Zepsute geny
Wanda weszła do mieszkania, postawiła ciężkie torby na podłogę i głośno westchnęła.
— Jest ktoś w domu? — krzyknęła w stronę pokoju. — Dwóch facetów w domu, a torby sama noszę — zamruczała pod nosem. — Wszyscy chcą jeść, ale jak trzeba pomóc, to nikt nie ma czasu — mówiła głośno, by na pewno ją usłyszeli. Rozbierała się równie hałaśliwie, raz po raz wzdychając i jęcząc. W końcu w drzwiach stanął syn.
— Weź te torby i zanieś do kuchni. Tato jest?
Tomek podniósł torby z podłogi.
— Telewizję ogląda — rzucił przez ramię.
Mógłby nie wspominać o telewizji. Matka nie pytała, co ojciec robi. Ale czemu tylko on miałby dostać porcję jej złego humoru? Niech i ojcu się dostanie.
— Czemu tak wrzeszczysz? — W progu pojawił się głowa rodziny.
— Nic. Jestem zmęczona — odgryzła się Wanda. — Zaraz odpocznę pięć minut i zrobię kolację. Wszystko sama. Moglibyście chociaż makaron ugotować. — Wanda wsunęła nogi w kapcie i zgasiła światło w przedpokoju.
— Nie powiedziałaś. Byśmy ugotowali, prawda, Tomku? — ojciec, wyczuwając początek kłótni, natychmiast zwerbował na wspólnika syna.
Z kuchni dobiegało tylko szeleszczenie toreb i odgłos zamykanej lodówki. Tomek postanowił zachować neutralność. Tak było bezpieczniej.
— Więc nie ugotowaliście — westchnęła Wanda. — Gdybym miała córkę, sama by się domyśliła, co robić. A z was żadnego pożytku — mruczała, przechodząc obok męża do kuchni.
— Wandziu, jesteś zmęczona, rozumiem, ale po co się na nas wyżywasz? Nie jestem jasnowidzem, nie zgadnę, czy mam ugotować makaron, czy ziemniaki. Powiedziałabyś, a my byśmy ugotowali i do sklepu poszli. Ja też właśnie wróciłem z pracy, też jestem zmęczony, a… — Mąż przeciął powietrze krawędzią dłoni i zniknął w pokoju.
— No właśnie, wam wszystko trzeba mówić. Lepiej leżeć na kanapie — mruczała Wanda, ale już bez złości, bardziej do siebie.
Nie chciała awantury. Nie miała już na to siły. Po prostu nie potrafiła od razu się uspokoić.
— Dziękuję, synku, idź odrabiać lekcje, resztę sama…
Tomek natychmiast pobiegł do komputera. Wanda otworzyła lodówkę i pokiwała głową, przestawiając produkty z półki na półkę. Wypuściwszy parę, uspokoiła się. Kochała męża i syna ponad wszystko, po prostu dziś nerwy dały o sobie znać. Gotowanie to nie męska sprawa.
Po kolacji zebrała resztki makaronu z patelni do pojemnika, dodała kotlet. Chciała włożyć jeszcze jeden, ale się rozmyśliła.
— Znowu dla Kowalskich niesiesz? Uważaj, rozpuścisz ją, a potem sama będziesz narzekać, że ci na karku siedzi — skarcił ją mąż, mszcząc się za wcześniejsze utyskiwania.
— Nie Kowalskim, tylko Karolince. W domu pewnie nawet jeść nie ma. Matka wszystko przepija. Szkoda dziewczyny. Widziałam, jak wracała z pijaną matką. Ta nawet na nogach się nie trzymała. Dziewczyna mądra, dobra, ale z rodzicami nie miała szczęścia — tłumaczyła Wanda, przebierając się w przedpokoju.
Mąż nie odpowiedział.
Wanda zeszła na trzecie piętro i zadzwoniła do zniszczonych drzwi, które nie wzbudzały zaufania — wystarczyło nacisnąć ramieniem, a otwierały się same. Tylko po co? W mieszkaniu nie było niczego wartościowego, nawet karaluchy uciekły z głodu.
— Kto tam? — dobiegł cienki głosik zza drzwi.
— Karolinko, to ciocia Wanda. Otwórz, przyniosłam ci jeść.
Zaskoczył zamek, drzwi uchyliły się lekko, a przez szparę Wanda zobaczyła uważne oko dziewięcioletniej Karoliny.
— Weź, zjedz. Matka śpi?
Dziewczynka szerzej uchyliła drzwi, wzięła pojemnik i skinęła głową.
— No to idę już. A ty zjedz. Chuda jesteś, ledwo dusza w tobie siedzi — Wanda patrzyła na dziewczynkę z politowaniem. — Matce nie zostawiaj.
Karolina znów skinęła głową i zamknęła drzwi.
„Taką córeczkę bym chciała” — westchnęła Wanda, wchodząc po schodach do swojego mieszkania.
Weszła do pokoju syna. Ten szybko zamknął klapę laptopa, ale Wanda zdążyła zauważyć, że grał.
— No już, nie chowaj. Lekcje zrobione? — spytała, podchodząc do biurka.
— Dawno.
— Jutro po szkole zaproś Karolinę do nas i nakarm ją zupą. Matka wszystko przepija, chlebem się żywią, jeśli w ogóle. Dziewczyna wiecznie głodna, chuda jak patyk.
— Dobrze, mamo — zgodził się czternastoletni Tomek, nie zadając pytań.
— Nie graj długo, idź spać — powiedziała Wanda już od drzwi.
— Dobrze. — Tomek otworzył grę i wbił wzrok w ekran.
Następnego dnia, przechodząc obok drzwi Kowalskich, Tomek nacisnął dzwonek.
— Idźcie sobie, mamy nie ma — odpowiedziała zza drzwi Karolina.
— Słuchaj, malutka, mama kazała mi cię do nas zaprowadzić.
— Po co? — spytała dziewczynka po dłuższej chwili milczenia.
— Chodź, zobaczysz — odparł Tomek.
Drzwi powoli się otworzyły. Karolina nieufnie patrzyła na nastolatka.
— No to idziesz? Jak nie chcesz, to nie — powiedział z udawaną obojętnością i zrobił krok w stronę schodów.
— Zaraz — krzyknęła Karolina i zniknęła za drzwiami. Po chwili wyszła z pustym pojemnikiem w ręce.
— W lodówce stoi garnek z zupą. Podgrzejesz? — spytał Tomek, wchodząc po schodach i naśladując ton matki.
— Nie jestem mała — obraziła się dziewczynka, idąc za nim.
— Podgrzej dwie porcje. — Tomek otworzył drzwi swojego mieszkania. — Idź do kuchni, a ja się przebiorę — zarządził i poszedł do swojego pokoju.
Gdy wszedł do kuchni, na stole już dymiły talerze z zupą, obok leżały łyżki i kromki chleba.
— Brawo. A może konkurs, kto szybciej zje? — Tomek usiadł naprzeciw Karoliny, złapał łyżkę i zaczął— Ale ja już nie jestem mała — powiedziała Karolina, patrząc mu prosto w oczy, a w jej głosie zabrzmiała taka determinacja, że Tomek nagle zrozumiał, że to nie ta sama dziewczynka, którą znał — i wtedy po raz pierwszy pocałował ją, nie jak siostrę, ale jak kobietę, którą pokochał na zawsze.



