Zator
Samochody stanęły w martwym punkcie, ściśnięte w szczelnych rzędach. Ani w przód, ani w tył — od pół godziny panował całkowity bezruch. Szyby pozamykane, klimatyzacja włączona. Na zewnątrz upał nie do wytrzymania, ponad trzydzieści stopni, tak jak zapowiedział hydrometeo w radiu.
Powietrze falowało nad nagrzanym asfaltem, drżąc w gorącej poświacie. W środku Toyoty panował chłód, lecz bezruch i widok nieruchomego krajobrazu za szybą denerwował.
Weronika odkręciła nakrętkę plastikowej butelki i pociągnęła kilka łyków. Bartłomiej zauważył, że wody zostało mniej niż jedna trzecia. Weronika piła bez przerwy, nie proponując mu ani łyku. Nie, on i tak by odmówił, ostatni łyk na pewno by jej oddał. Ale ona zachowywała się tak, jakby był przezroczysty.
— I ile to jeszcze potrwa? — Weronika rzuciła zirytowanym tonem.
To były jej pierwsze słowa od ich wyjazdu z działki. Milczenie Weroniki było gorsze niż krzyk. Lepiej, żeby wrzeszczała. Nie kłócili się, ale gdy tylko coś poszło nie tak, Weronika milkła na długie godziny, a nawet dni, każdym spojrzeniem dając do zrozumienia, że to Bartłomiej zawinił. On przepraszał, słuchał monotonnych wyrzutów, po czym godzili się.
— Czemu siedzisz jak słup soli? Zrób coś! — Weronika znów natarła na niego, jakby to on był winny korkowi na obwodnicy.
Tym razem milczał. Nie miał pojęcia, co powiedzieć ani zrobić.
— Po co w ogóle jechaliśmy na tę głupią działkę? Ty to jeszcze, ale ja? Żeby siedzieć za płotem, gdy ty cmokasz z córeczką? Lepiej bym poszła na zakupy. Albo spotkała się z Kasią na lodach. — Weronika pociągnęła nosem.
— No i proszę, zatkany nos. Jakby mało było jeszcze przeziębić się przez tę klimę. — znów jęknęła.
Bartłomiej wyłączył klimatyzację.
— Ty sobie żartujesz? W minutę będzie tu jak w piekarniku. Chcesz, żebyśmy się ugotowali? — warknęła.
Nie pamiętał, by kiedykolwiek mówiła aż tyle. To go zaskoczyło i zaniepokoiło. Ale nie odezwał się, tylko znów włączył klimatyzację. Między samochodami szedł mężczyzna. Nie dochodząc do ich Toyoty, wsiadł do auta w sąsiednim rzędzie.
— Widziałeś? Szedł stamtąd. Może wie, co się stało? — Weronika bezbarwnie rzuciła.
— Może. — zgodził się.
— No to czemu siedzisz? Idź, zapytaj. — nawet na niego nie spojrzała.
— Co mam pytać? Korki mogą ciągnąć się kilometrami. Myślisz, że on w pół godziny doszedł i wrócił? Wątpię. — spojrzał na nią i znów poczuł się winny.
— No przecież nie stoimy tu wiecznie. W końcu ruszymy. Wszyscy czekają spokojnie. To obwodnica, a nie jakaś zapyziała dróżka. — urwał. Milczała również.
— Dobrze. — Bartłomiej wysiadł z auta.
Spojrzał wstecz — rzędy samochodów identyczne jak te przed nimi. Tamten mężczyzna wsiadł do czerwonego auta. Zapukał w szybę, która opadła o połowę.
— Przepraszam, pan szedł tam? Wie pan, dlaczego stoimy?
— Wygląda na to, że cała obwodnica stoi. Może wypadek, może zamach.
Nic nowego się nie dowiedział. Na zewnątrz upał był nie do zniesienia, jak w saunie. Koszula przykleiła mu się do pleców. Wrócił do samochodu. W radiu leciały wiadomości — ani słowa o korku.
— No i co? — Weronika niecierpliwiła się.
— Nic. Ktoś podejrzewa zamach.
— Wiedziałam. Po co ja cię w ogóle słuchałam? — jęknęła.
Miał jej za złe. Nie powinien był jej namawiać. Sam zostałby z córką na działce, wrócił wieczorem, gdy korek by się rozładował.
A wszystko zaczęło się tak pięknie…
***
Obudził go dzwonek telefonu. Nie spojrzał, kto dzwoni, od razu odebrał.
— Tato, przyjedziesz? — głos jego córki, Zosi.
— Nie zapomniałeś, że twoja córka ma dziś urodziny? — jego była żona. — Założę się, że nawet prezentu nie kupiłeś.
— Nie, pamiętam. Właśnie wyjeżdżam. — skłamał i otworzył oczy.
Słońce stało już wysoko. Odsunął słuchawkę — wpół do dziesiątej.
O urodzinach pamiętał jeszcze wczoraj wieczorem. Ale potem impreza z Weroniką i znajomymi, wszystko wyleciało z głowy.
— Tato, nie chcę prezentu, tylko przyjedź! — krzyknęła Zosia w tle, zanim żona rozłączyła się.
Pobrali się trzynaście lat temu. Żyli jak pies z kotem. Nie kochał jej. Na studiach obudził się po imprezie w łóżku z ledwo kojarzoną dziewczyną. Miesiąc później znalazła go i oznajmiła, że jest w ciąży. “Nawet sympatyczna” — pomyślał i oświadczył się. Rodzice byli przerażeni. Matka wątpiła, że to jego dziecko.
Zrobił test po narodzinach — Zosia była jego. Zakochał się w niej od pierwszego dotknięcia. Dlatego znosił kłótnie z żoną. Może znosiłby dalej, gdyby nie Weronika.
Wyniosła, chłodna, uwodzicielska jak grecka bogini. Nie krzyczała, nie awanturowała się. Milczała, karząc go ciszą. To był jej jedyny grzech.
Po rozmowie Weronika spytała, co się stało. Wyznał, że zapomniał o urodzinach córki.
— Wybierasz się więc teraz? Mam spędzić dzień sama? — wstała naga i poszła do łazienki.
Pobiegł za nią.
— Jedź ze mną. — błagał.
— Na działkę? Do twojej byłej i córki?
— No tak. Co w tym złego? Jesteśmy rozwiedzeni… — zawahał się. — Jest tam pięknie, rzeka, las…
— Serio?
— Tak. Tylko się spieszmy.
Kupili prezent i pojechali. Jak przypuszczał, Weronika w ostatniej chwili się wycofała i została w aucie.
Zosia rzuciła mu się na szyję. Czas minął błyskawicznie. Gdy oznajmił, że musi jechać, rozpłakała się.
— Tata musi już jechać. Ktoś na niego czeka w samochodzie — żona zaśmiała się szyderczo.
— Wrócę w niedzielę. — oderwał córkę od siebie, serce pękając z bóluBartłomiej spojrzał przez okno, widząc, jak Weronika wsiada do samochodu doktora, a wtedy zrozumiał, że czasem los daje nam szansę, nawet jeśli przychodzi ona pod postacią potrąconego psa i kobiety, która w końcu pokazała mu, czym jest prawdziwy dom.



