Zbyt późno zrozumiał swój błąd
Kasia ściskała w dłoni wyniki badań. Papier był wilgotny od potu. W korytarzu poradni ginekologicznej nie dało się przecieść.
— Kowalska Katarzyna! — zawołała pielęgniarka.
Kasia wstała i weszła do gabinetu. Lekarka — korpulentna kobieta o zmęczonych oczach — wzięła od niej teczkę, przejrzała dokumenty.
— Proszę usiąść. — Spojrzała na wyniki obojętnie. — U pani wszystko w porządku. Niech mąż się przebada.
Kasię przeszedł dreszcz. Wojtek? Przecież on…
***
W domu teściowa siekła kapustę na barszcz. Nóż w jej dłoni pracował zawzięcie, jakby rąbał wrogów.
— No i co, córeczko, jakie wieści? — spytała Janina Stanisławowa, nie podnosząc głowy.
— Ze mną wszystko dobrze — mruknęła Kasia, zdejmując kurtkę.
— To dlaczego… — W końcu teściowa spojrzała. W jej oczach błysnęło zaniepokojenie.
— Wojtek musi się przebadać.
Nóż znierał nad deską. Janina wyprostowała się jak struna.
— Co za bzdury? Mój syn jest zdrowy! To wasze lekarze nic nie rozumieją. Za moich czasów kobiety rodziły i bez tych badań.
Kasia przeszła do pokoju. Na sofie leżały skarpetki — jedna niebieska, druga czarna. Podniosła je odruchowo i wrzuciła do kosza na pranie.
Przez trzy lata małżeństwa te skarpetki stały się symbolem ich życia — osobne, niedobrane.
Wojtek wrócił późno.
— Co za mina pogrzebowa? — burknął, wpadając na fotel.
— Wojtek, musimy porozmawiać.
— O czym?
Podsunęła mu papiery. Przeleciał wzrokiem i odrzucił na stolik.
— No i?
— Musisz się przebadać.
— Z jakiej racji? — Wojtek zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. — Jestem zdrowy, spójrz na mnie!
Rzeczywiście wyglądał na zdrowego — barczysty, z gęstymi ciemnymi włosami. Ale zdrowie nie zawsze widać na pierwszy rzut oka.
— Wojtek, proszę cię…
— Dosyć! — warknął. — Jak nie chcesz dzieci, to mów wiosłemu! Po co te cyrki z lekarzami?
Z kuchni dobiegło szuranie kapci. Janina Stanisławowa stała za drzwiami, ale oddychała tak głośno, że słychać było każdy oddech.
— Bardzo chcę dzieci — cicho powiedziała Kasia.
— To czego ich nie ma? Może coś ukrywasz? Robiłaś aborcje, a teraz nie możesz?
Cios był bolesny. Kasia cofnęła się.
— Jak możesz…
— A jak mam myśleć? Trzy lata razem, zero rezultatu! A teraz jakieś lekarze mówią, że ja… — Zaciął się, zacisnął pięści.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Janina wparowała do pokoju jak czołg.
— Wojtusiu, nie słuchaj jej! To wszystko przez nudę. Gdyby pracowała więcej, nie latałaby po lekarzach.
Kasia spojrzała na męża. Ten odwrócił się do okna.
— Wojtek, naprawdę myślisz, że ja…
— Nie wiem, co myśleć — syknął przez zęby. — Wiem jedno: zdrowy facet nie chodzi po doktorach.
Janina Stanisławowa triumfalnie pokiwała głową.
— Mój syn ma rację. To nie męskie zajęcie — włóczyć się po szpitalach.
Kasia poczuła, jak coś w niej pęka. Jak napięta struna.
— Dobrze — powiedziała spokojnym głosem.
Następnego dnia zaczęła się wojna. Teściowa czepiała się każdego drobiazgu. Sól rozsypana, garnek niedomyty, kurz na komodzie. Kasia milczała, zaciskając zęby.
— Może w ogóle nie powinnaś w domu siedzieć? — spytała jadowicie teściowa przy kolacji. — Poszłabyś do pracy, zamiast po lekarzach się włóczyć.
Wojtek jadł kotlet, nie podnosząc głowy.
— Pracuję — przypomniała Kasia.
— Trzy dni w tygodniu to nie praca, tylko zabawa.
— Co to ma do rzeczy?
— Wszystko! Mój syn jest zdrowy, a ty chcesz go chorobą obarczyć! Gdy nie ma dzieci, to zawsze wina kobiety!
Kasia wstała od stołu. Nogi się pod nią uginały.
— Co się dzieje? — zdziwiła się teściowa. — Zjadłaś i od razu uciekasz?
— Jestem zmęczona — cicho odpowiedziała Kasia.
— Zmęczona! A od czego? Trzy dni pracy — to nie katorga!
Wojtek w końcu podniósł wzrok. Zauważyła w nim coś w rodzaju współczucia. Ale milczał.
Nocą Kasia leżała i słuchała chrapania męża. Kiedyś ten dźwięk ją uspokajał — znak, że bliski człowiek jest obok. Teraz drażnił. Jak mogła nie zauważyć, że jest taki uparty?
Rano spakowała rzeczy do starego plecaka. Nie wzięła wiele — kilka sukienek, bielizna, kosmetyczka.
— Gdzie to? — Janina stała w drzwiach kuchni z kubą w ręce.
— Do babci.
— Na długo?
— Nie wiem.
Wojtek wyszedł z łazienki, zobaczył plecak.
— Kasień, o co chodzi?
— O to, co widzisz.
— Naprawdę?
— A co innego? Nie chcesz się przebadać, twoja mama mnie o wszystko oskarża. Po co tu siedzieć?
Podszedł bliżej, zniżył głos:
— Nie rób głupstw. Gdzie pójdziesz?
— Do babci Marysi.
— Do tej klęitki? Tam dwadzieścia metrów!
— W ciasnocie, ale nie w przykrości.
Janina prychnęła:
— Słusznie! Niech idzie. Niech u starej pobyje, to zrozumie, jak dobrze jej tu było.
Wojtek rzucił matce gniewne spojrzenie, ale nie zaprotestował.
Kasia wzięła plecak i ruszyła do drzwi.
— Kasień! — zawołał mąż.
Odwróciła się. Stał w przedpokoju — zagubiony, z mokrymi po prysznicu włosami.
— Kiedy wrócisz?
— Jak pójdziesz do lekarza.
Drzwi zatrzasnęły się za nią.
Babcia Marysia aż klasnęła w dłonie, gdy zobaczyła wnuczkę z plecakiem:
— Kasiu! Co się stało?
— Pokłóciłam się z Wojtkiem. Mogę u ciebie zostać?
— Oczywiście, kotku. Tylko tu ciasno…
— Nic nie szkodzi, babciu.
Mieszkanie rzeczywiście było malutkie. Łóżko, stół, dwa stodoły, stary telewizor. Ale czysto. Pachniało wanilią — babcia uwielbiała piec.
— Opowiedz, co się dzieje — poprosBabcia Marysia westchnęła, patrząc na wnuczkę, i powiedziała: “Teraz, gdy już wiesz, że czasem droga do szczęścia prowadzi przez trudne wybory, po prostu żyj i ciesz się każdym dniem ze swoim nowym życiem i małym Michałem”.



