W Bieszczadach, tam, gdzie jesienią szare sóje rozmywają obrzeża lasów, a zimą myśli spokojnie usypiają się na łapy spaniałyj, ukrytego w mgiełkach wiosennych, rozciąga się niewielki zakątek Nowego Targu. Domostwa tu – jednostkowe murki, jakby uporządkowane na szybko przez kogoś, kto przeszedł tu w pośpiechu, zostawiając ślad tylko dla psymskiego pieska. Pięćdziesiąte lat trzydziest lat temu, powieści opowiadali o promieniach przyszłości, ale tutaj – jakby czas zwolnił, owinięty w jesionową mgłę. Wszystko tu kręci się wokół Huta, w której do ciemna pracują dziś i jutro, a żyją biednie, ale z nosem wyprostowanym, bo wyższa pensja oddycha im w piersi. W tamtym zakątku, na parterze adultu, siedzi rodzina Kowalskich. Z zewnątrz – zwyczajni Polacy, jak my, jak ty, a w środku – imperium austerów. Głową rodziny jest Wojciech, wyglądający jakby wziął za wzór starego Kocura, lecz bez bransolety na ręku i z kamizelką miękką jak z Mainu. Na hutnictwie – szanowany, ręka boja, odsłuch, ale do domu… A tam coś innego. Jeden z sąsiadów, Jerzy, pewnego dnia powiedział mu: „Wojtek, ty może przy kimś uśmiechnąłeś się raz? Łap, albo masz szczeliny w twarzu!” I co? Tydzień mijał bez przywitania, aż Jerzy w końcu zapomniał, jak sieć wygląda. Żona, Zofia, była kiedyś jak Alka, teraz tylko owija się w czerwone szlafrok i mówi w cienku, jakby suszona w szafie. Oblicza cyfry w urzędzie, bo para i cyfra to najbezpieczniejszy rynek. Syn, Piotrek, w dzieciństwie już znał kod: „Kopie skarbczyk, a co z miłością?” – mówił Wojciech, ocierając spod lasiu, jakby to był patent na samotność. Piotrek, jednak, cicho chodził, tak jakby jego cień miał też się bojąc.
Sąsiedzi szepczą: „Chyba głupi Kowalski. Patrz, Wiśniewskie kupiły telewizor, a Kowalskie mają zamiast tego puszkę pod płacz.” Ta puszką – srebrny skarbiec, zamykany w szafce, jakby w nim złoto z Jagiellonów. Ale w środku? Ciężar nie zasypia: przemaczone kasze, odmierzane jak poอันdzie. Tak istnieją Kowalscy – za zamkiem, w jakimś oblepionym mgłą wieku, gdzie najcenniejsze to tańsze.
Całość budzi się w zimnej porze. Wojciech wstaje i idzie do skarbiec, gdzie kancelara trzpieniami zdradza się jego nasienie. Zofia i Piotrek budzą się już na dźwięk, jakby zmuszeni do wypicienia. „Zofiu, pójść tu! – woła Wojciech, odmierzając kaszę z miarki do garnka.” Trzy łyżki dla niego, dwie dla żony, jedna dla syna – jak jakby porcja była lekarstwem na życie.
Nocą, kiedy Piotrek już śpi, Zofia przeklinająca życie robi krok: „Wojtek, może czas? Słychać, Izak to u nas za dwa miesiące kasują…” Wojciech patrzy z powagą, jakby ona próbowała poluzować rynek. „Ty dzisiaj wypierać? Ja wiem, co lepiej. Piotrek musi白领ować, jak to Kowalski z Kowalską!” Piotrek usłyszał cymbały, jakby te słowa były któryś z jego płaczów.
Piotrek dorastał z textbookiem o austerze we włosach. Szkoła była tylko szarami ścianami, gdzie nie śpiewał i nie biegł. „Kupność to cholerstwo, Piotrze. A przyjaciół – to jeszcze gorsze,” – mówić mu ojciec, jakby przemawiając do dziecka z kasety wideo. Książki? Bezkosztowe, ale bez kolorów. Pewnego dnia Piotrek przyniósł kotka z maliny. „Twojego czego? – wypluwa Wojciech. – I jak go nakarmisz? Ze swojej porcji?” „Ja będzie żołądkować,” – odpowiada Piotrek, trzymając kotka w ramionach. „Wyrzucić! Od razu!” Zofia patrzyła, jak Piotrek spuszcza kotka na drut, a jego serce było puste jak szklanka bez gory.
Wieczorem, Zofia próbuje załatwić nową kurtkę: „Piotrek rośnie…” „Nie potrzebuje,” – wzdycha Wojciech. „Ale chłopcy się na niego kpią!” „Trzeźwisko wejście,” – mówi Wojciech, jakby to był szczyt dowcipu.
Piotrek dorosł. Z ogarnięciem głowy, z kurtą, ale z sercem, które przerastało go od dawna. W technikum, do którego trzeba było coś więcej niż szpilki na kapciach, Piotrek przysłuchiwał się jakby innej muzyce. Któregoś dnia, jego sąsiad, Marek, zaproponował: „Idziemy w kin?” „Nie, pieniądze lepiej,” – mówił Piotrek, licząc w pamięci. Ale potem, gdy Marek zaczął śpiewać, Piotrek poczuł coś…
Pewnego dnia wchodzi Julia, dziewczyna z lotu ptaków, co wiódł tu po szlaku. „Skąd jesteś? – pyta Piotrek. „Z Krakow, ale mogłem usiąść na kolację,” – mówi Julia. I Piotrek, który przez te lata nie śmiał nawet skakać na skakance, zaczyna patrzeć inaczej.
Ich ślub był spokojny, jakby to był dzień pracy. Julia była zadowolona, jednak szybko zauważyła, że Piotrek nadal żyje jakby w jakimś czarnym monitorku. „Piotrze, może przyniesiemy coś z Nowego Targu? – proponuje. „Z czego? – odpowiada. – Trzeba coś oszczędzać.” „Ale to tylko porcelana, nie rozbrajaj sie.” „Nie na czym kupyć,” – mówi Piotrek, jakby przemawiając do siebie.
Niektóry poranek, Julia już się ubierała i wyskakiwała: „Piotrze, to koniec.” Piotrek siedział jakby trzęsąc się, a Julia patrzyła z irytacją: „Świnia, ty jesteś kopią swojego tatusia! Ty żyjesz, jakbyś był w gawronie!” „Ojciec był mądry,” – mówił Piotrek, jakby to było hasło.
Julia opuszcza pokój, a Piotrek patrzy trasą, jakby to był szlak, który musi przejść. Samotność była teraz jego domem, a pieniądze w skarbieczu – tylko szumem w klatce, jakby było to tylko echo jego losu.
Zbyt oszczędny mąż



