Zatrzymamy się u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajem! powiedziała mi moja koleżanka.
Jestem kobietą pełną energii, chociaż licznik bije już 65 lat. Ciągle biegam po świecie tu do Krakowa na pierogi, tam na Mazury, żeby podziwiać kaczki i pogadać z miłymi ludźmi. Wspominam stare, dobre czasy z łezką w oku i uśmiechem. A kiedyś? Wystarczyło kilka złotych, trochę entuzjazmu i można było ruszyć nad Bałtyk, na biwak w Bieszczadach czy na rejs po Wiśle. Takie tam, czasy PRL-u, kiedy luksusem były namioty i konserwy turystyczne.
No cóż, czasy się zmieniły. Wciąż lubię poznawać nowych ludzi, czy to w kolejce po lody w Sopocie, czy w teatrze im. Słowackiego. Z niektórymi utrzymywałam kontakt przez lata, wymieniając kartki na święta i prezenty z domu kultury.
Pewnego razu, kilka lat temu, poznałam na mazurskim pensjonacie niezwykle barwną kobietę na imię miała Mirosława. Spędziłyśmy razem wakacje, plotkując na werandzie, popijając kompot z mirabelek. Od tamtego czasu pisałyśmy do siebie od czasu do czasu, choć nigdy nie przyszło mi do głowy, że kiedyś się jeszcze spotkamy.
Aż tu nagle, parę lat później, otrzymałam telegram wyobrażacie sobie, telegram! Nie było podpisu, tylko zagadkowa wiadomość: O trzeciej nad ranem przyjeżdża pociąg. Spotkaj się ze mną! No szczyt tajemniczości godny filmu Barei.
Mąż popatrzył na mnie jak na wariatkę, więc nigdzie nie poszliśmy. Ale o czwartej rano, kiedy już przysięgałam sobie, że od jutra nie jem cebuli na kolację, ktoś zadzwonił do drzwi. Otwieram, a tu Mirosława, dwie dorodne dziewczyny nastolatki, seniorka spod Lublina i jegomość z siatą bagaży. Przedpokój wypełniony walizkami, torbami, reklamówkami z Biedronki. Patrzę na męża. On na mnie. Nasza mina mówi o co chodzi?!
Wpuściłam ich, bo serce jednak Polki jest gościnne. Mirosława zaczyna:
Dlaczego nas nie powitałaś na dworcu? Przecież wysłałam telegram, a to kosztuje parę złotych!
Przepraszam, ale nie wiedzieliśmy, kto go wysłał!
No dałaś adres no to jestem. Myślałam, że to oczywiste.
A myślałam, że listy to jednak pisanie Takie mamy czasy, że można zaprosić do Facebooka, nie do mieszkania!
Wtedy Mirosława wyjaśniła, że jedna z dziewczyn kończy właśnie liceum i wybiera się na studia do Warszawy. Cała rodzina ruszyła za nią, bo przecież w Polsce bez wsparcia rodziny nic się nie udaje.
Będziemy mieszkać u ciebie, bo nie mamy złotówki na hotel czy mieszkanie! dodała.
Zamurowało mnie. No przecież to nie pensjonat, tylko nasze dwa pokoje z łazienką na gazie. I do tego trzeba ich karmić trzy razy dziennie! Przywieźli pasztet i trochę kaszy, ale gotować? Nich nie ruszy łyżką! Wszystko z naszej lodówki znikało w tempie ekspresowym jak bułki w niedzielny poranek.
Po trzech dobach tej gościnności moja polska cierpliwość się wyczerpała. Poprosiłam Mirosławę, żeby z rodziną spakowała manatki. Gdzie się wyniesie nieważne, byle już.
Wywiązała się awantura godna polskiego wesela. Mirosława rzucała talerzami, krzycząc, że nie tak się traktuje gości, a ja próbowałam się nie rozpaść ze śmiechu i wkurzenia.
Na koniec zaczęli się pakować i nie uwierzycie! Zniknął mój ciepły szlafrok, nowe ręczniki znad Wisły i nie mam pojęcia jak wielki garnek na bigos! Garnek po prostu wyparował, jakby go pochłonęła czarna dziura między kuchnią a krakowskim Dworcem Głównym.
Tak oto zakończyła się moja przyjaźń. I chwała Bogu! Od tamtego czasu nie słyszałam o Mirosławie ani o jej rodzinie. Nie mieści mi się w głowie, jak można być tak bezceremonialnym i jeszcze zabrać garnek!
Dziś, kiedy poznaję nowych ludzi, mam w głowie przysłowie: Gość w dom Bóg w dom, ale i talerze pilnuj!Od tego czasu, kiedy zapach bigosu unosi się w mojej kuchni, zawsze uchylam drzwi na wszelki wypadek i liczę ręczniki a nuż się znowu rozmnożą albo znikną w niepojęty sposób. Ale wiecie co? Nie żałuję ani chwili tej szalonej awantury. Może Mirosława i jej ferajna nauczyli mnie lepiej strzec domowego miru, ale wciąż wierzę, że warto otwierać drzwi choć czasem z przymrużeniem oka i kluczem w kieszeni.
Bo prawdziwy gość potrafi zostawić po sobie coś więcej niż pustą lodówkę: dobrą opowieść, uśmiech przy porannej kawie i anegdotę, którą można opowiadać przy świątecznym stole. I chyba właśnie po to są niespodziewane wizyty by od czasu do czasu przypomniały nam, że życie to nie plan na kartce, tylko rollercoaster między pierogami a zaginionym garnkiem.
Ostatecznie, jak mawiała moja babcia, najważniejsze, żeby nie stracić pogody ducha nawet jeśli czasem zniknie garnek. I tego się trzymam, zapraszam wszystkich na bigos, ale garnek trzymam już na oku!



