Zawsze będę przy Tobie

Zawsze będę przy Tobie

– Tylko nie zaczynaj znowu! Rozmawialiśmy o tym już milion razy! Dlaczego znowu musisz do tego wracać? Weronika westchnęła, machnęła ręką i znów odwróciła się do kuchenki.

Dzisiejszy dzień był zupełnie bezbarwny. Zaczął się o piątej rano, kiedy Kuba wszedł do jej sypialni i delikatnie dotknął ją w ramię.

– Mamo! Boli mnie gardło!

Weronika, jeszcze ledwo przytomna, przyłożyła usta do czoła synka i natychmiast zniknęły resztki snu.

– No tak, masz gorączkę, kochanie. Chodź, idziemy! Wzięła Kubę na ręce i wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi. Nie miała ochoty słuchać potem narzekań Marcina, że nie mógł się wyspać.

Zmierzając temperaturę synowi i podając mu syrop przeciwgorączkowy, położyła go do łóżka, a widząc, która godzina, uznała, że już nie ma sensu kłaść się z powrotem. Lepiej poczekać do otwarcia przychodni i wezwać lekarza. Kiedy upewniła się, że Kuba śpi, poszła do kuchni, zaparzyła sobie kawę i podeszła do okna.

Ta zima była wyjątkowo śnieżna. Znów wszystko przykrywała miękka warstwa białego puchu, który padał od wczorajszego wieczora. Podwórko niemal nietknięte, tylko gdzieniegdzie ślady tych, którzy spieszyli się rano do pracy. Weronika kątem oka dostrzegła ruch i nieświadomie się uśmiechnęła. Kot sąsiadki, pani Anny, skakał po podwórku, raz znikając prawie cały w zaspie, innym razem wynurzając się dumnie. To dopiero wybryki! Ale kocur, Bonifacy, był niezłomny żadne śnieżyce mu niestraszne. Zawsze domagał się wyjścia na dwór i jeśli pani Anna nie otwierała drzwi na czas, potrafił krzyczeć tak głośno, że słychać go było w całej klatce. Ale, trzeba mu przyznać, nigdy nie pozwolił sobie na brudzenie w mieszkaniu. Wczoraj, gdy Weronika schodziła po Kubę do przedszkola, widziała jak Bonifacy, maszerując do wyjścia, głośno komentował wszystko po drodze.

– Idź, idź, jeszcze mi będziesz narzekał! Cześć Weroniko, popatrz tylko na tego łobuza! Chyba to on rządzi mną, a nie odwrotnie. Co za dowódca z ogonem! Zostawałam dziś na nadgodzinach i teraz mam nauczkę.

– Dzień dobry pani Aniu! Ma pani poważnego chłopaka w domu!

– Jeszcze jak! Takiego to ze świecą szukać. Mam chyba karmę wychowuję poważnych mężczyzn

Weronika uśmiechnęła się i poszła dalej. Cóż mogła na to odpowiedzieć? Syn pani Anny, Mateusz, naprawdę był poważny. Do tego inteligentny, z poczuciem humoru. Szkoda tylko, że niewiele osób to zauważało. Dla większości był niepozornym okularnikiem, niezbyt wysokim, szczupłym, którym rzadko interesowały się dziewczyny. Weronika była jego przyjaciółką odkąd pamięta. Odkąd tylko pamięta Mateusz był obok. W dzieciństwie na swój sposób wspierał ją po śmierci mamy.

Mama Weroniki, Irena, zginęła potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych. Przechodziła zgodnie z przepisami, co jednak jej nie ocaliło. To dla Weroniki było najtrudniejsze przecież zawsze uczono ją, że jeśli robisz wszystko jak należy, nie masz się czego bać.

Ona i Mateusz mieli wówczas po dziesięć lat. Weronika, dotąd nieznająca bólu straty, pogrążyła się w milczeniu i płakała bez końca. Na wszelkie próby pocieszenia reagowała milczeniem, zamykała się w łazience lub w swoim pokoju, byle być sama. Gdy tylko zostawała bez ludzi dookoła, zasypiała w kącie. Psycholog, do którego zabrał ją tata, bił na alarm: tak silny stres odbijał się już na zdrowiu dziewczynki.

Wtedy właśnie pomógł Mateusz. Stracił ojca dwa lata wcześniej może dlatego lepiej od dorosłych rozumiał, co przeżywała jego przyjaciółka. Praktycznie zamieszkał u Weroniki. Pani Anna nie miała nic przeciwko ogromnie żałowała małej Weroniki. Sama wraz z innymi sąsiadkami robiły, co mogły: przynosiły jedzenie, zostawały z dziewczynką, kiedy ojciec musiał gdzieś wyjść. Przez cały ten czas pani Anna ani razu nie wyraziła żalu, że jej syn późno wracał do domu czasami nawet zostawał na noc. Mateusz zmuszał Weronikę do odrabiania lekcji, czytał jej, zachęcał do zabaw, prowadzał ją na zajęcia taneczne i gimnastykę, na które kiedyś zapisała ją mama marząc, by Weronika umiała ładnie się ruszać i była zdrowa… I ta troska powoli otwierała dziewczynkę na świat. Najbardziej przełomowy był dzień, gdy razem znaleźli na ulicy niewielkiego kotka maleństwo z ledwie otwartymi oczami. Przytaszczyli go do pani Anny i Weronika po raz pierwszy od tragedii odezwała się: poprosiła o mleko dla malucha. Pani Anna podała dziewczynce buteleczkę, po czym cicho wyszeptała:

– Dzięki Bogu, w końcu wróciła do siebie…

Kotek zamieszkał ostatecznie u Mateusza, bo okazało się, że tata Weroniki, pan Wiesław, miał alergię.

Mateusz nadal towarzyszył przyjaciółce wszędzie, gdzie mógł. Weronika przywykła tak bardzo, że uznawała to za naturalne była pewna, że po prostu zawsze będzie obok. Oboje byli jedynakami, znaleźli u siebie wsparcie, przyjaźń i więź rzadko spotykaną nawet pomiędzy rodzeństwem.

Nie musieli mówić na głos swoich myśli, rozumieli się w pół słowa. Weronika potrafiła zacząć zdanie, a Mateusz je kończył. Dorośli uśmiechali się na widok tej przyjaźni, nie wtrącali się pewnie wyczuwali, że dla osieroconych dzieci to jedyna kotwica.

Problemy pojawiły się dopiero pod koniec liceum. Weronika wyrosła na piękną, inteligentną i bardzo atrakcyjną dziewczynę adoratorów nie brakowało. Mateusz patrzył na to milcząco, bo rozumiał, że Weronika nie zwraca uwagi na żadnego z nich. Aż do czasu, gdy pojawił się Marcin. Poznali się, kiedy Weronika upadła na schodach prowadzących do hali sportowej, gdzie chodziła na gimnastykę.

– Nic pani nie jest? Proszę, pomogę! wysoki, przystojny chłopak podał jej rękę. Tamte schody to istna ślizgawka! Wszystko w porządku?

Weronika spojrzała na swojego ratownika i zaniemówiła. Zawsze powtarzała, że nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia do czasu, aż sama tego doświadczyła i musiała odszczekać te słowa.

– Jestem zgubiona, Mateusz! Po prostu zgubiona! On jest taki…

– Jaki? burknął Mateusz, ale Weronika nie zwróciła na to uwagi, zajęta swoimi przemyśleniami.

– No… najlepszy! zakręciła się po pokoju. Mógłbyś się trochę ucieszyć ze szczęścia przyjaciółki!

– Jasne, cieszę się. Uśmiechnął się z wysiłkiem i wyszedł, tłumacząc się obowiązkami.

Weronika nie przywiązała do tego wagi. Z Marcinem spotykali się ponad trzy lata, aż w końcu uznali, że są już na tyle dorośli, że mogą planować wspólną przyszłość. Poinformowali rodziców i złożyli wniosek o ślub cywilny.

– Szkoda, że muszę mieć druhnę zamiast druha! kręciła się Weronika przed lustrem, przymierzając ślubną suknię.

Mateusz, który podwiózł ją do krawcowej, siedział na kanapie, patrząc na przyjaciółkę. Po kilku żartach krawcowa prawie wyrzuciła go za drzwi:

– Przesąd! Pan młody nie może widzieć panny młodej w sukni!

– On nie jest panem młodym! wybuchnęła śmiechem Weronika. To mój przyjaciel.

– Przyjaciel… zamyśliła się krawcowa. Ciekawe…

– A co w tym dziwnego? wtrącił Mateusz. Ludzie nie mogą się przyjaźnić? Weronika, mamy jeszcze sprawę z tortem, musimy się spieszyć. Muszę jeszcze dziś być w pracy.

– Za chwilkę! rzuciła i pobiegła się przebrać, a Mateusz westchnął i pogrążył się w myślach.

Dopiero po latach, wspominając swój pośpieszny, w sumie, związek i pierwsze lata małżeństwa, Weronika zastanawiała się: jak to się stało, że nie dostrzegła wcześniej w Marcinie tych wszystkich cech, które później zaczęły ją irytować, a czasem wręcz złościć? Żyjąc długo na łasce wiernego rycerza, była pewna, że zawsze będzie księżniczką zamkniętą w wieży gotową do uratowania. Okazało się jednak, że książęta nie zawsze są tacy, jak się wydaje.

Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się, gdy Weronika poważnie zachorowała pół roku po ślubie. Zwykła angina, potraktowana zbyt lekko, przerodziła się w poważniejsze komplikacje. Kiedy doradzono jej wykonanie częściowo płatnych badań, Marcin zaprotestował:

– Żartujesz? Odłożyłem przecież na wakacje! Jesteś młoda, zdrowa, co oni wymyślają? To tylko naciąganie na kasę!

Weronika nie wierzyła własnym uszom.

– Naprawdę tak myślisz?

– Oczywiście!

– Marcin głos jej zadrżał, – dla ciebie ważniejsze są wakacje niż moje zdrowie?

– Przecież wszystko z tobą w porządku, nie wymyślaj! Pojedziemy, odpoczniesz na słoneczku i przejdzie jak ręką odjął. Po prostu jesteś zmęczona! objął ją, nie widząc, że pierwszy raz nie odwzajemniła gestu.

Koszty badań pokrył jej tata, który nie odezwał się nawet słowem pod adresem zięcia, tylko zamyślił się głęboko.

Prawie rok requiered na dojście do zdrowia i to nie w pełni. Część problemów, zwłaszcza sercowych, została z Weroniką. Lekarze mogli tylko zalecać terapię podtrzymującą. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży i rozpoczęła prowadzenie ciąży u lekarza, natychmiast została sklasyfikowana jako pacjentka podwyższonego ryzyka.

– Niech pani mnie dobrze zrozumie i po prostu posłucha. Musi się pani mocno zastanowić lekarz przeglądała kartę. Wykalkulować ryzyko. Ciąża to ogromne obciążenie. Na razie organizm daje radę, ale jak będzie później?

– Nie ma o czym mówić. Urodzę!

– No cóż, będziemy się starać najlepiej jak potrafimy.

I rzeczywiście wszyscy się starali. Ostatnie trzy miesiące Weronika spędziła na patologii ciąży. Kuba urodził się zdrowy co to Weroniki kosztowało, wiedzieli tylko dwie osoby: tata i Mateusz. To właśnie wtedy uświadomiła sobie, jak bardzo jej życie z Marcinem rozjechało się z marzeniami. Kiedy dowiedział się, że została mamą, wpadł w taką euforię, że zniknął na trzy dni, wyłączając telefon. Weronika najpierw szalała ze zmartwienia prosiła tatę, by sprawdził, czy wszystko w porządku. Kiedy wrócił, jej ojciec objął ją i tylko powiedział:

– Wszystko dobrze, córciu, nie możesz się denerwować.

Wtedy bardzo wyraźnie zrozumiała, że jej życie to nie bajka. To nie ona jest tu księżniczką. Od rozwodu zaraz po powrocie do domu powstrzymała ją tylko reakcja Marcina na syna.

Spojrzał na Kubę jak na cud, był dobrym ojcem: wstawał w nocy, zmieniał pieluchy, wychodził na spacery, jak tylko dziecko podrosło spędzał z nim jak najwięcej czasu. Czasami jednak irytował go płacz czy niepokój Kuby, wtedy prosił Weronikę, żeby zajęła się synem i nie przeszkadzał, ale po godzinie znów był najlepszym ojcem na świecie. Ta niestałość wprawiała ją w konsternację. Co z tą miłością?

W relacji z Weroniką z czasem żyli jak dwa równoległe proste każde obok siebie, ale coraz dalej.

Kuba, póki był mały, często chorował i Weronika nie miała czasu na rozważania biegała z nim po lekarzach, najczęściej sama, bo na reakcję Marcina nigdy nie mogła być pewna. Potrafił być czuły ale i zrobić awanturę o wyjazd do przychodni. Te wahania zmęczyły ją do tego stopnia, że nauczyła się radzić sobie sama. Ojciec pomógł zrobić prawo jazdy, opiekując się wnukiem, kiedy była na kursie. Potem podarował jej tanie, ale solidne używane auto, żeby nie musiała być zdana na humory męża.

Ojciec Weroniki dawno już przejrzał Marcina ale nie wtrącał się, czekał, aż sama postanowi o swoim życiu. Tylko raz, gdy Kuba miał dwa lata, a Weronika była kompletnie wykończona wysoką temperaturą i bezradnością wobec choroby syna, oddała śpiącego Kubę tacie i zasnęła na podłodze, opierając głowę o kanapę. Kiedy się obudziła, ojciec powiedział:

– Weroniko, nie będę ci radził ani wypytywał. Wiesz jedno nie jesteś sama. Pamiętasz?

– Tato, wiem, oczywiście! Po prostu… nie jestem jeszcze gotowa. Nie chcę o tym mówić. Bo póki nie postanowię ostatecznie Marcin jest moim mężem.

Wiesław tylko przytulił ją bez słów.

Przez cały ten czas, zawsze gdy trzeba było pomocy, pojawiał się Mateusz. Zakupy, apteka, naprawa auta, lekarz każde zadanie wykonał bez wahania. Weronika zdawała sobie sprawę, że być może nadużywa jego lojalności, ale nie potrafiła postąpić inaczej. To jedyna osoba, której ufała stuprocentowo.

Teraz również patrzyła na zasypany świat za oknem i myślała: dzisiaj Mateusz wraca z delegacji i może uda się go poprosić o pomoc w razie potrzeby. Samochód znowu się zepsuł i wyglądało to poważnie, a pieniędzy teraz brakowało. Marcin twierdził, że wszystko inwestuje w firmę, a jej pensji wystarczało ledwie na najpotrzebniejsze rzeczy, bo nie mogła pracować w pełnym wymiarze przez wieczne zwolnienia na chore dziecko. Na szczęście mieli mieszkanie po ojcu, bo on sam mieszkał już od lat na wyremontowanej działce pod miastem, doceniając ciszę i spokój.

Weronika spojrzała na zegarek i zadzwoniła do rejestracji przychodni. Udało się jej lekarka wróciła z urlopu i przyjęła zgłoszenie wizyty domowej.

Odłożyła telefon i zaczęła szykować śniadanie, gdy do kuchni wszedł zaspany Marcin.

– Co znowu? Po co się tyle krzątałaś w nocy?

– Kuba chory, odparła krótko.

– I musiałaś chodzić po nocy? Dobra, i tak się nie wyspałem. Idę pod prysznic, śniadanie szybko, wyjeżdżam, roboty pełno.

Weronika bez słowa zaczęła smażyć placki głównie dla Kuby, który taki posiłek rekonwalescenta lubił najbardziej. Ale Marcin również je lubił, więc miała pewność, że nie będzie narzekał.

– I co, rozmawiałaś z ojcem?

– Nie.

– Na co czekasz?

– Powiedziałam już, nie zamierzam go prosić o przepisanie mieszkania na nas.

– Twoja upartość mnie wykańcza. Ile można! Płacę za to mieszkanie, a czuję się tu jak gość. Ty tylko prosisz o wszystko, dla ciebie, dla Kuby. Haruję do nocy, urlopu nie miałem od roku i ciągle coś nie tak!

Marcin jeszcze coś mówił, lecz Weronika już go nie słuchała. Zamarła, czując, jak coś w niej pęka ta ostatnia struna, która jeszcze łączyła ją z mężem. Struna na której były nawleczone wszystkie ich wspomnienia: pierwsze spotkania, pocałunki, ślub, narodziny syna…

Odłożyła delikatnie łopatkę, odwróciła się do Marcina.

– Powiem raz i masz mnie usłyszeć, weszła mu w słowo. Dziś pakujesz się i wyprowadzasz. Rozwodzimy się, Marcin. Nie chcę już dłużej tak żyć ani dla siebie, ani dla ciebie. Kto i ile płacił, nie będziemy teraz ani później dyskutować. Chcę, żebyśmy myśleli tylko o Kubie i żeby miał oboje rodziców choćby osobno.

Z początku Marcin nie mógł uwierzyć. Próbował coś powiedzieć, w końcu cisnął widelcem w talerz.

– Powiedziałaś? To przemyśl jeszcze do wieczora, co wygadujesz. Wieczorem wrócę mam nadzieję, zmienisz zdanie.

– Nie zrozumiałeś mnie. Już postanowiłam, Marcin. Znasz mnie wiesz, co to znaczy?

– To znaczy, że masz coś nie tak pod kopułą. Myślisz, że komuś będziesz potrzebna? Jeszcze z dzieckiem? Zastanów się, pogadamy. Będę u rodziców.

– Jak uważasz. Odwróciła się i powstrzymała napływające łzy.

Marcin wyszedł, a Weronika po chwili usłyszała trzask drzwi. Usiadła i pozwoliła łzom płynąć płakała, póki Kuba nie obudził się i nie przyszedł do kuchni.

– No, mój największy rekonwalescent! Zjesz coś?

– Niezbyt jestem głodny, mamusiu. Głowa też mnie boli teraz.

– A może placki pomogą twojej głowie?

– Tak! Kuba uśmiechnął się łobuzersko. Z konfiturą!

– Jasne że tak.

Po wizycie lekarki, która przepisała leki, Weronika szykowała się do apteki i już miała zadzwonić do ojca, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Tylko Mateusz tak pukał nigdy nie używał dzwonka i to był ich mały kod.

– Cześć!

– Cześć! Jak tam u was? Mateusz trzymał pudełko z zabawkowym autem. Weronika pomyślała, że nie pamięta, kiedy Marcin ostatnio coś kupił synowi. Wszystkie prezenty zawsze brała na siebie Mateusz zawsze przychodził z niespodzianką.

– Kuba znowu chory. Posiedzisz z nim chwilę? Skoczę po leki.

– Jasne, a może ja pójdę, masz listę?

Weronika wręczyła mu spis.

Ledwo zamknęły się drzwi po jego wyjściu, Weronice zadzwonił telefon.

– Weronika Wiesławówna?

– Tak?

– Dzwonimy z Wojewódzkiego Szpitala. Przyjęliśmy pani ojca.

– Co się stało? ścisnęła telefon tak, że aż pobielały jej palce.

– Zawał serca. Stan ciężki, ale stabilny.

– Jadę już.

Krzątała się w panice po mieszkaniu. Ojciec nigdy nie skarżył się na serce. Uświadomiła sobie nagle, jak łatwo stracić w jednej chwili najważniejszą osobę w życiu.

Instynktownie wybrała numer Marcina.

– Marcin…

– Co? Zmieniasz decyzję? Teraz ja się zastanowię…

– Marcin, ojciec jest w szpitalu. Zawał.

– No i? Co ja mam zrobić? Rozwodzisz się ze mną, dobrze pamiętam?

Weronika zaniemówiła i po prostu rozłączyła się.

Gdy Mateusz wrócił z lekami, zobaczył Weronikę stojącą w ubraniu.

– Dokąd idziesz?

– Tata w szpitalu. Zawał.

Nie potrzebował więcej słów. Szybko poszedł po mamę i pani Anna została przy Kubie, a Weronika z Mateuszem pojechali do szpitala.

Czekali tam do późnego wieczora na jakiekolwiek wieści. Siedzieli cicho, milcząc. Aż w końcu Weronika powiedziała cicho:

– Dziękuję ci… Dobrze, że jesteś przy mnie.

– Zawsze przy tobie będę…

– Wiem, Mateusz. Teraz już wiem to na pewno…

Po godzinie lekarz wyszedł: Weronika zasnęła na ramieniu Mateusza, ten delikatnie ją obudził.

– Przenieśliśmy pana Wiesława na oddział. Przed nim długa rehabilitacja ale najgorsze już minęło. Proszę jutro dowiedzieć się w punkcie o godzinach odwiedzin dziś może już pani wracać do domu.

Weronika objęła mocno Mateusza i zaczęła płakać, czując, jak z tymi łzami odchodzi cały ból ostatnich lat.

Rate article
Fajna Tajna
Zawsze będę przy Tobie