Zdecydowałam się na adopcję dziecka pozostawionego przez anonimową matkę w Oknie Życia przy warszawskim szpitalu położniczym, trzy miesiące po śmierci mojego męża – nazwałam synka imieniem męża, a gdy poprosił o rodzeństwo, adoptowałam też nowo narodzoną dziewczynkę z tego samego szpitala; dziś jesteśmy szczęśliwą trójką, a ja zdalnie łączę pracę z macierzyństwem, spełniając swoje życiowe marzenia.

Zawsze mówiłam, że w Polsce wszystko da się załatwić nawet jeśli czasem trzeba przebijać się przez pęk dokumentów i przechodzić przez tysiąc pieczątek. Dowiedziałam się, że maleństwo zostało zostawione w Oknie Życia przy szpitalu na ulicy Kopernika w Krakowie. No, nie mogłam go tam tak zostawić.

Decyzję o adopcji podjęłam trzy miesiące po śmierci męża; no cóż, los bywa przewrotny niczym cena cebuli na targu. Wzięłam się za ogarnianie papierów. Biegałam po urzędach, zbierałam pieczątki i dowody, jakby to był narodowy sport. Do tego wizyty pań z MOPS-u, kontrole, czy w lodówce jest coś więcej niż słoik ogórków, oraz szczegółowe wywiady środowiskowe. Ale cóż dali mi zielone światło!

Kilka dni później synek już fikał po moim mieszkaniu jakby zawsze tu mieszkał. Kochałam go jak własne dziecko przecież innego mieć nie mogłam. Nadałam mu imię mojego męża, żeby choć trochę mógł dalej istnieć w naszych rozmowach i życiu. Z czasem mój syn zaczął wypytywać o rodzeństwo bo co to za dom bez odrobiny rozgardiaszu i kłótni o ostatniego pączka?

Nie miałam z tym problemu zresztą praca zdalna pozwala mi wszystko kontrolować z poziomu wygodnej kanapy i starego laptopa. Pojawiła się znów okazja, by powiększyć rodzinę. Kiedy przyszłam do szpitala, zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie spała maleńka dziewczynka miała zaledwie trzy dni! Gdy tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że jest nasza. Jak na wprawioną urzędniczkę, wiedziałam już, jakie papiery będą potrzebne, więc cała procedura poszła jak po maśle.

I tak oto zostałam mamą dwójki syna i córki. Chociaż życie pisze najlepsze scenariusze, a w portfelu czasem zostaje mniej niż na pół kilograma kaszanki, to nie zamieniłabym tej swojej patchworkowej rodziny na żadne inne cuda. Razem jesteśmy szczęśliwsi niż niejeden Polak po wygranej w Totka.

Rate article
Fajna Tajna
Zdecydowałam się na adopcję dziecka pozostawionego przez anonimową matkę w Oknie Życia przy warszawskim szpitalu położniczym, trzy miesiące po śmierci mojego męża – nazwałam synka imieniem męża, a gdy poprosił o rodzeństwo, adoptowałam też nowo narodzoną dziewczynkę z tego samego szpitala; dziś jesteśmy szczęśliwą trójką, a ja zdalnie łączę pracę z macierzyństwem, spełniając swoje życiowe marzenia.