Miałam zaledwie szesnaście lat, kiedy zaszłam w ciążę, będąc jeszcze uczennicą liceum. W naszej maleńkiej wsi na Podlasiu wybuchł przez to prawdziwy skandal. Ludzie szeptali za moimi plecami i wskazywali mnie palcami, a mama i tata nie wiedzieli, gdzie schować się ze wstydu. Ojca nie dało się nawet namówić do rozmowy. Lepiej by było, gdybyś umarła niż tak się skompromitować! krzyczał. Jedź do babci, nie mogę na ciebie patrzeć.
Spakowałam się i pojechałam do babci, do sąsiedniej wsi, gdzie mieszkała na skraju lasu w starej chałupie. Było tam zimno, pachniało wilgocią i samotnością, ale musiałam przetrwać. Najgorzej było w ostatnich miesiącach ciąży kompletnie zdana na siebie, bez żadnej pomocy, z nikąd wsparcia. Gdy rozbolał mnie brzuch i nadszedł czas porodu, karetka prawie nie zdążyła dojechać na miejsce. Dałam jednak radę. Na świat przyszedł mój syn nazwaliśmy go Bartosz. Sama go wychowałam w starej babcinej chacie.
Wszyscy wkoło powtarzali, żebym koniecznie szukała męża, ale nie zamierzałam. Żyłam i pracowałam tylko dla mojego Bartka. Kiedy podrośł i pojechał studiować do Warszawy, wtedy i ja postanowiłam wyjechać za granicę do pracy.
Wcześniej nie potrafiłam nawet myśleć o wyjeździe nie mogłam zostawić dziecka samego. Praca u włoskiej seniorki była niebem w porównaniu z ciężkim życiem na wsi. Seniorka traktowała mnie życzliwie i czasami dorzucała jeszcze 100200 euro, żeby mi podziękować. Dzięki tym pieniądzom, przez kilka lat udało mi się uzbierać na jednopokojowe mieszkanko dla Bartka i zadbać o jego przyszłość.
Pieniądze jednak bardzo zmieniły mojego syna. Przestał odwiedzać nawet babcię. Bolało mnie to strasznie, mimo to nadal co miesiąc wysyłałam mu równowartość około 500 euro, a resztę odkładałam powoli na własne cztery kąty. Do starej, rozpadającej się chaty nie zamierzałam wracać.
Minęło parę lat. Bartek postanowił się ożenić. Oczywiście zapłaciłam za wesele i pomogłam im skompletować wszystko, co potrzebne do nowego życia. Myślałam, że teraz wreszcie zaczynam odkładać tylko dla siebie. Ale przez pięć lat pojawiła im się dwójka dzieci, a gdy wybuchła wojna na Ukrainie, synowa była w trzeciej ciąży. Nadal ich wspierałam finansowo. I mimo to udało mi się zebrać 90 tysięcy złotych na własne mieszkanie. Moja przyjaciółka z liceum właśnie sprzedawała ładną, odnowioną kawalerkę umówiłyśmy się, że odkupię ją od niej.
Latem przyjechałam z Włoch, żeby u notariusza dopiąć wszystko na ostatni guzik. Wtedy Bartek zaskoczył mnie kompletnie nową informacją. Mamo, sprzedaliśmy to mieszkanie i kupiliśmy dom. Zapłaciliśmy już pierwszą ratę, a teraz musisz dać jeszcze pieniądze na drugą. Jakie pieniądze? Osiemdziesiąt tysięcy złotych. Ty chyba żartujesz! Miałam w końcu kupić coś dla siebie! No mamo, nie możesz nam odmówić. Mamy trójkę dzieci, nie da się żyć w kawalerce! Liczyłem na ciebie.
Czemu sam nie odkładałeś? Nawet nie uprzedziłeś mnie! Nie dam wam tych pieniędzy, już i tak umówiłam się na zakup mieszkania. Mogę pomóc trochę później, ale nie taką kwotą. Tobie naprawdę wszystko jedno, jak żyją twoje wnuki?
Skąd, nie wszystko jedno! Co miesiąc dawałam wam pięćset euro, mogliście oszczędzać. Przez ten czas powinniście zebrać, ile trzeba. Przecież sobie jeszcze zarobisz. Po co ci teraz mieszkanie? Przecież wrócisz do Italii! A jeśli coś się wydarzy i będę musiała natychmiast wracać albo zachoruję? Gdzie się wtedy podzieję? Zamieszkasz z babcią na wsi!
W takim razie sam pojedź tam z dziećmi! odpowiedziałam stanowczo.
Nie poddałam się. Nie oddałam pieniędzy. Nie mogę poświęcić własnego mieszkania, na które ciężko pracowałam tyle lat. Bartek bardzo się obraził i przestał się do mnie odzywać. Słyszałam, że pożyczał pieniądze, od kogo tylko mógł. Ale czy naprawdę jestem zobowiązana raz jeszcze go ratować? Ile można?



