„Ułożyć życie miłosne”
„Mamo, no czego się tak denerwujesz? Damian powiedział, że mnie kocha. Pobierzemy się, mamo” – Krysia była spokojna jak nigdy.
„Jak to nie mam się denerwować? Jesteś w ciąży, nie zamężna, studia jeszcze nie skończone, a tego twojego Damiana na oczy nie widziałam! Myślisz, że dziecko to zabawka? Niech ten Damian zaraz tu przyjdzie i spojrzy mi w oczy, że weźmie odpowiedzialność, rozumiesz?!”
„Nie krzycz tak, myślałam, że ucieszysz się z wnuka. Zaraz przyprowadzę Damiana, wróci z pracy, mam klucz do jego pokoju w akademiku. Lepiej tam poczekam, bo jesteś jakaś nerwowa” – urażona Krysia wyfrunęła z domu, machając niedbale torebką.
Ewa Stanisławówna złapała się za serce, ciężko opadła na stołek i spojrzała na portret męża.
„Oto i bez ojca!” – powiedziała do portretu. – „Mieciu, czemu tak wcześnie nas opuściłeś? Nie uchroniłam Krysi, wyszła przedwcześnie. A jeśli ten chłopak od niej odejdzie? Jak my teraz żyć będziemy? Pensja mi niewielka, a kto Krysię w ciąży teraz zatrudni? Do studiów jeszcze pół roku. O, jaka bieda!”
Ewa Stanisławówna wtuliła twarz w fartuch i zapłakała. Ciężar życia spadł na nią, gdy była jeszcze młoda. Mąż zginął w tartaku, a córeczka miała wtedy zaledwie dwa lata. Mieszkali na przedmieściach. Jak ciężko było Ewie, wiedziała tylko jedyna przyjaciółka i sąsiedzi z ulicy. Najlepszy kąsek zawsze dawała córeczce. A teraz, gdy życie wreszcie się układało, własna córka zgotowała jej taką niespodziankę.
„No dobrze, trzeba zagnieść ciasto na pierogi, jak nie jak, zięć przyjdzie. Ech, Krysia, Krysia…”
Gdy stół był już nakryty, Ewa Stanisławówna przebrała się w odświętną sukienkę i zaczęła drzeć skarpetki, by zabić czas pełen niepokoju.
Nagle w sieni zatrzasnęły się drzwi i do domu weszła Krysia. Matka zajrzała za plecy córki, lecz nikogo nie zobaczyła.
„A gdzie zięć? Czyżbyś go za progiem zostawiła?”
„Był, ale odpłynął” – szlochała Krysia. – „Porzucił mnie.”
„Jak to?” – Ewa Stanisławówna osunęła się na krzesło.
„A tak! Zwolnił się z pracy, spakował manatki i odjechał w siną dal. Tak mówił komendant akademika…”
Krysia była zrozpaczona, oczy jej wypełniły się łzami. Być samotną matką nie było w jej planach.
„Co ja teraz zrobię, mamo?”
Ewa Stanisławówna chciała powiedzieć córce, że ją ostrzegała, lecz się powstrzymała. W końcu matczyna pierś to nie kamień.
„Rodzić, co innego możesz zrobić? Samo się nie rozwiąże” – odparła. – „Kiedy się spodziewać przybycia?”
„W lipcu, akurat zdążę obronić dyplom” – westchnęła Krysia, głaszcząc brzuch.
…Krysia urodziła w terminie. Była to dziewczynka, którą nazwała Anią. I tak żyły we trzy, jak trzy sosny na Bródnie.
Dziewczynka rosła silna i wesoła, patrząc na świat bystrymi oczkami. Ewa Stanisławówna rozpływała się nad nią, lecz matka traktowała Anię z pewnym dystansem. Ania, niestety, wyszła na oszusta Damiana: ruda, kędzierzawa, z wielkimi zielonymi oczami.
„Mama idzie!” – sześcioletnia Ania, zobaczywszy Krysię przez okno, biegła do drzwi, by jak najszybciej ją przytulić.
„A co mi przyniosłaś?” – dziewczynka zwisała u ręki matki, ufnie patrząc jej w twarz.
„Nic” – mruknęła zmęczona Krysia.
„A dlaczego? Chcę loda. Wczoraj obiecałaś!”
„Daj spokój! Jestem zmęczona!” – Krysia zrzuciła Anię z kolan i wyszła do sypialni.
Ania stanęła na środku pokoju i rozpłakała się. Tak czekała na matkę, licząc na czułość, a ta ją odtrąciła. A w przedszkolu kazali rysować rodzinę. Ania narysowała trzy osoby: siebie, mamę i babcię, na co dzieci zaczęły się śmiać, mówiąc, że Ania jest „bez taty”, bo go nie ma.
Ewa Stanisławówna rzuciła się uspokajać wnuczkę, lecz na próżno – fala urazy zalała dziewczynkę histerią.
„Tata, gdzie mój tata? Dlaczego mama jest zła?!” – krzyczała Ania, zalewając się łzami.
Ewa Stanisławówna tylko przytuliła wnuczkę mocniej:
„Nie wszyscy mają tatę, wnusiu. Co z tego? My damy sobie radę. To i więcej pierogów dla nas. Ubieraj się, idziemy po lody.”
Usłyszawszy magiczne słowo „lody”, Ania zaczęła się uspokajać.
„I mamie też kupimy?”
„I mamie.”
W rodzinie Ewy Stanisławówny Dzień Kobiet obchodzono zawsze hucznie. W końcu w domu same kobiety. Stół uginał się od smakołyków, Krysia zapraszała koleżanki i wszystkie wymieniały się prezentami. Lecz tym razem Krysia przyprowadziła nie koleżanki, lecz mężczyznę. I nie uprzedziła o tym matki.
Na progu ich domu stanął elegancki mężczyzna w drogim garniturze, znacznie starszy od Krysi.
„Mamo, poznaj, to Robert. Pracujemy razem, on jest moim szefem. Niedługo go przenoszą do innego miasta na awans. Pobierzemy się.”
„Co?” – Ewa Stanisławówna zdrętwiała.
„O! To mój tata?” – Ania, która wyglądała z pokoju i wszystko słyszała, aż podskoczyła z radości, zapominając nawet przywitać się z gościem.
„Nie, dziewczynko, nie jestem twoim tatą” – uśmiechnął się Robert. – „Popatrz, jaką lalkę ci przywiozłem.”
Ania odwróciła się i nie wzięła lalki z rąk Roberta. Ten człowiek jakoś jej się nie spodobał.
Wieczór upłynął niemrawo. Robert nie starał się zaskarbić sympatii rodziny Krysi, a ona wychodziła ze skóry, by przypodobać się przyszłemu mężowi, ostro ganiąc córkę.
„Siedź prosto, jak ty siedzisz? Co wujek Robert o nas pomyśli? Nie wierć się, słyszysz?!” – strofowała Krysia, rzucając córce gniewne spojrzenia.
Ewa Stanisławówna milczała, czując się nie na miejscu. Robert za to rozkoszował się swoją wyższością nad biedakami,W końcu i Robert, i Krysia odjechali, a Ania z babcią znalazły szczęście w małych codziennych radościach, tworząc dom pełen ciepła i miłości, którego żadne pieniądze nie mogły zastąpić.



