać na was w domu! Upiekę wam drożdżówki! — dziewczynka, niezgrabnie kulejąc, odeszła w swoją stronę. — Masz, przekazałam. Mówiła, że będzie na was czekać w domu, drożdżówki upiecze. Sama jak drożdżówka. Krysia, na pewno nie jest z wami spokrewniona? Po co się do was pcha? — dopytywała się Liza. — Nie! Nie znam jej! Wielu się do nas przykleja, chce się ogrzać w naszym blasku chyba. No już, chodźmy! — rzucając zajączki do śmietnika, Krystyna razem z przyjaciółką i Markiem poszli po odbiór nagród. Oszukała przyjaciółkę. Dusia naprawdę była jej siostrą. Przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, Irena Janowska, przygarnęła ją, gdy zginęła daleka krewna. Z wakacji wracali wszyscy razem — i wtedy… Została tylko Dusia. Mała, ze schorowaną nogą. Tak naprawdę Irena była bardzo daleką krewną — „siódma woda po kisielu”. I nazwiska inne. Bliżsi odmówili pomocy, tylko ona się zgodziła. Najpierw znosząc histerię męża i dzieci. Gdy usłyszeli, że będą mieć siostrzyczkę, wręcz wrzeszczeli. Krystyna i Marek wychowywali się rozpieszczani, rodzice nie odmawiali im niczego. — Mamo, nie bierz jej! Jest gruba, utyka, głupia. Wstyd z nią iść! — Córeczko, synku. Ale to biedne dziecko. Zupełnie sama! Psy i koty ludzie przygarniają do domu, a tu — żywy człowiek, mały. Nie będzie nam przeszkadzać, dom mamy duży! — przekonywała Irena Janowska. Z ciężkim sercem się zgodzili. To ona prowadziła sklep, miała najlepszy dochód w rodzinie. Ojciec dzieci był jej zastępcą i raczej się nie przemęczał. Romansował na boku. Irena, jeśli wiedziała, nie mówiła nic — jej Leon był przystojny jak z obrazka, dzieci też do niego podobne. Dusia rosła… Malutka, zabawna, o jasnych włosach. Oczach — jak u brata i siostry, niby niebieskich, ale niemal przezroczystych. — Ma oczy jak mleko z błękitem. Wodniste. Grubcia! — śmiała się Krystyna. Dusia była jak bułeczka. Pulchniutka, z dołeczkami w policzkach, bardzo dobra. Tylko się zawsze sama musiała bawić. Brat i siostra nigdy jej nie brali do swoich gier. Często za wszystko też winę zwalano na nią. Marek rozbił wazon — zwalił na Dusię. Krystyna podarła mamie nowy sweterek, zerwała nitkę na gwoździu — znów winna Dusia. A ta nigdy się nie broniła. Tylko kiwała głową i przepraszała. Wiedziała, kto winien. Ale nie chciała, by brata i siostrę karcono. Bo byli tacy piękni! Chociaż mama, Irena, nigdy jej nie ganiła. Ojciec jednak często narzekał. — Po co, jak mogłaś wziąć to straszydło do domu! Przed gośćmi wstyd! Nawet chodzić nie potrafi, waży jak słoń! Syn i córka piękni, a ta na kontrast?! Mądrzejsi nie chcieli jej wziąć, ty wzięłaś! Kto ją będzie potrzebował, jak dorośnie? — krzyczał Leon. Dusia słuchała za drzwiami. Potem siadała przed lustrem. Nie lubiła własnego odbicia. Bardzo chciałaby być taka piękna jak Marek i Krystyna. Ale… Do podstawówki poszła do innej szkoły. Bliźniaki wymusiły to na mamie. Inaczej grozili, że będą uciekać z lekcji i przestaną przynosić dobre oceny. Irena musiała się zgodzić. Wiedziała, że ten kruchy most, który z takim trudem budowała między własnymi dziećmi a przybraną córką, prawie runął… I nie umiała już nic zrobić. Czas płynął. Marek i Krystyna poszli na studia. Dusia poprosiła mamę, by mogła zostać w domu. — Córeczko, ty możesz się zapisać gdzie tylko chcesz, ja wszystko opłacę! Chcesz? Możesz być projektantką, tłumaczką, kim chcesz, Dusieńko? — Irena tuliła ją do siebie. Dusia, jak kotek, przytuliła się i objęła mamę. I od razu kobieta była spokojna. Jej własne dzieci mogły czasem cmoknąć mamę, i to z niechęcią. Nigdy jednak nie było tej czułości, która była z Dusią. Zawsze wychodziła po nią do pracy, nawet bardzo późno. Długo czekała na ganku — zimą i latem. Albo siedziała w przedpokoju na pufie. A mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami, nawet się nie schodzili przywitać. Gdy mama zwróciła uwagę, Krystyna wykrzyknęła: — Mamo, no jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka na ciebie jak piesek, bo nie ma nic innego! I o niczym nie marzy. Dusia uniosła na mamę swoje przezroczyste oczy i szepnęła: — Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, kotki… Chomiki, świnki. Chcę być weterynarzem. Mamy tu szkołę. To był logiczny wybór — Dusia ciągle zbierała zwierzaki, przynosiła do domu. Leczyła, oddawała innym. Jeden pies, wielki, kudłaty, został już na zawsze u nich. Krystyna się złościła — marzyła o rasowym, ale Irena stanęła po stronie Dusi. I tak żyli. Wkrótce przez zdrowie Irena musiała zostać w domu. Mąż, widząc, że pieniądze się kończą, przeskoczył do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego. Dzieci przyjeżdżały już tylko po pieniądze. Oszczędności jeszcze były. Przez cały czas przy matce została tylko Dusia. Kuśtykając, gotowała smakołyki, robiła masaż, zioła na herbatę. Wieczorami mogły pić herbatę pod jabłonią. W tych chwilach Dusia była najszczęśliwsza na świecie. Krystyna i Marek założyli rodziny. Mama pomogła w zakupie mieszkań. Ale w końcu nastała burza. Syn przyjechał nad ranem, niemal z płaczem: zadłużony na dużą sumę. — Skąd to wziąć, synek? U ojca pytałeś? Nie ma? Nic to nie zmieni. Nawet gdybym oddała wszystko, nie uzbieram nawet dziesiątej części. Co robić? — To wszystko, mamo. Nie masz już syna — rzucił Marek. — Co mówisz?! Wyjście znalazł jedno — sprzedać dom. Wtedy, ze wszystkim, starczy na spłatę długów. — Ale… synku… A gdzie my z Dusią pójdziemy? — Ta gruba i tak już dorosła, nie obchodzę mnie jej losy. Ty pójdziesz do nas! Lera się ucieszy. — uśmiechnął się Marek. Lera — jego żona. Irena bardzo w to wątpiła. Ale syna trzeba ratować. Postawiła warunek: jedzie z nią Dusia. Marek w końcu się zgodził. Tylko Dusia potem podeszła do mamy: — Mamo… Jedź sama. Ja… przeprowadzam się do pewnej osoby. Od dawna mnie zapraszał. Nie martw się, mamusiu! — Kto to taki? Musimy się poznać! Czemu nic nie mówiłaś, Dusieńko? — uśmiechnęła się Irena. — Poznasz go później. Nie przejmuj się, mamo! — Dusia ją przytuliła. Marek nawet się ucieszył, nie musiał wymyślać, jak się pozbyć Dusi — do domu jej wpuszczać bardzo nie chciał. Dusia okłamała mamę. Nie było nikogo. Po prostu duszą wyczuła, że nie jest tam mile widziana. A mama tylko by się martwiła, a już była słaba. Nie chciała jej dokładać zmartwień. Bardziej niż kogokolwiek na świecie kochała swoją przybraną mamę. Wynajęła pokój w domu samotnego staruszka, dziadka Prochora. Sam nie dawał już rady, więc szukał lokatorki — a w domu kury, kozy, świnki… Dusia i dziadek Prochor od razu się dogadali. Gdy się dowiedział, że jest weterynarzem, aż podskoczył z radości. Chciał nawet nie brać czynszu, ale Dusia się uparła. On i tak wrzucał jej drobne do torebki. Wszystko zaczęło jej się układać. Ludzie ją szanowali, zwierzęta uwielbiały. Z każdym potrafiła pogadać, każdego poczęstować. — Proszę, Szariku, masz, słoneczko moje. Dusia coś ci przyniosła! Nie bój się, malutki… — mówiła do wszystkich, którzy do niej przychodzili. — Oj dziecko… W szpitalu tak nie witają jak ty mojego Barsika! Złota dziewczyna! — kiwnęła głową pani Anna, właścicielka dorodnego kota. A Dusia rozkwitała… Tylko serce się niepokoiło — jak tam mama? Dzwoniła często. Ale mama coraz rzadziej rozmawiała. Potem już tylko Marek odbierał: — Nie przeszkadzaj, mama śpi! — Nie wiem… Tęsknię. Już pół roku jej nie widziałam — westchnęła Dusia na wieczornym podwieczorku z dziadkiem. — To czemu tam nie pojedziesz? Chodź, zabiorę cię moim „maluchem”! Stary jak ja, ale jeszcze jeździ! — zaproponował dziadek Prochor. Dusia aż się ucieszyła. Adres Marka znała. Pojechali. Pukali długo. W końcu otworzyła wysoka blondynka w krótkim szlafroczku, ziewając: — Kto wy jesteście? Coś sprzedajecie? Niczego nie chcemy! — próbowała zatrzasnąć drzwi. — Lera? Żona Marka? — zapytała Dusia. — Yyyy, no tak… a co z tego? — Jestem Dusia! Jego siostra! — próbowała wejść, lecz Lera zastawiła przejście. — Aha. I po co tu przyszłaś? Ja zaraz wychodzę do kosmetyczki, nie mam czasu — powiedziała leniwie. — Ja tylko na chwilę. To mój dziadek Prochor, jest ze mną. Gdzie mama? Muszę ją zobaczyć, nie będę przeszkadzać, obiecuję — prosiła Dusia. — Nie ma jej tu. Marek ją wywiózł. Do domu opieki. Leżała już bez życia. Kto miał się nią zajmować? On pracuje, ja mam własne sprawy. Gdzie? Nie wiem, tam nie byłam. Zaczekaj, zadzwonię. Halo, Marek? Ta twoja siostra tu przyszła. Z jakimś dziadem. Chcą adres. Dobrze, zapiszę na kartce. Tylko więcej tu nie przychodźcie! — rzuciła, skrapiając Dusię zapachem drogich perfum. Dusia nie słuchała, tylko złapała kartkę i z dziadkiem zbiegła po schodach. — Jak to…? Czemu nic mi nie powiedzieli? Przecież bym… Byłabym coś wymyśliła… — szeptała. — Co ona mówi! Przecież mamę byśmy u mnie przyjęli! Dom duży, pokoi dość! Powinni byli cię poinformować! — oburzał się dziadek Prochor. Dojechali na miejsce. Czy ta drobniutka, wycieńczona staruszka z zapadniętymi oczami to ta mama, którą znała Dusia? Ta zawsze była wysoka, postawna, wiecznie zabiegana. Teraz tylko bezsilnie leżała. — Mamuniu! To ja, Dusia! Przepraszam, że nie przyjeżdżałam. Myślałam… Mamusiu, nie daruję sobie! Zabiorę cię do domu! Pojedziemy do dziadka Prochora! Ma kury, będziesz jadła jajecznicę! I mleko kóz, zobaczysz, odzyskasz siły! Mamuniu, nie milcz! Kocham cię! Pojedziemy do domu, mamo! — płakała Dusia, obejmując bezwładną rękę Ireny Janowskiej. Udało się zabrać ją do domu. W końcu Dusia była córką według papierów. A dziadek Prochor postraszył, że zadzwoni do zaprzyjaźnionego generała, jak nie wydadzą Ireny córce, bo Marek dogadał się, żeby mama już tam została… Irena stanęła na nogi dziesiątego dnia. Podeszła do okna. Po podwórku przechadzała się świnka Felka. Kogut piał. Pachniało trawą i mlekiem. I drożdżówkami — Dusia je piekła. Weszła do pokoju, kuśtykając, zobaczyła mamę, która stała i płakała. Niezdarnie do niej podeszła i tuliła, przepraszając, że tak długo nie przyjeżdżała. Przepraszała, że będą musiały mieszkać razem z dziadkiem Prochorem, a nie z Markiem i Krystyną. Mama tylko tuliła ją mocno… Jakby znowu widziała maleńką dziewczynkę, nie swoją z krwi, ale najbliższą duszy — tak dobrą i troskliwą. Jedyną, która została przy niej u schyłku życia, kiedy własne, piękne i „wspaniałe” dzieci ją porzuciły. — Wszystko będzie dobrze, Dusieńko. Już wszystko teraz dobrze… — szeptała Irena Janowska. — Dziewczyny! No co, idziemy na herbatę? — wszedł do pokoju dziadek Prochor. I śmiejąc się, wszyscy troje poszli do pokoju. I ku nowemu życiu…

Zdrada własnych dzieci

Danka znowu patrzy z podziwem na swojego brata i siostrę. Jacy oni piękni! Wysocy, czarnowłosi, z niebieskimi oczami. Znowu otrzymywali nagrodę. Znowu wygrali zawody. Danka podnosi się, żeby być pierwsza. Ciągnąc prawą nogę, rusza w ich stronę. Uplotła dla brata i siostry dwa króliczki w spódniczce i w kraciastych spodniach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, z rzadkimi włosami spiętymi byle jak, z prostolinijnym uśmiechem na ustach. Krystyna i Marek udają, że nie widzą swojej siostry. Danka z całych sił próbuje się do nich przedrzeć.

Proszę przepuścić, to mój brat i siostra! Proszę! woła radośnie Danka.

Krysia, jakaś gruba dziewczyna krzyczy, że jest waszą siostrą. To chyba nieprawda? zwraca się do Krystyny jej przyjaciółka, jasnowłosa Lena.

Krystyna odwraca się lekko i dostrzega Dankę. Myśli:
O Boże, tłusta głupia przyszła. Mama pewnie kazała. Wstyd!

Na głos odpowiada:
Nie, oczywiście. Mam tylko jednego brata Marka.

Tak myślałam. Chce się chyba do was przykleić. Ach, żałosne. Coś tam wciska wam jakieś zabawki śmieje się Lena.

To pewnie ta nasza lokalna fanka. Lena, weź od niej te zabawki, dołącz do nas, a my z Markiem idziemy! posyła buziaka i chwytając brata za rękę wyciąga go z tłumu.

Lena bierze króliczki od Danki, obiecując, że przekaże je rodzeństwu.

Dobrze! A ja będę na was czekać w domu! Upiekę drożdżówki! mówi dziewczynka, kulejąc odchodzi.

Proszę, przekazuję. Powiedziała, że będzie was czekać w domu, drożdżówek napiecze. Sama jak drożdżówka Krysia, to na pewno nie jest wasza rodzina? dopytuje Lena.

Nie! Nie znam jej. Wiele osób chce się do nas przykleić, bo sława Chodźmy już rzuca Krystyna, wrzuca króliczki do śmietnika i z przyjaciółką oraz Markiem idą odebrać nagrodę.

Okłamała przyjaciółkę. Danka rzeczywiście była jej siostrą, przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, Irena Janowska, wzięła Dankę do domu po śmierci dalekiej krewnej. Wracali wszyscy z wakacji Została tylko Danka. Mała i z kontuzją.

Tak naprawdę, Irena była bardzo daleką rodziną prawie obca. Inne, bliższe krewne odmówiły opieki. Ona wzięła Dankę, chociaż musiała znosić histerie męża i dzieci, kiedy dowiedzieli się, że będą mieli przybraną siostrę. Krystyna i Marek byli rozpieszczani, niczego im nie brakowało.

Mamo, nie bierz jej! Gruba, kulawa, głupia, wstyd z nią iść! krzyczeli dzieci.

Kochani, żal dziewczynki. Sama została. Ludzie psy i koty przygarniają, to i człowieka można. Dom mamy duży, nie przeszkodzi nam! przekonywała Irena.

Z niechęcią się zgodzili. Irena pracowała jako kierowniczka sklepu, zarobki rodzinne były jej zasługą. Ojciec dzieci był jej zastępcą i właściwie nigdy się nie przemęczał, zawsze z romansem w tle. Jeśli Irena o tym wiedziała, milczała jej Leon był piękny, dzieci odziedziczyły urodę po nim.

Danka rosła. Mała, zabawna, z jasnymi włosami, oczami prawie przezroczystymi jakby mleko z niebieskim tuszem, żartowała Krystyna. Danka była jak puchata bułeczka, pulchna, z dołkami w policzkach, bardzo dobra.

Bawiła się jednak zawsze sama. Brat i siostra nie dopuszczali jej do swojego grona. Obrywało jej się za wszystko. Marek stłukł drogą wazę biegnąc do pokoju oskarżono Dankę. Krystyna porwała modną bluzkę mamy znowu zwalone na Dankę.

A ona się nie tłumaczyła. Tylko kiwała głową i przepraszała. Wiedziała, kto naprawdę zawinił, ale nie chciała, by mama gniewała się na jej piękne rodzeństwo.

Nawet Irena nie krzyczała na Dankę. Ale ojciec wybuchał:

Po co wzięłaś to straszydło do domu! Przed gośćmi wstyd! Ledwo chodzi, waży tyle co słoń. Syn i córka piękne, a tu taka pokraka! Nikt jej nie chciał, a ty wzięłaś Komu ona potrzebna, gdy dorośnie? krzyczał Leon.

Danka słuchała za zamkniętymi drzwiami i szła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciałaby być tak piękna, jak Marek i Krystyna, ale

Do szkoły poszła do innej niż bliźnięta. Rodzeństwo postawiło warunek: jeśli Danka trafi do ich klasy, będą wagarować i przestaną przynosić dobre oceny. Irena się zgodziła. Wiedziała, że most, który budowała między dziećmi a przybraną córką, właśnie się wali I nie mogła z tym nic zrobić.

Czas mijał. Marek i Krystyna wyjechali na studia. Danka poprosiła mamę, by mogła zostać w domu.

Dziecko, możesz uczyć się gdzie zechcesz, wszystko opłacę! Chcesz zostać projektantką, tłumaczką? Kimkolwiek, Danko? Irena tuli ją mocno.

Danka jak kociak tuli się do jej policzka i obejmuje ją. Irena od razu się uspokaja. Własne dzieci czasem dawały matce buziaka i to opornie. Nie czuła z nimi tej czułości, co z Danką.

To Danka zawsze czekała na nią z pracy, nawet późno, stojąc na podwórku lub siadając na korytarzu. A mąż i dzieci byli zajęci swoimi sprawami, nie schodzili nawet się przywitać. Gdy Irena upomniała ich, usłyszała tylko od Krystyny:
Mamo, my jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka na ciebie jak piesek, bo nie ma nic do roboty. Niczego nie pragnie.

Danka podniosła na matkę swoje przezroczyste oczy.
Mamo, czy mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, chomiki, świnki Chcę być weterynarzem. Można się tego uczyć tutaj u nas? szepnęła.

Jej wybór był jasny. Danka zawsze przygarniała kotki i pieski, opiekowała się nimi, znajdowała im domy. Jeden duży, kudłaty pies, w typie owczarka, został na stałe. Krystyna złościła się, chciała psa rasowego, ale Irena stanęła po stronie Danki.

Tak żyli. Wkrótce Irena zachorowała i musiała zostać w domu. Mąż, widząc że pieniądze się kończą, szybko związał się z jej koleżanką, właścicielką salonu fryzjerskiego.

Do przyjeżdżających czasem dzieci najbardziej liczyły się pieniądze matki. Całe szczęście, miała trochę oszczędności. Przy niej została tylko Danka zaciągając nogę, codziennie gotowała dla mamy smakołyki, masowała ją, przygotowywała zioła. Wieczorami siadały pod jabłonią i piły herbatę. Nikt na świecie wtedy nie był szczęśliwszy niż Danka.

Krystyna i Marek założyli rodziny. Mama pomogła im kupić mieszkania. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło. Syn przyjechał o czwartej nad ranem i prawie płacząc wyznał, że ma ogromne długi. Musi spłacić dużą sumę.

Skąd tyle wziąć? Pytałeś ojca? Nie ma? U nas też nie. Synku, nawet jak oddam wszystko, to nie uzbieram tylu złotych Co robić? jęknęła Irena.

No, to nie będziesz już miała syna prychnął Marek.

Co ty mówisz?

Marek zaproponował wyjście: sprzedać dom. Wtedy, wraz z tym, co już ma, wystarczy na spłatę.

A my? A Danka? Gdzie my się podziejemy? wystraszyła się matka.

A ta tłusta głupia niech sama sobie radzi! Całe życie miała utrzymanie. Ty zamieszkasz ze mną! Larysa się ucieszy! Marek się uśmiechnął.

Larysa była jego żoną. Irena nie była pewna tej radości, ale nie chciała się sprzeczać. Trzeba ratować syna! Postawiła tylko warunek: Danka jedzie z nią. Marek niechętnie się zgodził. Danka później podeszła i powiedziała matce:

Mamo Ty jedź sama. Ja Przeprowadzę się do pewnej osoby. Spotykam się z kimś, od dawna prosi, żebym z nim zamieszkała. Nie martw się, dobrze mi będzie!

Ale z kim? Czemu mi nie powiedziałaś? Muszę poznać! uśmiechnęła się Irena.

Później, mamo. Poznasz, zobaczysz! Nie martw się! objęła ją Danka.

Nawet Marek się ucieszył. Nie trzeba było angażować Krystyny i kombinować, jak pozbyć się Danki.

Ale Danka skłamała. Nikogo nie miała. Jej czuła dusza wiedziała, że byłaby tam niechciana i mama zeszłaby na zdrowiu. Tego nie chciała.

Wynajęła pokój u starszego pana dziadka Prokopa, samotnika ze Starego Sącza. On miał kury, kozy, świnki, dom na wsi. Ze słów szczęśliwego był, że przyjęła go pod dach. Gdy się dowiedział, że jest weterynarzem, cieszył się jak dziecko. Chciał nawet nie brać czynszu, ale Danka się uparła. On i tak podrzucał jej pieniądze do torebki.

U Danki wszystko się układało. Miała mieszkanie, pracę, szanowali ją ludzie, zwierzęta ją kochały. Nie bały się, nie uciekały. Dla każdego Danka miała dobre słowo i smakołyk z własnej pensji.

No, Szarik, patrz, co ci Danka przyniosła! Nie bój się, kochanie Kropelki już w uszku, a jak będzie gorzej, dzwońcie do mnie w każdej chwili! mówiła.

Ojej, kochana. Nawet w szpitalu tak nie przyjmują, jak ty mnie z Barsikiem! Złota jesteś kiwała głową pani Anna, właścicielka pięknego kota.

Danka rozkwitała. Jedynie serce się niepokoiło co z mamą? Dzwoniła często. Ale mama jakby nie chciała z nią rozmawiać. Ostatnio telefon odbierał Marek, burkliwie mówiąc, że mama odpoczywa.

Nie wiem. Bardzo się stęskniłam. Od pół roku jej nie widziałam westchnęła Danka do dziadka Prokopa przy herbacie.

A czemu nie pojedziesz? Chodź, ja cię zawiozę! Żiguli mam, stary jak ja, ale jeździ. Prawko też mam uśmiechnął się dziadek.

Danka się ucieszyła. Miała adres Marka, więc pojechali. Długo pukali. Wreszcie otworzyła im wysoka blondynka w krótkim szlafroku, ziewając.

Kto wy? Sprzedajecie coś? My nic nie potrzebujemy! próbowała zatrzasnąć drzwi.

Pani pewnie Larysa, żona Marka? zapytała Danka.

Taak

A wy kto?

Danka! Siostra jego! Danka chciała wejść, ale Larysa zatarasowała przejście.

Hm. Rozumiem. Co tu robisz? Idę zaraz do kosmetyczki, nie mam czasu prychnęła.

Ja tylko na chwilę. To dziadek Prokop, jest ze mną. Gdzie mama? Przyszłam się zobaczyć i zaraz pójdę. Nie będę przeszkadzać!

Nie ma jej tu. Marek ją zawiózł do domu opieki. Bo była bardzo chora, kto miał się nią zająć? On pracuje, ja mam swoje życie. Gdzie? Nie wiem. Zaraz zadzwonię. Halo, Marek? Przyszła ta twoja Danka z jakimś staruszkiem. Chcą adres. Dobrze. Piszę na kartce. Tylko niech już tu nie przychodzą fuknęła, pachnąc drogimi perfumami.

Danka chwyciła kartkę i zbiegła z Prokopem po schodach.

Czemu mi nie powiedzieli? Gdybym tylko wiedziała Przecież i ja bym coś wymyśliła szeptała.

Ej, co ty? Mamę trzeba było do nas! Miejsca nie brakuje, pokój wolny, powinni powiedzieć! Co za ludzie! oburzał się dziadek.

Pojechali na miejsce. Czy to ta malutka, wychudzona staruszka z zapadniętymi oczami to naprawdę mama Danki? Ta, która kiedyś była energiczna, pulchna, pogodna, wszędzie załatwiała sprawy? Teraz leżała bezsilnie na poduszce, wpatrzona w sufit.

Mamo! To ja, Danka! Mamusiu, przepraszam, że nie przyjeżdżałam! Mamo, nie mam usprawiedliwienia! Zabieram cię do domu! Pojedziemy do dziadka Prokopa! Kurki mamy, świnki, jajka będę smażyć, mleka ci dam, zobaczysz, zaraz wyzdrowiejesz! Mamo, nie milcz! Kocham cię!

Z płaczem trzymała w dłoniach lekką, bezwładną rękę Ireny Janowskiej.

Udało się je zabrać do domu. Dokumenty potwierdzały, że Danka jest córką. Dziadek Prokop, jako były żołnierz, postraszył jeszcze generałem. Marek postarał się, by mama została tam na zawsze

Irena stanęła na nogi już po dziesięciu dniach. Podeszła do okna. Na podwórku dumnie przechadzała się świnka Felka. Kogut pieł głośno. Pachniało świeżym mlekiem i drożdżówkami Danka właśnie piekła. Wbiegła do pokoju, przyklękając na nogę, zobaczyła mamę. Ta stała i płakała. Danka nieporadnie podeszła, obejmowała ją, przepraszała, że tak długo nie przyjeżdżała, tłumaczyła, że mieszkały razem, a nie z Markiem i Krystyną.

Irena tuliła jej głowę. Jakby widziała przed sobą tę samą, małą, śmieszną dziewczynkę. Nie swoją z krwi i kości, tylko dobrą i opiekuńczą. Jedyną, która została przy niej wtedy, gdy okazała się niepotrzebna pięknym i “udanym” dzieciom.

To nic, Danko. Teraz już wszystko będzie dobrze. Wszystko, córeczko szeptała Irena.

Dziewczyny! No co, idziemy na herbatę? zawołał dziadek Prokop.

Roześmiane, trzymając się za ręce, poszły do kuchni. Do nowego, lepszego życiaW kuchni pachniało ciepłem i cynamonem. Dziadek Prokop nalał herbaty do filiżanek, stukając delikatnie porcelaną o stół. Irena usiadła oparta o poduszki, Danka po drugiej stronie, układając na stole świeżo upieczone drożdżówki, okrągłe i puszyste jak wspomnienia dawnych dziecięcych lat. Za oknem czerwieniły się jabłka wśród liści, a świnia Felka i pies Szarik kręciły się wokół okien, radośnie łapiąc promienie słońca.

Nikt tu już nie pytał, kto jest czyją rodziną, kto piękny, a kto “niepotrzebny”. Tu wszyscy byli sobie domem bez krzyku, bez udawania i wyrzutów. Kiedy Irena wzięła dłoń Danki w swoją, odkryła, że w życiu liczy się nie to, kogo się urodziło, ale kogo się przytuliło, komu podało kubek gorącej herbaty w smutny dzień.

Danka, gładząc łagodnie rękę mamy, spojrzała przez okno i uśmiechnęła się do samej siebie. Była dokładnie tam, gdzie zawsze marzyła być ważna, potrzebna, kochana. Cicho, z prostotą, której nie nauczyła żadna nagroda, żadne pochwały, których w życiu nie dostała. Tylko sercem, które wystarczyło na wszystkich nawet na tych, którzy tego serca nie umieli przyjąć.

I tak życie płynęło, niespiesznie jak woda w rzece pod Starym Sączem. Prawdziwa zdrada miała inne imię nie była nią Danka, lecz ci, którzy odrzucili czułość. Ale tu, w małym domu o białych oknach, zdrada nie stała się losem. Bo wystarczyło jedno dobre serce, by odczarować świat.

A kiedy wieczorem rozległo się pukanie sąsiedzi, dzieci z psem, kobieta ze złamanym kotem drzwi otwierały się szeroko. Bo ten dom należał do wszystkich, którzy kiedykolwiek czuli się niepotrzebni.

Danka i Irena już dobrze wiedziały rodzina to nie ci, którzy nas wybrali na zdjęciu. To ci, którzy zostali, kiedy wszyscy inni odeszli.

Rate article
Fajna Tajna
Zdrada własnych dzieci Dusia znowu z zachwytem patrzyła na swojego brata i siostrę. Jacy oni byli piękni! Wysocy, czarnowłosi, o niebieskich oczach. Znowu ich nagradzano. Ponownie wygrali zawody. Wstała, żeby zdążyć pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła w ich stronę. Uplotła bratu i siostrze dwa zajączki – jednego w spódniczce, drugiego w kraciastych spodenkach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, z rzadziutkimi włosami ledwo upiętymi, z prostolinijnym uśmiechem na ustach. Krystyna i Marek udawali, że nie widzą siostry. Przedzierała się do nich z całych sił. — Przepuśćcie, proszę! To mój brat i siostra! Dajcie mi przejść! — cieszyła się Dusia. — Krysia, jakaś gruba dziewczyna tu się drze, że jest waszą siostrą. Serio to prawda? — zapytała Krystynę jej koleżanka, jasnowłosa Liza. Krystyna odwróciła się trochę i dostrzegła Dusię. — Głupia tłuściara! Przylazła. Matka pewnie kazała. Ale wstyd! — pomyślała o niej. A na głos powiedziała: — Nie, no co ty. Mam tylko jednego brata. Marka. — No właśnie, tak myślałam. Chciała się pewnie pod was podczepić. Biedactwo! Jeszcze wam jakieś zabawki wciska — zaśmiała się Liza. — Pewnie nasza fanka z miasteczka. Weź te zabawki, Liza. I dogoń nas, my z Markiem idziemy na podium — Krystyna przesłała bratu buziaka i, ciągnąc go za rękę, zaczęła przeciskać się przez tłum. Liza wzięła zające od Dusi, zapewniając, że przekaże. — Super! Będę czekać na was w domu! Upiekę wam drożdżówki! — dziewczynka, niezgrabnie kulejąc, odeszła w swoją stronę. — Masz, przekazałam. Mówiła, że będzie na was czekać w domu, drożdżówki upiecze. Sama jak drożdżówka. Krysia, na pewno nie jest z wami spokrewniona? Po co się do was pcha? — dopytywała się Liza. — Nie! Nie znam jej! Wielu się do nas przykleja, chce się ogrzać w naszym blasku chyba. No już, chodźmy! — rzucając zajączki do śmietnika, Krystyna razem z przyjaciółką i Markiem poszli po odbiór nagród. Oszukała przyjaciółkę. Dusia naprawdę była jej siostrą. Przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, Irena Janowska, przygarnęła ją, gdy zginęła daleka krewna. Z wakacji wracali wszyscy razem — i wtedy… Została tylko Dusia. Mała, ze schorowaną nogą. Tak naprawdę Irena była bardzo daleką krewną — „siódma woda po kisielu”. I nazwiska inne. Bliżsi odmówili pomocy, tylko ona się zgodziła. Najpierw znosząc histerię męża i dzieci. Gdy usłyszeli, że będą mieć siostrzyczkę, wręcz wrzeszczeli. Krystyna i Marek wychowywali się rozpieszczani, rodzice nie odmawiali im niczego. — Mamo, nie bierz jej! Jest gruba, utyka, głupia. Wstyd z nią iść! — Córeczko, synku. Ale to biedne dziecko. Zupełnie sama! Psy i koty ludzie przygarniają do domu, a tu — żywy człowiek, mały. Nie będzie nam przeszkadzać, dom mamy duży! — przekonywała Irena Janowska. Z ciężkim sercem się zgodzili. To ona prowadziła sklep, miała najlepszy dochód w rodzinie. Ojciec dzieci był jej zastępcą i raczej się nie przemęczał. Romansował na boku. Irena, jeśli wiedziała, nie mówiła nic — jej Leon był przystojny jak z obrazka, dzieci też do niego podobne. Dusia rosła… Malutka, zabawna, o jasnych włosach. Oczach — jak u brata i siostry, niby niebieskich, ale niemal przezroczystych. — Ma oczy jak mleko z błękitem. Wodniste. Grubcia! — śmiała się Krystyna. Dusia była jak bułeczka. Pulchniutka, z dołeczkami w policzkach, bardzo dobra. Tylko się zawsze sama musiała bawić. Brat i siostra nigdy jej nie brali do swoich gier. Często za wszystko też winę zwalano na nią. Marek rozbił wazon — zwalił na Dusię. Krystyna podarła mamie nowy sweterek, zerwała nitkę na gwoździu — znów winna Dusia. A ta nigdy się nie broniła. Tylko kiwała głową i przepraszała. Wiedziała, kto winien. Ale nie chciała, by brata i siostrę karcono. Bo byli tacy piękni! Chociaż mama, Irena, nigdy jej nie ganiła. Ojciec jednak często narzekał. — Po co, jak mogłaś wziąć to straszydło do domu! Przed gośćmi wstyd! Nawet chodzić nie potrafi, waży jak słoń! Syn i córka piękni, a ta na kontrast?! Mądrzejsi nie chcieli jej wziąć, ty wzięłaś! Kto ją będzie potrzebował, jak dorośnie? — krzyczał Leon. Dusia słuchała za drzwiami. Potem siadała przed lustrem. Nie lubiła własnego odbicia. Bardzo chciałaby być taka piękna jak Marek i Krystyna. Ale… Do podstawówki poszła do innej szkoły. Bliźniaki wymusiły to na mamie. Inaczej grozili, że będą uciekać z lekcji i przestaną przynosić dobre oceny. Irena musiała się zgodzić. Wiedziała, że ten kruchy most, który z takim trudem budowała między własnymi dziećmi a przybraną córką, prawie runął… I nie umiała już nic zrobić. Czas płynął. Marek i Krystyna poszli na studia. Dusia poprosiła mamę, by mogła zostać w domu. — Córeczko, ty możesz się zapisać gdzie tylko chcesz, ja wszystko opłacę! Chcesz? Możesz być projektantką, tłumaczką, kim chcesz, Dusieńko? — Irena tuliła ją do siebie. Dusia, jak kotek, przytuliła się i objęła mamę. I od razu kobieta była spokojna. Jej własne dzieci mogły czasem cmoknąć mamę, i to z niechęcią. Nigdy jednak nie było tej czułości, która była z Dusią. Zawsze wychodziła po nią do pracy, nawet bardzo późno. Długo czekała na ganku — zimą i latem. Albo siedziała w przedpokoju na pufie. A mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami, nawet się nie schodzili przywitać. Gdy mama zwróciła uwagę, Krystyna wykrzyknęła: — Mamo, no jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka na ciebie jak piesek, bo nie ma nic innego! I o niczym nie marzy. Dusia uniosła na mamę swoje przezroczyste oczy i szepnęła: — Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, kotki… Chomiki, świnki. Chcę być weterynarzem. Mamy tu szkołę. To był logiczny wybór — Dusia ciągle zbierała zwierzaki, przynosiła do domu. Leczyła, oddawała innym. Jeden pies, wielki, kudłaty, został już na zawsze u nich. Krystyna się złościła — marzyła o rasowym, ale Irena stanęła po stronie Dusi. I tak żyli. Wkrótce przez zdrowie Irena musiała zostać w domu. Mąż, widząc, że pieniądze się kończą, przeskoczył do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego. Dzieci przyjeżdżały już tylko po pieniądze. Oszczędności jeszcze były. Przez cały czas przy matce została tylko Dusia. Kuśtykając, gotowała smakołyki, robiła masaż, zioła na herbatę. Wieczorami mogły pić herbatę pod jabłonią. W tych chwilach Dusia była najszczęśliwsza na świecie. Krystyna i Marek założyli rodziny. Mama pomogła w zakupie mieszkań. Ale w końcu nastała burza. Syn przyjechał nad ranem, niemal z płaczem: zadłużony na dużą sumę. — Skąd to wziąć, synek? U ojca pytałeś? Nie ma? Nic to nie zmieni. Nawet gdybym oddała wszystko, nie uzbieram nawet dziesiątej części. Co robić? — To wszystko, mamo. Nie masz już syna — rzucił Marek. — Co mówisz?! Wyjście znalazł jedno — sprzedać dom. Wtedy, ze wszystkim, starczy na spłatę długów. — Ale… synku… A gdzie my z Dusią pójdziemy? — Ta gruba i tak już dorosła, nie obchodzę mnie jej losy. Ty pójdziesz do nas! Lera się ucieszy. — uśmiechnął się Marek. Lera — jego żona. Irena bardzo w to wątpiła. Ale syna trzeba ratować. Postawiła warunek: jedzie z nią Dusia. Marek w końcu się zgodził. Tylko Dusia potem podeszła do mamy: — Mamo… Jedź sama. Ja… przeprowadzam się do pewnej osoby. Od dawna mnie zapraszał. Nie martw się, mamusiu! — Kto to taki? Musimy się poznać! Czemu nic nie mówiłaś, Dusieńko? — uśmiechnęła się Irena. — Poznasz go później. Nie przejmuj się, mamo! — Dusia ją przytuliła. Marek nawet się ucieszył, nie musiał wymyślać, jak się pozbyć Dusi — do domu jej wpuszczać bardzo nie chciał. Dusia okłamała mamę. Nie było nikogo. Po prostu duszą wyczuła, że nie jest tam mile widziana. A mama tylko by się martwiła, a już była słaba. Nie chciała jej dokładać zmartwień. Bardziej niż kogokolwiek na świecie kochała swoją przybraną mamę. Wynajęła pokój w domu samotnego staruszka, dziadka Prochora. Sam nie dawał już rady, więc szukał lokatorki — a w domu kury, kozy, świnki… Dusia i dziadek Prochor od razu się dogadali. Gdy się dowiedział, że jest weterynarzem, aż podskoczył z radości. Chciał nawet nie brać czynszu, ale Dusia się uparła. On i tak wrzucał jej drobne do torebki. Wszystko zaczęło jej się układać. Ludzie ją szanowali, zwierzęta uwielbiały. Z każdym potrafiła pogadać, każdego poczęstować. — Proszę, Szariku, masz, słoneczko moje. Dusia coś ci przyniosła! Nie bój się, malutki… — mówiła do wszystkich, którzy do niej przychodzili. — Oj dziecko… W szpitalu tak nie witają jak ty mojego Barsika! Złota dziewczyna! — kiwnęła głową pani Anna, właścicielka dorodnego kota. A Dusia rozkwitała… Tylko serce się niepokoiło — jak tam mama? Dzwoniła często. Ale mama coraz rzadziej rozmawiała. Potem już tylko Marek odbierał: — Nie przeszkadzaj, mama śpi! — Nie wiem… Tęsknię. Już pół roku jej nie widziałam — westchnęła Dusia na wieczornym podwieczorku z dziadkiem. — To czemu tam nie pojedziesz? Chodź, zabiorę cię moim „maluchem”! Stary jak ja, ale jeszcze jeździ! — zaproponował dziadek Prochor. Dusia aż się ucieszyła. Adres Marka znała. Pojechali. Pukali długo. W końcu otworzyła wysoka blondynka w krótkim szlafroczku, ziewając: — Kto wy jesteście? Coś sprzedajecie? Niczego nie chcemy! — próbowała zatrzasnąć drzwi. — Lera? Żona Marka? — zapytała Dusia. — Yyyy, no tak… a co z tego? — Jestem Dusia! Jego siostra! — próbowała wejść, lecz Lera zastawiła przejście. — Aha. I po co tu przyszłaś? Ja zaraz wychodzę do kosmetyczki, nie mam czasu — powiedziała leniwie. — Ja tylko na chwilę. To mój dziadek Prochor, jest ze mną. Gdzie mama? Muszę ją zobaczyć, nie będę przeszkadzać, obiecuję — prosiła Dusia. — Nie ma jej tu. Marek ją wywiózł. Do domu opieki. Leżała już bez życia. Kto miał się nią zajmować? On pracuje, ja mam własne sprawy. Gdzie? Nie wiem, tam nie byłam. Zaczekaj, zadzwonię. Halo, Marek? Ta twoja siostra tu przyszła. Z jakimś dziadem. Chcą adres. Dobrze, zapiszę na kartce. Tylko więcej tu nie przychodźcie! — rzuciła, skrapiając Dusię zapachem drogich perfum. Dusia nie słuchała, tylko złapała kartkę i z dziadkiem zbiegła po schodach. — Jak to…? Czemu nic mi nie powiedzieli? Przecież bym… Byłabym coś wymyśliła… — szeptała. — Co ona mówi! Przecież mamę byśmy u mnie przyjęli! Dom duży, pokoi dość! Powinni byli cię poinformować! — oburzał się dziadek Prochor. Dojechali na miejsce. Czy ta drobniutka, wycieńczona staruszka z zapadniętymi oczami to ta mama, którą znała Dusia? Ta zawsze była wysoka, postawna, wiecznie zabiegana. Teraz tylko bezsilnie leżała. — Mamuniu! To ja, Dusia! Przepraszam, że nie przyjeżdżałam. Myślałam… Mamusiu, nie daruję sobie! Zabiorę cię do domu! Pojedziemy do dziadka Prochora! Ma kury, będziesz jadła jajecznicę! I mleko kóz, zobaczysz, odzyskasz siły! Mamuniu, nie milcz! Kocham cię! Pojedziemy do domu, mamo! — płakała Dusia, obejmując bezwładną rękę Ireny Janowskiej. Udało się zabrać ją do domu. W końcu Dusia była córką według papierów. A dziadek Prochor postraszył, że zadzwoni do zaprzyjaźnionego generała, jak nie wydadzą Ireny córce, bo Marek dogadał się, żeby mama już tam została… Irena stanęła na nogi dziesiątego dnia. Podeszła do okna. Po podwórku przechadzała się świnka Felka. Kogut piał. Pachniało trawą i mlekiem. I drożdżówkami — Dusia je piekła. Weszła do pokoju, kuśtykając, zobaczyła mamę, która stała i płakała. Niezdarnie do niej podeszła i tuliła, przepraszając, że tak długo nie przyjeżdżała. Przepraszała, że będą musiały mieszkać razem z dziadkiem Prochorem, a nie z Markiem i Krystyną. Mama tylko tuliła ją mocno… Jakby znowu widziała maleńką dziewczynkę, nie swoją z krwi, ale najbliższą duszy — tak dobrą i troskliwą. Jedyną, która została przy niej u schyłku życia, kiedy własne, piękne i „wspaniałe” dzieci ją porzuciły. — Wszystko będzie dobrze, Dusieńko. Już wszystko teraz dobrze… — szeptała Irena Janowska. — Dziewczyny! No co, idziemy na herbatę? — wszedł do pokoju dziadek Prochor. I śmiejąc się, wszyscy troje poszli do pokoju. I ku nowemu życiu…